Mój pożegnalny spacer po Uniejowie (1)

Mój pożegnalny spacer uniejowski. (1)

 

Nic dziwnego, że miasteczko o tak bogatej historii czule pielęgnuje swoje zabytki.

I dobrze, że przybywają tam kuracjusze , wycieczkowicze ,wielu cudzoziemców.

Ale na razie liczba przybyszów nie jest znaczna, co cieszyło nas, bo nie lubimy tłumów. Jedynym miejscem, gdzie jest tłoczno, zwłaszcza w weekendy- to wspaniałe termy.

I dlatego, jeśli chcemy spokoju, a jest to możliwe jedźmy tam w dni powszednie.

       Po kilkudniowym pobycie nadeszła pora pożegnania.

Jak codziennie odbywam poranny spacer, odwiedzam ulubione miejsca i oczy napawam widokami.

Jestem więc na Rynku, właściwie to ryneczku, małym, kształtnym, czyściutkim, kolorowym, pełnym ławeczek , gościnnym.

Nad nim czuwa bialutka, wolno stojąca , 25 metrowa neobarokowa wieża kościelna z zegarem, wzniesiona w 1901 roku. Aż dziw, że nie zachowano nazwiska projektanta, a warto było. Wygląda jak zabaweczka, idealnie dopasowana do klimatu okolicznych niewysokich kamieniczek .

Zaglądam do zabytkowego kościoła , bo jest pora porannej mszy. Jedynie w czasie mszy miejscowy proboszcz otwiera kościół. Nie jest to zrozumiałe, bo zaglądają tam turyści i całują klamkę. Ale ten zwyczaj , relikt dawnych czasów, pewnie niedługo się zmieni.

A przecież ten kościół jest uznanym gotyckim zabytkiem.

Budowę prowadzono w latach 1342-1349, konsekrowany został w 1365 roku.

Wchodzę do jego mrocznego wilgotnego zimnego wnętrza. Zadziwiają szerokie nawy, jakby nietypowe dla gotyku. Ale ja się nie znam, jeno komentuję swoje odczucia.

Jeszcze rzut okiem na sarkofag błogosławionego Bogumiła , o którym wiadomo, że koronował króla Bolesława Śmiałego.

Uciekam szczękając zębami z zimna.

Już jest pełne słońce, cieplutko się robi i miło.

Siadam na ławeczce pod fontanną wybijającą swe solankowe wody spod wielkiego głazu i rozsiewająca ciepłą mgiełkę. Wdycham ten zapach, udrażniam wysuszone śluzówki nosa i gardła. Obserwuję grupkę ludzi ubranych w ochronne kamizelki, którzy zbierają śmieci z trawników i starannie zamiatają alejki. Jest rozkosznie …

Ale po chwili się zrywam , bo czekają na mnie jeszcze dwa ulubione miejsca.

Mknę w dół  wąską uliczką , hamuję na kładce, bo konieczny jest rzut oka na ukochaną Wartę dwie strugi solankowe, ciepłe i wonne wydobywające się z imitacji armat XVII wiecznych umieszczonych na brzegu rzeki, a potem na zamek  – piękny i milczący. Tylko rybitwy śmigają i jaskółki i wielkie czarne ptaszyska opuszczają swoje siedziby z dziwnych zagłębień w murze starej ceglanej wieży zamkowej.

Obiecuję sobie, że następnym razem wybiorę się na wycieczkę z przewodnikiem, gdyż w dni weekendowe o 12 oczekuje w oznaczonym miejscu miły pan , fajnie przebrany w pstry strój, pewnie z epoki. Po zebraniu grupki turystów wiedzie on  tę czeredą i pokazuje wdzięki Uniejowa. Może wtedy się dowiem, dlaczego w  ścianie wieży utworzono te regularnie rozmieszczone zagłębienia, jakby celowo wyjęto cegły…

 

Śladami mojego Taty. Ślub pierworodnej córki i niepowtarzalny koncert organowy w wykonaniu Bolka

Śladami mojego Taty. Weselisko Staśki i Tomasza

Czas szybko pędził. Ani się obejrzeli, gdy już za kilka dni miał się odbyć ślub Stanisławy i Tomasza. Byli zakochani i piękni.

