Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 38 ). Kazachstan , łagry, zorganizowane bunty więźniów.


Ponownie z internetu mapka łagrów w Rosji – jest tam też Karaganda

 Droga do obozu do Karagandy.

Gdy już było nas zwolnionych ponad 20 – stu, podano nam ciężarówkę, którą dowieziono do najbliższej stacji kolejowej, a następnie przesiedliśmy się do pociągu , który wiózł nas, aż do wojewódzkiego miasta K a r a g a n d y . 

W drodze od pierwszej stacji kolejowej o 30 km, zauważyliśmy dużo żołnierzy radzieckich siedzącym z karabinami – automatami wzdłuż palących się ognisk.

W dali o 1,5 km, spostrzegliśmy duży łagier – obóz.

Nie mogliśmy zrozumieć, po co tyle wojska przesiaduje w pobliżu  tego obozu?

Po odjeździe pociągu od tych żołnierzy  o 2 km, pociąg zatrzymał się na przystanku kolejowym.

Tu zobaczyliśmy , że jakaś kobieta po łagiernemu ubrana chce wsiąść do wagonu.

Poprosiliśmy ją do swojego wagonu.

Weszła, onieśmielona gromadką mężczyzn.

Posypały się pytania: Co to jest za wojsko, które usadowiło się niedaleko kolei i łagra? .

” A szto, wy nie znajetie , szto w etom łagier uże dwa miesiąca sostoitsia bunt zakluczonych i sołdaty pomagajut udzierać buntowszczików w łagier” – odpowiedziała ta kobieta.

A jakże panią wypuścili z tego obozu, przecież pani także tam przebywała?

 Odparła:

– „Komitet obrońców życia w obozie postanowił, że komu termin pobytu w łagrze kończy się , może wychodzić z niego. I  na tej podstawie ja opuściłam łagier.”

Dalej kobieta ta, łagiernica, opowiadała, jak zorganizowano ten bunt i jak się uzbrajano , chodząc jeszcze do pracy.

Opowiedziała, że na czele buntu stanął generał  wojsk radzieckich, którego sądzono na 25 lat więzienia.

On nikogo nie zmuszał do przyłączania się do tego powstania.

Ale namawiał, twierdząc , że lepiej ulec w boju z wrogiem, niż męczyć się przez całe życie

„ u swoich przyjaciół” .

Komitet wyzwolenia żądał przyjazdu do obozu członków partii z Centralnego Komitetu, żeby zobaczyli w jakich nieludzkich warunkach oni żyją.

Ta „łagiernica dziesięcioletnia” opowiedziała, że tam są dwa obozy: żeński i męski, odgrodzone są dwumetrowym murem jeden od drugiego.

Gdy powstał bunt, złączono te dwa obozy, wybijając dziury w murze.

Mówili, że w jedności będą silniejsi.

Powstawiali megafony we wszystkie kierunki, wołając o pomoc dla zakluczonych.

Piekarnia i kuchnia były całkowicie w rękach więźniów.

Głodem ich nie mogli uśmierzyć .

NKWudziści i wojskowi robili  próby wtargnięcia do obozu, ale gdy posypały się różne rażące śmiertelnie żelaza, kamienie i cegły z murów, musiało  zaniechać  szturmu  nawet doborowe wojsko.

Trwał ten bunt ponad dwa miesiące.

Aż wreszcie w końcu sierpnia 1954 roku, sprowadzono kilkadziesiąt tankietek (czołgów).

Wszystka władza i jej podwładni całą noc, pod obstrzałem karabinów maszynowych wybijali dziury w murach, by tankietki mogły wejść i przejść przez te otwory do zony  .

Dokonali tego, mimo ofiar leżących po jednej i po drugiej stronie murów.

Tankietki weszły przed świtem do zony i buntowników  rozstrzelano przy drzwiach, ścianach- tam gdzie stały grupki żywych ludzi.

Niejednego tam ojca- więźnia, rozgniótł własny syn siedząc w tankietce!!!.

Z tych 10 – ciu tysięcy więźniów, którzy walczyli przez trzy miesiące ze stalinowskim terrorem w obozie, znajdującym się o trzy przystanki od Żezkazganu, zostało przy życiu niewielu.

