Powrót do Japonii. Jak w teatrum.

SAM_9551.JPG

 

 

SAM_9287.JPG

 

 

SAM_9285.JPG

 

 

 

 Po maleńkim przerywniku o zwierzęcych sercach pora wrócić do Japonii. Czynię to z przyjemnością, bo wszystkie wspomnienia ożywiłam i są we mnie tak dalece, że wczoraj słysząc o katastrofie samolotu lecącego z Barcelony zapomniałam nazwiska Gaudiego.

A więc jest kwiecień 2002 roku i jesteśmy w Japonii.

     O pałacu szoguna z niesamowitymi „grającymi podłogami” napisałam wcześniej. Zapraszam, jeśli ktoś nie czytał.

Ale warto wspomnieć jeszcze o jednym zachwycającym miejscu i obiekcie w Kioto. Tutaj znalazłyśmy kolejny bajowy świat, relaks i  wyciszenie. Góry zostały gdzieś za nami, miasto z daleka jednostajnie szumiało.

Na nieomal płaskim jedynie łagodnie falującym terenie rozpościerał się park, w centrum którego nieomal unosił się lekki przejrzysto świetlisty pałac , z igrającym z promieniami słońca złotym ptakiem na szczycie.

Byłyśmy przed Złotym Pawilonem.  Nic dziwnego, że umieszczono go liście Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO, bo pierwotnie XIV wieczny,  teraz zrekonstruowany jest piękny, lśniący złotem z daleka, na którym przysiadł  Feniks, symbol Słońca, wiecznego odrodzenia.

W necie znalazłam historię Złotego Pawilonu , której skróconą wersję chcę sobie zapamiętać.

    Był rok 1397 . Właśnie wtedy kolejny  główny dowódca sił zbrojnych Japonii, szogun Y. Ashikagi wybudował na terenie swojej posiadłości bajkową rezydencję.  Po latach, jego bardzo pobożny jak widać,  syn przekształcił ją na świątynię buddyjską. Do tej pory nosi ona nazwę Kinkaku-ji ( Złoty Pawilon) lub Rokuon-ji ( Świątynia w Ogrodzie Jeleni). Świątynia  była wielokrotnie  trawiona pożarami podczas miejscowych wojen a kiedyś podpalił ją psychicznie chory młody mnich. To dramatyczne wydarzenie stało się inspiracją do napisania opowiadania przez Yukio Mishima, ( należy do najważniejszych pisarzy japońskich XX wieku).

Obecna budowla została odrestaurowana w 1955 roku, a w 1987 jej ściany zewnętrzne pokryto płatkami złota. W tym czasie zrekonstruowano też malowidła wewnętrzne.

   Nie zwiedzałyśmy wnętrza, bo jak zwykle czasu było mało, a może piękniejsze było spacerowanie i nasycanie oczu widokiem Złotego Pawilonu, licznych tu miniaturowych drzewek bonsai, bujnych krzewów i wonnego kwiecia.

  Czułyśmy się tam jak w innym świecie. Tak barwnym, baśniowym że nieomal zapomniałyśmy o tym dookolnym, świecie bożym. Wśród licznych Japończyków o surowej tajemnej urodzie czułyśmy się inne, a jednocześnie zjednoczone w zachwycie.  Zatonęłyśmy w  pysznych , cienistych wąskich alejkach okrążających nieodłączny parkom , tak uwielbiany przez japończyków,  staw, przekraczając dopływy strumyków czarownymi łukowatymi  miniaturowymi mostkami . A na mostkach działo się istne teatrum. Z dość dalekiej perspektywy, co udało mi się złapać w kadrze, niewielkie jednakowe dla nas postaci czarnoprostowłosych Japończyków już nie były zwykłymi zwiedzającymi a aktorami w tym przedziwnym dalekowschodnim teatrze, teatrze na krańcu świata  .

Czasami miałyśmy wrażenie,  że gdzieś tutaj unosi się duch bardzo zakochanej, porzuconej, oszukanej Madame Butterfly.Jak mógł ten okropny angol zniszczyć to uosobienie Piękna i Delikatności. I zdawało się , że jeszcze chwila a jedna z widzianych na mostku Japonek okaże się właśnie zmaterializowanym duchem Tej tragicznie umarłej i może zaśpiewa swoją najpiękniejszą pożegnalną pieśń. Wpatrywałyśmy się więc  i wytężałyśmy słuch…odpowiadała tylko cisza zanurzona w wiśniowych kwiatach….

 

 

SAM_9285.JPG

 

 

 

Powrót do Japonii. U szoguna z wizytą.

SAM_9297.JPG

Pałac Nijo w Kioto. Rezydencja  szoguna .

 

 

 Niestety wieści z telewizyjnego okienka zaburzyły moje spokojne systematyczne opowieści o tej krótkiej, bo zaledwie 7 dniowej wyprawie do Japonii. Otóż ponoć cały internet żyje memami z zawołania naszego Prezydenta- „chodź szogunie”. Jak to było? Piszą o tym  nieomal wszystkie tytuły poważnych i niepoważnych gazet:

A oto cytat z  „ Faktu”: „  Prezydent Komorowski zaliczył wielką gafę. Podczas wizyty w japońskim parlamencie stanął na fotelu dla sprawozdawcy i krzyczał do jednego z członków delegacji: „Chodź Szogunie”

Prezydent Komorowski jest właśnie z oficjalną wizytą w Japonii. Jedną z jej części było spotkanie w tamtejszym parlamencie. Po rozmowach polska delegacja zwiedzała salę obrad. Co się stało?

