Na medycznej ścieżce. Porządkowanie i kodowanie leków.

W tym jednym bloku mojego rejonu , w swoich ciupkach mieszkankach, z reguły w kawalerkach leżały chore, stare  kobiety.

Opiekowały się nimi sąsiadki, a może czasami  jakaś rodzina.

Jednak kogoś z rodziny widywałam rzadko.

Miały wiele kart informacyjnych  z pobytów szpitalnych.

Znalazłam tam ciekawostkę, że przyczyną hospitalizacji było np. spożycie lanatozydu w nadmiernej ilości. Był to powszechnie stosowany lek nasercowy, tzw naparstnica i jego dawkowanie w pojedynczych kroplach musiało być precyzyjne. Najczęściej były to 3- 4 krople dziennie.

Zastanawiałam się nad przyczyną przedawkowania. Okazało się, że przyczyna była prosta. Paniom się myliły buteleczki z tym lekiem z tzw. popularnymi  kroplami nasercowymi,  których można było bez większej szkody spożyć znacznie więcej niż naparstnicy .

W czasie jednej z wizyt tzw. patronażowych, tj obowiązkowo odbywanych w tamtych czasach przez lekarza rejonowego , które miały na celu ocenę stanu zdrowia starszych wiekiem mieszkańców, zajrzałam do szafki nocnej jednej z pań, oczywiście za jej akceptacją. 

Szafka była po brzegi zapakowana mnóstwem kolorowych buteleczek, flakoników, pudełeczek z lekami.

Wszystko było wymieszane , panował tam  wielki bałagan i większość zawartości szafki z ogromną ulgą wysypywała  się po otwarciu drzwiczek.

Po tym odkryciu w ramach  kolejnych  wizyt u starych ludzi mieszkających w moim rejonie zajmowałam się także porządkowaniem leków.

Segregowałam, wyrzucałam leki  przeterminowane, których była większość .

Zabierałam z domu kolorowe długopisy i malowałam na opakowaniach odpowiednich leków trzy kolory.

Leki, które miały być używane rano oznaczałam   kolorem różowym, leki południowe – czerwonym a wieczorne- czarnym.

Od tej pory posługiwałam się tym prostym kodem.

Odnosiłam wrażenie, że bardzo wiele tych pań nie  umie czytać,  gdyż znajdowałam u nich rozliczne karteczki, na których różnorodni lekarze wpisywali zalecenia dawkowania leków. Niektóre były wypisane nawet dość wyraźnie.

A może moje przemiłe zresztą pacjentki  miały tylko źle dobrane okulary, nie wiem.

 

 

Śladami mojego Taty. Kobiety polskie…

Odtąd tam był jej dom.

Gdzieś na dalekiej wileńszczyźnie  został ich rodzinny uroczy drewniany wspólny domek w kwiatach. Czy przychodził do niej w snach? Czy w ogóle miała siły by śnić?

Pewnie w ogóle nie myślała o tym, bo toczyła walkę o przetrwanie swoje i  dzieci.

Ileż hartu ducha miała w sobie ta kobieta? Ileż hartu ducha miały inne polskie, zwykle trochę rozpieszczone, wychuchane przez rodziców i współmałżonków kobiety z rodzin szlacheckich i zwykle zamożnych. Ale czy miały jakieś wyjście. Nie miały. Więc się przystosowały, zahartowały i dały radę.