Obozowe biuro projektowe
Pod koniec wojny, Niemcy wymyślili, że muszą wybudować nową bocznicę kolejową do obozu. Ułatwiałoby to transport cegieł.
Na apelu zwrócili się z pytaniem do więźniów, kto się zna na pomiarach w terenie i pracach w pracowni projektowej.
Tato aż drgnął. Wreszcie coś znajomego. Zapalona iskierka nadziei. Wszak to była jego specjalność , przecież ukończył Wileńską Szkołę Techniczną ze specjalnością dróg i mostów kolejowych.
Od razu się zgłosił.
Niemcy wyrazili zgodę, by go zatrudnić na próbę.
W założonej już pracowni projektowej już pracowali fachowcy, pracownicy cywilni , oczywiście Niemcy.
Oni to poddali Tatę licznym testom sprawdzającym, które zdał celująco i został tam zatrudniony jako jedyny z więźniów.
Otrzymał polecenie, by wytyczyć w terenie przebieg nowej trasy . Wiedział, że do tych celów będzie niezbędny aparat niwelacyjny. Dobrze znał te przyrządy i lubił się nimi posługiwać. Już go dostrzegł kątem oka, rozpoznawał. Zapakowany w skrzyneczce koloru kości słoniowej, czekał. Tato uśmiechał się do niego w duchu, gdyż wiedział, że ma jeden z najlepszych w świecie układów optycznych produkowanych w Jenie.
Do realizacji przydzielonego zadania potrzebował pomocników.
Zgłosił ten problem Niemcom . Wyrazili zgodę, by wybrał do pomocy współwięźniów, o których wie, że potrafią wykonać przydzielone zadanie.
To był duży kredyt zaufania, ale pewnie pracownicy cywili nie mieli ochoty łazić po terenie, często w błocie i na deszczu. Dodatkowo należało dźwigać dość ciężką deskę niezbędną do pomiarów, zwaną łatę.
Tato zaproponował pracę dwóm kolegom. Spotkali się w obozie, mieli sąsiednie prycze, dobrze się poznali i zaprzyjaźnili.
Jeden kończył też szkołę techniczną i znał ten zawód ( zresztą po wojnie został wiceministrem komunikacji ) , a drugi –niefachowiec, ale był człowiekiem uczciwym, dobrodusznym pedantycznym ale przede wszystkim znajdował się w bardzo trudnej sytuacji. Otóż on, Adaś Moszczyński, uroczy niedźwiedziowaty pan, którego poznałam po wojnie – mieszkał z rodziną w Bielsku- spotykaliśmy się często- miał potężną wadę wzroku. Nosił bardzo grube okulary, przez które ledwie widział. W dodatku często spadały mu z nosa w pył ceglany i błoto i ledwie się trzymały pomimo skrzętnego drutowania, w czym pomagał mu Tato. Miałby nikłe szanse przetrwania, gdyby nie ta niespodziewana praca w zespole Taty.
Pomiary w terenie trwały długo a potem należało wyniki nanieść na pergamin i wykonać kreślenia, którymi zajął się Tato. W ten sposób powstał projekt nowej bocznicy kolejowej z miasta Oranienburga do obozu Sachsenhausen.
Po latach, w czasie naszych odwiedzin w tym miejscu, widzieliśmy te opuszczone teraz tory….