Właśnie te bunty, ( przede wszystkim w Workucie, Żezkazganie) przyniosły wielu więźniom wolność , bo władza po śmierci Stalina, musiała złagodzić reżim, by dać możność ludziom lżej pożyć.

Za tę dygresję od właściwego tematu przepraszam swoich czytelników: s y n ó w ,   s y n o w e ,   w n u  k ó w ,   w n u c z k i   i    p r a w n  u c z ę t a ,  b o   d l a   n i c h   p i s  z ę   t e   w s p o m n i e n i a .

 Całą drogę do Karagandy towarzyszy nam jeden z konwojentów obozu.

Jego celem jest doprowadzić nas do biura NKGB.

Uczynił to i odjechał, a my zostaliśmy bez opieki.

W końcu jeden z kapitanów NKGB zajął  się wysyłaniem nas do pracy w różnych kołchozach, sowchozach, na budowy.

Oddawał tym organizacjom, które się zgłosiły do niego o pracowników.

Ale zanim się nas pozbył, musiał załatwić formalności z odprawą.

Ten kapitan NKWD  wzywał nas pojedynczo do swojego biura i żądał  podpisania deklaracji, że jedzie się na wieczne zesłanie – według prykaza Stalina.

Przeczytał mi ten prykaz i kazał mi, bym się podpisał.

Ja odmówiłem podpisu, mówiąc, że wiecznego zesłania nie ma.

„Stalin, kak by nie chocia nie ostatsia „.

 Obruszyło go moje mędrkowanie i mówi mi, że odeśle  mnie do łagru, jeśli nie podpiszę.

Ja na to :

„ w łagrze teraz lepiej się żyje niż u was na swobodzie”.

Mówię tak śmiało dlatego, że widzę jak oni się boją tych buntów.

            Przypomniałem mu,

że j a  d z i e s i ę ć   l a t   p r z e s i e d z i a ł e m   w   ł a g r z e   z a  

n i e w i n n o ś ć 

 i jeszcze chcecie , bym podpisał się na wieczną zsyłkę.

             W końcu powiedział: „ no dobrze, idźcie” .

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 29 ). W 12 dni 4000 km pociągiem do tajgi bo my polityczni „ zagrażamy” przestępcom w Mołotowsku.


Gułagi w Rosji lata 1923 – 1964 . Opisany przez Jana Mołotowsk na północy, nad Morzem Białym ( koło pod biegunem północnym a Tajszet – do którego został przewieziony wraz z innymi politycznymi – na dole mapki .

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Syberia- Sybir- tajga

W 1948 roku rozdzielono nas, wszystkich więźniów w zonie mołotowskiej na dwie grupy.

Na grupę politycznych więźniów – 56 artykuł  i innych.

Tych innych zostawiono na budowie miasta Mołotowsk, a nas – politycznych wywieziono w spicłagier na Sybir- w tajgę za miasto Tajszet  ( około 100 km w kierunku miasta Bracka).

NKGB uważało, że więźniowie osądzeni według artykułu 56 ( kodeks rosyjski) i  63 ( kodeks białoruski)  tj. polityczni są mocno niebezpieczni i mogą źle oddziaływać na tych innych tj.  bandytów- złodziei i żulików.

Taki był pogląd władz NKGB na politycznych więźniów.

Ja też byłem sądzony na podstawie art. 63- „ izmieszczyk rodziny”.

A g d z i e   b y ł a  m o j a  rodzina, o j c z y z n a ?

A więc i mnie wywożą do tajgi syberyjskiej.

Wiozą nas tym razem w wagonach osobowych, a więc mimo zimna syberyjskiego , jakie panuje w tym czasie – w styczniu i w lutym- minus 40-50 stopni , jazda jest do zniesienia.   

 Przedziały od przejścia są odgrodzone kratą żelazną.

Na korytarzu, przy każdym przedziale stoi jeden uzbrojony strażnik .

Idąc korytarzem widziałem w przedziałach pełno napchanych kobiet . Przez kratę rugały strażników nazywając ich stalinowskimi pastuchami.

