W Sachsenhausen – Oranienburgu k/ Berlina panował ład i porządek. Niemcy przestrzegali zasad higieny, gdyż bali się jakiejś epidemii, która mogłaby zagrozić Berlinowi.
Jednak warunki bytowe więźniów były bardzo trudne. Widziałam to miejsce przed kilku laty, zabrałam tam najstarszą córkę- Justynę a w następnym roku- Marcina. Teraz jest tam muzeum, ocalało kilka baraków, komin krematoryjny , zarys krematorium z widocznymi paleniskami, gdzie układano trupy.
W tym miejscu nadal wieje grozą.
Wyobraziliśmy sobie naszego Tatę i Dziadka, gdy odziany w liche pasiaki dygocze na wielogodzinnym apelu pod strugami deszczu, w śnieżycy i wielkim wichrze. O czym wtedy myśli? To pozostaje tajemnicą, którą zabrał już do grobu. Czy tylko o przetrwaniu, czy może o rodzinie, żonie, synach. A może śni na jawie swoje kresowe miasteczko i mateńkę przy wielkim piecu chlebowym?
Może boi się takich myśli, bo wówczas przestaje panować nad wyniszczonym ciałem. I może się zachwiać a nawet upaść, dobijany kolbami albo celnymi strzałami w głowę.
A gdy wizytuje ten obóz Koch- jeden z największych nazistowskich katów, idzie wzdłuż szeregów dygoczących ciał w których jeszcze się trzepocze serce i kolejno, systematycznie staje twarzą w twarz z każdym więźniem nadeptując podkutym butem na palce udręczonego otulone jedynie zdartymi szmacianymi butami. I obserwuje, pilnie obserwuje oczy więźnia. Jeśli dostrzega w nich jakieś drgnienie powieki, grymas bólu , wybiera do rozwałki.
Taki obraz mamy pod powiekami, to opowieść Wacława. On wytrzymał.
Ale wielu innych nie wytrzymało bólu miażdżonych palców swojej nogi przez niemiecki but , poddało się i popłynęło z dymem pieców krematoryjnych w błękitne czyste niemieckie niebo.
Nie mogło być inaczej, w dymie tym musiały być popioły spalonych. I potem spadały leniwie, wolne już od ziemskich nieszczęść , cicho i płynęły i tańczyły nad czerwonymi bardzo radosnymi dachami sąsiadujących z obozem willi, w których zamieszkiwały rodziny nadzorców obozowych.
A może jakiś płatek ze spalonego ciała spadł we włosy małej niemieckiej grzecznej dziewczynki, słodkiej córeczki jakiegoś oprawcy.
A może wszystkie umarłe dusze i szczątki pochłonęło niebo i nawet nie dotarły do Pana Boga, który wtedy był daleko. Za daleko. I pewnie nie widział.
To tylko ludzie ludziom zgotowali ten los.
I modły nie były potrzebne, bo i tak nie zostawały wysłuchane.