Rodzice udzielili im swojego błogosławieństwa. Rozpierała ich duma i radość. Do kościoła było niedaleko, więc młodzi podążyli tam na czele orszaku wolnym wystudiowanym krokiem . Kiedy wielki wąż rakowian zniknął w czeluściach kościoła, z chóru runęła muzyka . To Bolek, ojciec panny młodej wyczarowywał najpiękniej jak umiał różne wariacje na tematy weselne. To był jeden z najpiękniejszych koncertów mojego pradziadka. Został zapamiętany i przechowywany w opowieściach rodzinnych.

Uroczystość przebiegała swoim tempem, spokojnie zbliżał się ostatni akord. Nastąpiło przypieczętowanie związku małżeńskiego.

Gdy tak stali przed ołtarzem, moi przyszli dziadkowie,  młodzi, uduchowieni , w pięknych kreacjach, na pewno nie myśleli o przyszłości, nie lękali się . Pewnie tak jak wszyscy nowożeńcy  cieszyli się chwilą, swoim szczęściem i wyobrażali sobie, że życie jest bajką.

Ich piękna bajka właśnie  się rozpoczęła….

Śladami mojego Taty. Ślub

 

Para młoda w chmurach.Zdjęcie własne.

 

 

Myśli Bolka jeszcze przez chwilę żeglowały  po nieznanym niebiańskim świecie, gdzie przebywali jego rodzice.

I wtedy z zadumania wyrwał go gest Michaliny.

Wyczuła przyczynę zamyślenia, wyciągnęła rękę i ze wszystkich sił objęła jego ramię. Jakby chciała powiedzieć, nie jesteś sam miły, jestem przy tobie, jestem z tobą.

Czuł ciepło jej ciała i  zrozumiał, że najważniejsze jest to, co tu i teraz. Odrzucił więc myśli o tym co było i nigdy nie wróci , a całkowicie oddał się chwilom szczęścia.

Radośnie przytulając  łokieć Michaliny do swojego boku, wyprowadził dziewczynę za próg domu i pomógł przy wsiadaniu do wielkich sań . Konie ozdobione specjalną świąteczną uprzężą oddychały mroźnym powietrzem, tworząc wielkie kłęby marznącej pary .

 Wszystko było bajkowe.

Wyjrzało słońce a cienie drzew kładły się błękitem na świeżym śniegu.

Ruszyli z kopyta i niebawem zniknęli za lasem, tylko długo było słychać dźwięk dzwonków..

Kościół był wypełniony tłumem ludzi. Chyba zebrało się  tam całe miasteczko. Uwielbiali  takie uroczystości, a Michalina była oczkiem w ich głowie.

Wokół ołtarza tłoczyły się perkatonose dzieciaki, dopiero kościelny musiał tam zrobić porządek i ustawić je w pewnej odległości, by stworzyć przestrzeń dla młodej pary.

Na chórze czekali ludziska, którzy śpiewali w miejscowym, słynnym na całą okolicę chórze. Powoli intonowali jakieś pieśni, a głosy mieli dźwięczne , bo  nawet ich mowa była miękka i śpiewna. Takich głosów jak na tych wschodnich rubieżach nie miała żadna inna okolica Królestwa Polskiego.

Ławki kościelne i ołtarz późnym wieczorem dnia poprzedniego udekorowano kwieciem wyciętym z doniczek, bo wszak w ten dzień grudniowy nie było polnych kwiatów.

Dla utworzenia specjalnego klimatu uroczystości, wcześniej zapalono kadzidło. Teraz najstarszy ministrant zapalał świece przy ołtarzu.

I wkrótce orientalny zapach mieszał się ze swojską wonią dymu świec i kwiatów skutecznie neutralizując  różne zapachy oddechów , odzieży i ciał wiernych . Niektórzy już poprzedniego dnia tęgo popijali, zagryzając kiełbasą gęsto nadziewaną czosnkiem, a ich kożuchy wydzielały prawdziwe bukiety woni. Kresowa higiena nie zawsze dorównywała czystości serc, urodzie myśli i pięknu mowy.

W zakrystii  miejscowy ksiądz  usiłował gawędzić z  opiekunem  Bolka, ale ten, siwy jak gołąbek , sztywno zamknięty w nowej sutannie, był chmurny i zamyślony. O czym myślał  ksiądz Eustachy można się było tylko domyślać.