Jechaliśmy przecież w ciasnocie , ale nie w chłodzie i głodzie.

Porcję- karantijkę – otrzymywaliśmy codziennie.

Droga trwała znad Morza Białego do Tajszeta około 12 dni.

W nocy pociąg się zatrzymał  w tajdze.

Wyładowano nas i pod konwojem prowadzą nas do łagra, który znajduje się o pół kilometra od przystanku.

Wreszcie jesteśmy u wrót swojej  siedziby – swojego obozu – łagru.

Światła jest pełno wokół zony i w barakach.

Wpuszczają nas do wnętrza zony, jeszcze raz liczą , ale szmonu ( rewizji ) już nie robią , tylko prowadzą do jednego pustego baraku .

 Drzwi otwiera dyżurny baraku i wchodzimy. Każą nam zajmować miejsca na narach – niesprawnych , przerwanych na dole a resztę w górze.

Włazimy od przejścia na górne albo dolne.

Ja gramolę się na górne.

Rzucam swoją torbę pod głowę, a sam opuszczam nogi na dół przed przejściem.

I idę oddać dług przyrodzie w sieniach baraku.

Sień, jak stwierdziłem była już zamknięta.

W baraku było nas około 60 osób.

Po tym „ spacerze” włażę znowu na swoje gniazdo bez materaca – siennika – i poduszki. Pod głowę kładę spodnie , wojłoki – swoje własne i torbę.  Na deski kładę swoją kufajkę i przykrywam się kożuszkiem, też jeszcze własnym, który, Kochana Żonusia, podała mi, gdy odjeżdżałem z Orszy – punktu przesyłkowego i zasypiam błogim snem.

Nie czułem, że domownicy- pluskwy czerwone cieszyły się moją krwią. Nazajutrz dopiero przekonałem się, że moc ich łazi po ścianach i narach.

Kwarantanna po przebytej drodze – 4 tysiące kilometrów.

    Pobudkę zrobiono nam nowoprzybyłym o godz. 7.00 rano. Po przemyciu oczu wyskoczyłem na podwórko, gdzie już jasno świeciło syberyjskie słońce. Chciałem sprawdzić, jaki jest duży mróz. Stoję minutę i mrozu nie odczuwam. Przecież czytałem, że tu są mrozy dochodzące do 50-60 stopni C.

Wracającego kolegę od termometru pytam : Ile jest stopni mrozu- Czterdzieści, odpowiada.

Cóż to jest, że on taki gościnny i nie mrozi mię?

Naokoło panuje cisza i nie drga ani jedna gałązka na drzewie. Tylko słychać stuk dynama, które daje światło dla całego obszaru, zajętego przez ludzi i domowe zwierzęta.

     Gdy tak postałem pięć- dziesięć minut w tej ciszy i słońcu, poczułem, że robi mi się zimno.

Tak, Syberyjska zima i mróz wstępuje do wojłoków i ubrania. To jego charakterystyczna cecha , że nie od razu palił zimnym ogniem. Ale gdy już znalazł się w butach lub odzieży, trudno było go się pozbyć.

   S y g n a ł  n a  ś n i a d a n i e

Ruszamy wszyscy z baraku do stołówki .

Otrzymujemy po 200 gramów chleba, miseczkę 500 ml zupy , 200 gramów kaszy.

Szybko to spożywszy wracamy do swojego baraku- chlewu zapluskwionego.

Co się tyczy śniadania, było ono lepsze od mołotowskiego . Chleb gęstszy – tj. można powiedzieć- zwykły. Gdy ręką się pociśnie pajkę – woda nie cieknie. Zupa kapusta z kartoflami, trochę czuć olej postny. Kasza także smaczniejsza.

Jednym słowem- wszystko smaczniejsze.

     Ale ten barak ze swoimi pluskwami – to okropność.

Coś trzeba zrobić, by to plugastwo wytępić.

Zaczęliśmy radzić.

Postanowiliśmy za zgodą władz obozowych wyparzyć pluskwy wrzątkiem.

A więc dzielimy ludzi na cztery grupy, po 15 osób w grupie.

