Śladami mojego Taty . Rzeźby od Józka…

Józek lubił majsterkowanie, o czym już pisałam. Ale nie pisałam o tym, że lubił rzeźbić. W ich domu było dużo różnych figurek. Nigdy się nimi nie interesowałam.

Już po śmierci Jadzi, odwiedził nas Józek z synem Marianem. I wówczas ofiarował nam trzy figurki wykonane z ciemnego drewna, a może polakierowane czarnym lakierem, ale to w sumie nie jest ważne. Najważniejsze jest to że, jak mówił,  przedstawiały one jego ukochaną żoną. Pierwsza figurka to ciężarna kobieta, druga z dzieckiem na ręku a trzecia z dwojgiem maluchów u nóg. Nazwał tę serię” Macierzyństwo”. Może nie są to dzieła sztuki , ale stoją sobie w Michałowickim domu na pięterku i gdy je oglądam, przewija mi się film o Ludziach wielkiego dobra, ciepła i miłości. O Jadzi i Józku…..

 

Śladami mojego Taty . Jadzia wróciła?

 

Po kilku wojennych latach, Jadzia z Rodzicami przyjechała do Trzcianki Lubuskiej. O domu Cioci Broni, jej mamy już pisałam wcześniej.

Wkrótce poznała chłopaka, który mieszkał w poznańskim , ale potem przeniósł się z rodzicami do Gorzowa Wielkopolskiego. Gdzie się spotkali, nie pomnę. Ale na pewno było to wzajemne wielkie zauroczenie i jak się potwierdziły ich wspólne długie lata , byli chyba dla siebie stworzeni.

Jadzia umarła kilka lat temu na chorobę nowotworową.

Niedawno odwiedziliśmy samotnego Józka w Poznaniu. Opowiadał, zresztą on w ogóle pięknie opowiada , że pod koniec życia nosił ją na rękach, była lekka jak piórko, ale umarła godnie w swoim mieszkaniu w ramionach męża.

Gdy urodziła się najmłodsza córka Tadka, ich syna , Józek odkrył, że jest wiernym odbiciem urody jego nieżyjącej Jadzi. Opowiada teraz o wnuczce z czułością i ciepłem. Może myśli, że Bóg zesłał ją w zamian. No cóż, niezbadane są wyroki boskie. Może to Jadzia wróciła na ziemię…

 

Śladami mojego Taty . Siostry Józia, męża mojej kuzynki- Jadzi.

 

Alinka po lewej, Marysia i brat Jadzi- Zygmunt.

 

 

 

 

Kolejna siostra Józka Lisa, męża mojej kuzynki Jadzi to była Alinka. Dziewczyna ta miała  cudną twarz anioła, wielkie oczy i burzę falujących ciemnych włosów. Zauważyłam, że nieco utyka przy chodzeniu. Mama mi opowiadała, że Alinka nie ma nogi, gdyż w czasie wojny, była małą dziewczynką i weszła na minę . Wówczas na swoje szczęście przeżyła, ale pozostała bez nogi. Nie wiem , jak wielkie to było szczęście, przecież dla dziewczyny życie bez nogi nie było łatwe, ale była piękna i wydawało się że chodzi w chmurach. Pięknie grała na pianinie i ukończyła studia muzyczne w Poznaniu. Wyszła za mąż za jakiegoś profesora z tej uczelni  i urodziła dwóch chłopców. Już dawno  zmarła z powodu choroby nowotworowej.

Najmłodsza siostra Józka, to Marysia. Dziewczyna o odmiennej niż pozostałe dzieci urodzie. Wysoka, smukła o bardzo jasnych włosach, zwykle upinanych w bardzo gruby warkocz. Wyszła za mąż za nauczyciela o nazwisku Leśniewski. Był bardzo urodziwy i  podkochiwała się w nim większość uczennic.  Ale chyba to małżeństwo było bardzo dobre. Mieli chyba dwie córki i pozostali w Gorzowie.

O dalszych  dziejach swojej rodziny opowiadał nam Józek i Jadzia .

Dobrze zapamiętałam te wszystkie siostry Józka, bo były charakterystyczne, ciekawe i w dodatku bliskie poprzez moją sympatię do Józka.

 

Śladami mojego Taty . Ślub Jadzi, córki cioci Broni, siostry mojego Taty.

 

Spośród dzieci Cioci Broni i wujka Bolka bardzo lubiłam Jadzię i najmłodszego syna, Czesia. Gdy Jadzia wychodziła za mąż, my z Czesiem- właściwie moim równolatkiem nieśliśmy welon panny młodej.

Orszak wyruszył właśnie z opisywanego poprzednio domu i powoli dostojnie przesuwał się w kierunku kościoła. Welon był baaaardzo długi. Tak długi, że my ledwie widzieliśmy parę młodą. Ale unosiliśmy go grzecznie z wielkim przejęciem, trzymając kurczowo każde z nas za jeden  róg tego niesamowicie długiego welonu i dreptaliśmy nieomal do niego przyczepieni.

Po dojściu do kościoła wkroczyliśmy w tym orszaku aż pod sam ołtarz. I tam równie poważnie i dostojnie ułożyliśmy ten drogocenny welon  na posadzce. Pewnie przedtem były jakieś próby, ale tego nie pamiętam.

Nie wiedziałam co zrobić w momencie, gdy welon już spocznie na podłodze.

I wtedy zupełnie spontanicznie, odwróciłam się do ludzi zgromadzonych w kościele i pięknie dygnęłam. A miałam na sobie strój krakowski, dla którego wzór ozdabiający gorset zaplanował mój Tato, a Mama misternie wydziergała. Na ramionach miałam długie kolorowe, mieniące się ciekawym wzorem lśniącym różnie na każdej wstążce. Wstążki były piękne, amerykańskie, przysłane stamtąd przez przyjaciółkę mojej Mamy, która odwdzięczała się za pomoc- paczki wysyłane kiedyś na Syberię.

Na mojej szyi dźwięczały szklane różnobarwne  korale a krótka marszczona spódniczka prowokowała do ujęcia ją w dłonie i wykonania tego pięknego dygu.

Podobno moje zachowanie wzbudziło ogólną wesołość.

A ja oczywiście to wszystko zapamiętałam, ale najbardziej kwiaty, które miała Jadzia. Były białe, jakby papierowe, cudnie ułożone, z białymi wstążeczkami opadającymi w dół. Były to kalie…Nigdy takich przedtem nie widziałam…..

 

 

 

 

Ślub Jadzi i Józia.

od lewej: mój brat- Zenon,Halinka- córka cioci Broni, Tadzik Rutkowski- syn drugiej siostry Taty- Antosi-  mój ojciec chrzestny, Kazia Lisowa- siostra Józia, Alinka- siostra Józia, po lewej- obok pary młodej- Czesio-syn cioci Broni, ukochany wnuk mojej babci Staśki.