Po chwilach oczekiwania na młodych, nagle tłum zafalował . Przez cały kościół przeleciał szmer przekazywanych informacji, że właśnie nadchodzą. Wszyscy wyciągali szyje , zwracając głowy w kierunku wejścia do kościoła . Zapanowała cisza, nieomal wstrzymywano oddech, w oczekiwaniu na spodziewany widok .

A oni powoli wyłaniali się ze światła słonecznego, przedostającego się z wysokich okien i wolnym majestatycznym krokiem zmierzali  do ołtarza.  Pan młody,  szczupły i wyprostowany  z chmurą ciemnych włosów odbijającą się od jasnej twarzy z wielką atencją  prowadził pannę młodą, drobną blondynkę o dziewczęcej urodzie, zawiniętą  w chmurę śnieżnej bieli.  Długi welon znaczył ich drogę i był silnym akcentem ich wyglądu.

Po chwili podniósł się szum głosów, dookoła szeptano. jaka piękna para .

Rozpoczęła się uroczystość zaślubin.

Chór śpiewał najpiękniej jak umiał.

Wyszli księża w ozdobnych ornatach poprzedzani  gromadką małych ministrantów w białych sukienkach.  

Miejscowy ksiądz wspólnie z księdzem Eustachym celebrowali mszę . W czasie słów ślubowania, ksiądz Eustachy przecierał chusteczką oczy.

Mama Michaliny popłakiwała a ojciec dziwnie poruszał wąsami.

Nie zdarzyło się nic, co w nocnych majakach wyobrażał sobie Bolek. Zresztą zdążył już o tym zapomnieć. Był rozluźniony i opiekuńczy, tylko w czasie składania przysięgi wpatrywał się w oczy ukochanej tak głęboko i namiętnie, że potem nie mógł sobie przypomnieć tego momentu w ogóle. Nawet nie bardzo kojarzył w jaki sposób  powtarzała te słowa Michalina. Zapamiętał jedynie piękną melodię jej miękkiego głosu.

A potem opowiadano , że obydwoje mówili z wielkim przejęciem, ale płynnie i zdecydowanie…

 


Zdjęcie własne

 

Śladami mojego Taty. Jasna chmurka

 

 

Chmurka…zdjęcie własne

 

Gdy Bolesław grał w kościele, zapominał o tym, że  los wcześnie odebrał mu rodziców, zniewolonej ojczyźnie i wszystkich przyziemnych problemach.  Kiedy  śpiewał, muzyka była w jego sercu, tylko muzyka…

Któregoś dnia jak zwykle prowadził linię muzyczną mszy. Gdy umilkły ostatnie słowa kapłana, ludzie powoli opuszczali kościół . Lubił takie samotne chwile w kościele . Wtedy nikt nie zakłócał spokoju  chrząkaniem kaszlem czy szeptami . Dookoła panowała tylko gęsta cisza zatopiona w zapachach kadzideł .  Nie lubił ingerować w tę boską ciszę żadnym dźwiękiem. Czasami zostawał w ławce na dole i długo się modlił.

Ale  dzisiaj zapragnął pozostać przy organach i grać dalej. Więc grał muzykę od serca , inną niż w czasie mszy. Może więcej Bacha tam było, może Hendla. Grał spokojnie,  bo Rosjanie jakoś tolerowali muzykę kościelną .

Siedział tyłem do ołtarza, więc by widzieć to, co w danej chwili celebruje ksiądz, miał zamontowane lusterko.

I nagle w  lusterku coś zajaśniało . Pomyślał, że to efekt zabaw słońca z szybą okna.

Ale  był trochę zaciekawiony  i niespokojny . Więc  po chwili   dłużej zatrzymał wzrok na tafli  lusterka i wtedy zobaczył płową chmurkę, która unosiła się nad jedną z ławek . Grał dalej , ale stale sprawdzał, czy ta  chmurka nie odpłynęła.

Przerwał grę, opuścił miejsce przy organach i zbliżył się do balustrady kościelnego balkonu.

I wtedy zobaczył , że owa chmurka, to jasne włosy dziewczyny …..

 

Dwie chmurki….