Każda grupa wydziela po czterech ludzi do przywiezienia- spiłowania , przetransportowania , porąbania kloców na ognisko, które będzie grzało kocioł wody do oblewania pluskiew.

Po czterech ludzi z grupy będzie i składać i rozbierać  nary swojej grupy, z uwzględnieniem nar pojedynczych.

Reszta z każdej grupy będzie oblewała dziury wrzątkiem i wyparzała nary swojej grupy.

Po podzieleniu się pracą , grupy przystąpiły do działania.

Jedni rozpalają ogniska i przynoszą ogromny kocioł na wodę.

Inni jadą do lasu pod konwojem- spiłowują modrzew i przywożą go na dwóch parach kół do zony.

Ciężka to była robota, przyciągnąć drzewo o długości 20 metrów. Rozćwiartowali to na kloce i już palą  na ognisku. Kocioł jest pełen wody i za godzinę można będzie ją czerpać i nosić do baraków.

Już niektórzy niosą deski do baraków , by pokopać te przeklęte stworzenia – pluskwy.

Praca wre.

Pogoda dopisuje.

Mróz się zmniejszył o dziesięć stopni. Nikomu nie jest zimno.

    Między więźniami chodzą dwaj obserwatorzy – nadziratieli. Są oni bez broni. Każdy z nich to komsomolec. W rozmowę z nami nie wchodzą.

Ich nauczono, żeby pilnie czuwali, bo ci więźniowie umieją puszczać czary. J

Ta praca nad uporządkowaniem baraku trwała pięć dni.

Plugastwo zniszczono. Między narami zrobiono przejścia. A więc i samopoczucie się poprawiło.

Ale te kraty  żelazne w oknach baraku nadawały ponury wygląd z zewnątrz i wewnątrz. Przypominały one mnie ciemne więzienie w Wilejce , w którym spędziłem 17 miesięcy z nadzieją, że wyjdę z niego niewinny.

    Baraków w naszym obozie było około dwudziestu. W każdym z nich żyło po 50- 60 osób.

W tym obozie, który myśmy zajęli- przebywali przedtem jeńcy japońscy .

Pozostawili w tym baraku –w kąciku –swój ołtarz – wzgóreczek – ułożony kamieniami i upiększony kwiatami. Tam wierzący odprawiali swoje modły. Zwolniono ich do domu, ale ich miejsce modłów długo znajdowało się w naszym baraku – było pięknie urządzone. Po nich zostały i drewniaki , które nosili na nogach po przyjściu z pracy.

Ale czemu mieli takie nary spłosznyje?. Chyba dlatego, żeby pomieścić więcej ludzi w baraku – brak było miejsca.

     Widziałem brygadę jeńców japońskich wracającą z pracy. Wyglądali wszyscy naprawdę przyzwoicie. Każdy przy pasie miał biały ręczniczek, mimo, że wracali z brudnej roboty.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 28 ). Doznania nocy polarnej , gwałtowny wybuch wiosny pod kołem podbiegunowym, obawy buntu łagierników i święta w łagrze …


wieźniowie w Mołotowsku … zdjęcie z portalu gułag.

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

      Noc polarna

   Jest koniec lipca 1947 roku.

Idzie nasza brygada pracować na nocną zmianę.

Jeszcze słońce zupełnie nie zaszło. Ale  tuż tuż, schowa swoje promienie.

Słońca już nie widać, ale światło na dworze jak w dzień, tylko odczuwa się jakąś ociężałość.

Niby dzień,  a nie dzień. Można czytać nawet gazetę, przy tym świetle polarnym. Próbowałem nawet i wszystko widziałem jak w dzień.

    W czasie obiadowym dały się słyszeć piosenki brygad kobiecych : „ Oj rabinuszka, rabinuszka…….Podmoskowskije wiecziera…….”.

 Gdy wracamy z pracy, nie poznajemy drogi , którą myśmy szli. Świtem nie było tu jeszcze zieleni, a teraz, po godzinach pracy  taka już duża trawa rosła.

Tak, tu przyroda żyje szybszym tempem.