W pewnym momencie prezydent Komorowski staje razem z Japończykami a szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego, gen. Stanisław Koziej robi im zdjęcie. Po chwili głowa naszego państwa kieruje się ku mównicy i …Komorowski staje na krześle dla sprawozdawcy! Głośno mówi do Kozieja: „Chodź Szogunie!” Japończycy są zdezorientowani.”

Z kolei  Niezależna.pl donosi:

Bronisław Komorowski „muzą”?! W internecie pojawiła się szydercza przyśpiewka po występach prezydenta w japońskim parlamencie. „Chodź szogunie, chodź szogunie mój” – śpiewają jej autorzy.”

       No cóż, my, pokolenie nieomal wychowane na serialu „ Szogun” jesteśmy z szogunem  za pan brat. I nas nie śmieszy ani nie oburza zachowanie i „odzywka”  naszego Prezydenta. Wprawdzie cesarzem Japonii nie jest, ale jest ojcowsko rubaszny. Uśmiechamy się tylko. Mogę sobie wyobrazić wielkie zdumienie Japończyków, ludzi poważnych  a nawet sierioznych ( jak mówią Rosjanie),  pieczołowicie pielęgnujących tradycję, konwenanse etc. Szogun? Jak to?  W Polsce? Nie wiedzieliśmy? Bo nie sądzę, że byli obrażeni. Może nie mam racji. Ale za to pokolenie naszych młodych wilków ma powód do wybornej zabawy i kpiny . Niech im będzie.

      A ja mam radochę, bo dzięki temu, że został wywołany temat szoguna wracam myślami do odwiedzonej przez nas pięknej dawnej stolicy Japonii.

I już jestem w Kioto. O podróży i o tym co zobaczyłyśmy z Kaśką jeszcze opowiem później .        Pora odwiedzić szoguna. To tutaj kiedyś mieszkał i pozostawił swoje ślady, którymi podążamy.

Ale najpierw słów kilka o tym, kim był siogun, shogun lub zwyczajnie szogun. Otóż  był wodzem naczelnym Japonii, zwierzchnikiem sił zbrojnych. Początkowo , jeszcze w VIII wieku dowodził jedynie wojskami które brały udział w wyprawach wojennych mających na celu podbijanie terenów barbarzyńców, w IX wieku jego funkcja została zlikwidowana, by w XII wieku wrócić do tematu. Wówczas to, w 1192 r. cesarz Japonii ustanowił, że funkcja jest dożywotnia i dziedziczna, tak więc od tej pory przechodziła z ojca na syna.  Od pewnego okresu , gdy szogunami byli członkowie rodów Ashkaga i Tokugawa to oni  a nie cesarz sprawowali faktyczną władzę . W drugiej połowie XIX wieku  nastąpił koniec ery szogunów, kiedy to zniesiono tę funkcję.

    A teraz my, turyści mamy tutaj raj. Oglądamy z daleka rezydencję szoguna, zwaną Pałacem Nijo. Jest on  ładny, chociaż mało barwny jak na japońskie zwyczaje, w całości zbudowany z poczerniałego teraz drzewa cedrowego , stary i budzący jakiś szacunek oraz zadumę.

 Z tłumem( niestety) turystów  wchodzimy do środka .

Obowiązkowo zdejmujemy obuwie jak każe japoński zwyczaj.

Przemierzamy wewnętrzny szeroki korytarz biegnący wzdłuż zewnętrznej ściany. Docieramy do pokoi szoguna. Czujemy klimat dawnych czasów, przypominamy powoli różne okrutne sceny z filmu Szogun . Chociaż nie jest łatwo uwolnić się od tkwiącego w głowie po oglądaniu tego filmie wizerunku szoguna, który nieodmiennie nam się kojarzy z zupełnie nie przystającym urodą do Japończyków  wysokim, jasnookim aktorem Richardem Chamberlainem. I ostatecznie  nie byłoby nic dziwnego, gdybyśmy wyszły bez specjalnego wrażenia jakiejś grozy tego miejsca. Ale nie, tak nie jest.

W pewnym momencie przewodnik prosi o ciszę i proponuje byśmy szli pojedynczo tym korytarzem. Idziemy. Słychać delikatne granie. Każdy krok to granie.  Jakieś ćwierkania, poświstywania, gwizdy . Wyciągamy uszy. To gra podłoga pod naszymi stopami. Tak, oznajmia przewodnik. To gra podłoga. A raczej piszczałki ułożone pod deskami podłogi tego korytarza. Piszczałki, po co? Pytanie. Odpowiedź jest prosta. Szogun bał się zamachu na swoje życie. Zawsze się bał.  Kroki bosego zamachowca mogły być zupełnie niesłyszalne. Więc szogun wymyślił piszczałki. I kazał wyłożyć nimi przestrzeń pod deskami korytarza. I teraz już słyszał i wiedział , że ktoś idzie…..

I to było najsilniejsze wrażenie i pozostało skojarzenie- szogun to grające podłogi, skradanie się, zamachy, krwawa historia o japońskiej twarzy