Opowieści mojej Mamy. Ziemniaki drogocenne…

Mama jest jeszcze bardzo mała, ma niewiele ponad 10 lat. W moim wyobrażeniu jest stale za mała na samodzielne życie.  A jednak….Uczęszcza do 5 klasy szkoły podstawowej w  Białej która wtedy jest samodzielnym miastem położonym obok Bielska.

Mieszka w  tym mieście, w ciemnym kącie wspólnej izby z rodziną niemiecką  .

Którejś nocy, budzi się nagle, bo czuje, że ktoś szura obok jej legowiska.  I widzi swoją gospodynię, właścicielkę mieszkania, która po ciemku wyjmuje z leżącego obok siennika worka ziemniaki . Ten worek przywiózł ojciec Stefki, Michał. A przedtem w pocie czoła uprawiał kamienistą górską ziemię . Ziemniaki są podstawą pożywienia tego wiejskiego dziecka. Zalękniona niebieskooka dziewczynka leży cichutko,  nie reaguje, pewnie się boi poruszyć. Potem długo płacze, płacze do rana . A może nie płacze, może już wypłakała łzy i tylko twardnieje jej serce.

Gdy nadchodzi sobota, jak zwykle wędruje do domu, do  Godziszki. Boi się opowiedzieć ojcu o tym, że gospodyni ją okrada. Może się lęka, że ojciec zabierze ją do domu i umrą jej nadzieje na edukację . W końcu  mówi o tym matce, albo starszej siostrze. Wreszcie ta informacja dociera do ojca.  

Ten natychmiast reaguje, jest oburzony i  jedzie do Białej, rozmawia z gospodynią i postanawia zabrać córkę na kwaterę do innych, może lepszych ludzi….

Opowieści mojej Mamy. Michał znajduje lokum dla córki…

Michał wsparty słowami księdza, że jego córka jest zdolna i warto ją nadal kształcić,  podejmuje ostateczną decyzję . Przecież w tej rodzinie nigdy pęd do wiedzy nie był głównym celem życia. Może był i jaki ksiądz w rodzinie, bo to było najwyższym stopniem kariery dziecka wiejskiego,  ale nic o tym nie wiemy.

Późnym sierpniem a może lipcem o mglistym już poranku ojciec Stefki jedzie do Bielska ze świadectwem córki i  błądząc po ulicach Białej odnajduje szkołę, którą polecił mu miejscowy godziszczański ksiądz. Za pazuchą trzyma list polecający od księdza i świadectwo córki. Co przeżywa, nie wiemy. Może jest nawet dumny i szczęśliwy, gdy uzyskuje od kierownika tej szkoły akceptację. Przecież to krok milowy w jego życiu, w życiu tej wioski. Pierwsze wiejskie dziecko z Godziszki ma się  kształcić. To jednak musiało być niezwykłe przeżycie. 

Potem odszukuje adres  pewnej rodziny niemieckiej, których tutaj wielu mieszka. Może  również ksiądz doradzał, może podano ten adres w szkole. Ludzie godzą się , że za niewielką opłatą udzielą małej kąta w swoim wielkim pokoju, gdzie sami śpią.

Na początku września 1917 roku odbywa jeszcze jedną podróż do Bielska, tym razem już swoim wozem. Przywozi wiązkę siana , którą upycha w zgrzebny worek i we wskazanym przez gospodarzy ciemnym kącie układa go na podłodze. Na chwilę zapachniało wsią , świeżym górskim powietrzem, ale po chwili ten upojny zapach pochłonęła wilgoć izby. I siano stało się zwykłym łożem dla córki , zresztą podobnie było w ich domu.

Potem wnosi worek z ziemniakami, które zgodnie z umową ma gotować gospodyni dla Stefki. To ma być podstawowe jadło dla jego dziecka.

Drugim elementem pożywienia ma być mleko. Co tydzień dziewczynka ma wracać do domu. i stamtąd przywozić dwie kanki mleka. Z jednej wypija mleko świeże, w międzyczasie kwaśnieje mleko w drugiej kance i też jest smakowite. Do tego są albo ziemniaki albo czarny suchy chleb, który również przywozi z domu

Na medycznej ścieżce. Mieszkam z Bajką

 

    Przed domem cioci Bajki na poznańskim Junikowie. Przyjaciółka po prawej …mamy 19 lat!!!

 

Jak dobrze, że pani, u której wynajmowałam niewykończony jeszcze pokoik na poddaszu, zechciała  tam ulokować swoją krewniaczkę, która przyjechała do Poznania  na studia.  Ciążyła mi samotność na tym Osiedlu Warszawskim, położonym bardzo daleko od centrum. Od ostatniej pętli tramwajowej musiałam dość długo wędrować niewielkimi uliczkami. Tam już prawie diabeł mówił dobranoc, chociaż  na szczęście go nigdy nie spotkałam. A w pokoiku na górze czekał na mnie tylko jedyny towarzysz niedoli i niemy świadek zakuwania- szczątkowy kościotrup.

    W tym czasie skontaktowałam się z dawną przyjaciółką z gorzowskiego podwórka, Bajką. Właśnie dostała się na wydział biologii Uniwersytetu Poznańskiego, miała ciocię w Poznaniu i zaoferowała mi wspólne zamieszkanie. Bardzo się ucieszyłam, bo byłam towarzyska i lubiłam Bajkę. I od tej pory jeździłam tramwajem na Junikowo , wysiadałam przy cmentarzu, nigdy nie czując lęku.

W domku cioci było miło, zawsze nas witał kręcąc zabawnie kuprem pies, bokser o imieniu  Bary.

Po zajęciach, Bajka przesiadywała w dużym fotelu z ulubionymi orzechami laskowymi w czekoladzie i rozłożoną książką. Zakuwała straszliwie, nasza anatomia wydawała się pestką przy systematyce roślin.

Ja wymykałam się na długie spacery z Jerzym , który mieszkał niedaleko i był moim kolegą z grupy. Gnaliśmy przez cudne lasy aż do Rokietnicy czy Kiekrza, w obie strony pieszo. Gdy wracałam późnym wieczorem, ciocia Bajki mnie oglądała podejrzliwie. Potem zrozumiałam, że posądzała nas o jakieś niecne zabawy. A my z Jerzym tylko urządzaliśmy sobie niewinne wielokilometrowe spacery.

     Gdy wchodziłam do naszego pokoju, Bajka w takiej samej pozycji, w jakiej ją zostawiałam, smacznie spała nad książką.

Ja , wypoczęta i zrelaksowana oraz napełniona świeżym leśnym powietrzem, zwalałam się  do łóżka, nie zapominając jednak o tym, by nastawić budzik na godz 3 i zasypiałam snem kamiennym. Budziłam się bez problemów , uczyłam się intensywnie do 5 , potem nastawiałam budzik na 6. I  zasypiałam ponownie. Gdy wstawałam o 6 , czułam, że się przespałam  z wiedzą , więc została ona  ugruntowana i dobrze zachowana.

     Taki system nauki zdawał egzamin, co się wyrażało w niezłych ocenach i przetrwał do lat, kiedy się uczyłam do egzaminów specjalizacyjnych….

 

 

Przed domem cioci Bajki. Na trzepaku. Zdjęcie wklejone do starego rodzinnego albumu. Rok 1966.