Kartofle sadzą w końcu czerwca i wykopują po upływie 5-6 tygodni. Niesmaczne one są. Bardzo wodniste, można powiedzieć i niedojrzałe. ….

    Święta w łagrze

    Przed każdym świętem państwowym w łagrze zawsze puszczano pogłoskę, że będzie zmiana kodeksu albo amnestia.

Tę propagandę puszczał konwój.

Robił to w tajemnicy.

Tak ich uczono na zebraniu przedświątecznym przez ich władze obozowe, która się bała jakiegoś buntu lub ucieczek z obozu.

Takiej chytrości używali, by nas więźniów uspokoić i odciągnąć od zamiarów wystąpienia przeciwko im. I to w dzień święta państwowego.

Bali się naszych myśli buntowniczych.

A że tak było, świadczyły ich zapobiegliwe kroki.

 Robili w zonie i w barakach szczegółowe kontrole- szmony. Szukali podejrzanych  przedmiotów . Znaleziono łyżeczkę zaostrzoną na końcu, niszczyli lub zabierali i zakopywali poza zoną.

Jeśli taki szman odbywał się w czasie wolnym od pracy, wyganiano nas z baraku , robiąc jednocześnie kontrolę naszego ubrania, obuwia, a nawet zaglądali do ust i kazali robić przysiady czy u któregoś coś nie wypadnie.

Z tej stalinowskiej – bzdzitielności- czynności – kpiliśmy , mówiąc: Nie znajdziesz tego, czegoś nie położył.  

Kucharz w kuchni też gotował się do tego święta.

Przez cały tydzień odbierał po trochę od porcj i- mąki, cukru, kaszy, oleju, by upiec na ten dzień pierożek i by kasza była gęstsza i lepiej ocukrzona.

Myśmy się cieszyli tylko tym, że przez dwa a nawet i trzy dni, będziemy odpoczywali.

Ten trzeci lub drugi dzień wolny od pracy dodawali nam do święta, zabierając inne dwa dni naszego wychodnego .

W czasie świąt zaglądali do nas, do łagru nasi ciemiężcy – przedstawiciele specłagru z Ałma Aty- stolicy Kazachstanu.

Przedstawiciele NKGB w otoczeniu swoich przyjaciół odwiedzali baraki, obiekty gospodarcze no i zajrzeli do stołowej, w której był podawany obiad.

Na komendę: „Wstać” wszyscy się podnosili- wstawali. Przechodzą między stołami i zatrzymują się w środku jadalni. Przedstawiciel NKGB pyta: „ Czy może obywatele macie jakieś sprawy do mnie. Słucham ! „.

Panuje cisza. Mówi naczelnik : „ Pokuszali”- odpowiedź- „ Pokuszali „.

I nagle  słychać odpowiedź jednego więźnia : „ Daj chleba, tak skażu”. Konsternacja . Naczelnik : „ zapiszycie jewo”.

Z a p i s a l i  i  d a d z ą   m u   c h l e b a   3 0 0   g r a m    w   k a r c e r z e  n a   c a ł ą   d o b ę.

 Swoje święta, jak : Wielkanoc i Boże Narodzenie spędzałem przeważnie wieczorem po pracy.

Siadałem gdzieś  samotnie w kąciku nary, wyjmowałem dwie pajki chleba po 350 gram i dwie porcje cukru po 27 gram.

Wszystko to układałem na białym ręczniku i stawiałem blaszaną miseczkę kawy. Osładzałem ją jedną porcją cukru, a drugą porcją posypywałem już pokrojony chleb.

Żegnałem się i zacząłem spożywać swoje zaoszczędzone dary w ciągu ostatniego dnia. Myślami byłem wśród żony i synów, rodziców, braci i sióstr.

Jak oni spędzą ten wieczór- czy są zdrowi i żywi.

Jak upływa życie kochanej żonie i kochanym synom?. Z pewnością lepiej niż mnie. Pragnąłem, żeby wytrzymali to nieszczęście.

Ja nie dopuszczam myśli, że się z nimi nie zobaczę.

Jestem tego zdania, że niewinna kara nie będzie taka bezlitosna.

Jeszcze się – Kochani- zobaczymy i wspólnie będziemy się cieszyli przy jednym stole.

Oby się te marzenia ziściły.

Oblewałem rzewnymi łzami te myśli i błogo mi się robiło, że jeszcze żyję, że najgorsze mam już za sobą.

   Wigilijną wieczerzę Bożego Narodzenia 1948 roku kończę. Wszystek chleb ocukrzony zjedzony i wypita słodka kawa. Zasypiam z myślami , że jestem z Wami.

     Prawie każde święta Wielkanocne i Bożego Narodzenia upływały mi na wspomnieniach o Was, Kochani.

W czasie poprzednich świąt Wielkiejnocy w 1947 roku, raczyłem się kaszą grochową zgotowaną z grochu przysłanego mi w paczce z moje rodzinnej wsi Kołpiei i Czerniąt.

Tak upływały mi dni świąt, że zawsze zalewałem się gorzkimi łzami….

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 24 ). Mołotowsk nad Morzem Białym – pierwszy stopień do sowieckiego piekła.


z Wikipedii zdj satelitarne tego miasta – jest położone tuż pod północnym kołem podbiegunowym w obszarze wiecznej zmarzliny…

 Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Piekło sowieckie

  Mróz panuje do 25 i więcej stopni C. Zimno jest nie do zniesienia w wagonie.

 I wreszcie słyszymy sygnał pociągu obwieszczający , że kończy się nasza męka.

Jesteśmy na stacji: „ Mołotowsk” . ( obecnie Siewierodwińsk)

Wysiadamy z wagonów. Skaczemy, zsuwamy się po podłodze do drzwi i opuszczamy na ziemię.

Konwojenci ustawiają nas w piątki. Ruszamy.

Po wyjściu z zabudowania kolejowego jesteśmy na drodze prowadzącej do naszego domu- baraku, znajdującego się w łagrze.

Pada komenda: „ Biegom!”.  Padają strzały z rakiet „ Buch, buch” to w lewej stronie to z prawej. Krzyczą konwojenci : „Podciągnij się”.

Znowuż strzały z rakiet : Buch buch buch!.

Światło obejmuje całą kolumnę. Istne piekło „ biblijne”.

Biegniemy co sił, padamy, i znów światło rakietowe i głosy : „ Biegom”, podciągnij się.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił mi brakuje.

Już się zdawało, że ja dalej nie mogę biec, sił brakuje.

Ale oto nagle ucichły strzały i nikt już nie pogania. Komenda: „ Stać”.

Przed nami stoi NASZ RODZINNY BARAK  oświetlony reflektorem z zewnątrz i żarówkami wewnątrz. Wchodzimy do tego baraku. Jest ciepło. Stajemy.

Wydaje się, że jesteśmy w niebie.

Po chwili zjawia się przed nami oficer NKGB ze swoimi pomocnikami. Pozdrawia nas, mówiąc: „ Dzień dobry obywatele więźniowie. Ja jestem waszym naczelnikiem i będę wami kierował. Na pewno zmarzliście. „ Głosem przyciszonym odpowiadam „ Tak”.

„Czy macie jakieś życzenia na swoich tawariszczy kotoryje was obiżali. Mówcie, my ich teraz ukaramy” . Wszyscy milczą.

A ja szeptem do swego towarzysza mówię, który stał obok mnie. Oddaj buty –  które mi zabrałeś. A on na to, że wymienił je na chleb. Mówię do niego, że ty jeszcze nie zdążyłeś tego zrobić. Jeśli w ciągu minuty nie oddasz mi butów, to ja zgłoszę to naczelnikowi. Stchórzył mój towarzysz niedoli i za pół minuty oddał mi buty.

Naczelnik ze swoją świtą opuścił barak.

My pozajmowaliśmy nary i sumki- torby położyliśmy u wezgłowia. Odpoczywamy.

Nie minęło dwudziestu minut jak dał się słyszeć głos: „ Wsie zakluczonnyje  pierechodzitie na druguju storonu baraka biez wieszczej – budziem sczytać.”  ( wszyscy więźniowie przechodzą na drugą stronę baraku bez rzeczy – będziemy liczyć )

Zostawiam swój sidor ( tłumok) z rzeczami i idę. Podliczanie odbywa się prędko.

Wracam i już jestem przy swojej narze i rzucam oczy na torbę. O rety, rozwiązana. Przyglądam się, czego brak. Nie ma butów, pary bielizny i kawałka kiełbasy. No cóż, stało się i nie odstanie.

 Ten wypadek zrobił na mnie bardzo przykre wrażenie, ale i pouczył , że trzeba być czujnym i nikomu nie dowierzać.

Na kolację dali nam po pół litra zupy- bałandy-„ krupa krupu  ganiajet, szeja łamajet”  i po trzysta gram chleba, tu, w łagrze wypiekanego a więc niepełnowartościowego.

Po tej kolacji , choć chudej, ale ciepłej poczułem się nieco raźniej.

Długo nie rozmyślałem i zebrawszy swoje bogactwo pod głowę, nie zrzucając wojłoków z nóg, zasnąłem….

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie .

Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-

Heleny z d. Wojciul

 Karnalit- kwarantanna

Pierwsze 15 dni w łagiere.

    Obudził mnie głos pochodzący od rejki żelaznej, w którą dyżurny walił młotem na pobudkę.

Zerwałem się ze swej niżnej nary do toalety i umywalni.

Cały czas jestem ubrany w nową jesionkę. Bałem się zdejmować ją z pleców, bo mogli

” szakały ”- złodzieje pochwycić.

Na śniadanie też poszedłem w tym jesiennym palcie do stołówki. Po spożyciu półtoralitrowej zupy i 250 gram chleba wróciłem do baraku na swoje nary.

   Zjawili się u mnie dwaj cywile, a może więźniowie, którzy już kończą swój dziesięcioletni pobyt w obozie i pytają, czy ja nie chcę sprzedać „ osiennieje palto”?. Powiedziałem cichym głosem- „ Da” i poprosiłem ich przysiąść na moim łóżku, żeby się nie gapili obcy na nas.     

Jeden z kupujących nałożył na siebie palto a drugi obejrzał  go w palcie i powiedział :

 „ Dobrze leży”. „ Za skolko oddadzicie?”. „Za dwadcać rublej”- za dwadzieścia rubli. 

Nie zdejmując z pleców palta płacą dwoma dziesięciorublowymi papierowymi banknotami i szybko oddalają się, bo im widocznie nie wolno tu przebywać.

Ja pieniądze chowam głęboko do kieszeni koszuli, bo wiem, że tu jest pełno złodziei, którzy czyhają na dobra swoich towarzyszy niedoli, bo są głodni, no i mają już przyzwyczajenia bandycko- złodziejskie.

A i przyjaciołom głodnym nie można wierzyć .

Ten schowek, tj. kieszeń koszuli ,do którego złożyłem tę gotówkę, nie był gwarancją w nocy, bo złodzieje prędko mogą znaleźć.

Długo myślałem, gdzie te pieniążki schować.

Wreszcie wpadłem na pomysł, że najlepiej  przyszyć łatę do kalesony w rozkroczu- blisko organów- moszny.

Pomysł ten zrealizowałem i ruble umieściłem chyba w najbezpieczniejszym miejscu.

Przez dziurę w kieszeni w spodniach mogłem je wyciągać i chować do tajemniczego schowka.

Po sprzedaży palta wyszedłem z baraku, by oglądać zonę – łagier.

Jest w nim około dwudziestu baraków, piekarnia, kuchnia, pralnia, kancelaria, ustęp na pięć, dziesięć oczek i izolatka.

Cały ten obszar ziemi – 5 ha- zajęty przez łagier jest zagrodzony trzymetrowymi  słupami i powiązany kolczastym drutem. Między tym ogrodzeniem , co 50 metrów, stoją wyżki , dla obserwujących- pilnujących ruchu w zonie. Nad każdą wyżką palą się reflektory o mocnym napięciu i oświecają jasno całą zonę. Na każdej takiej wyżce stoją wartownicy z automatami załadowanymi i od zimna, kręcą się, ruszają, by nie zmarznąć.

    Tej obserwacji dokonałem stojąc na kładce zbitej z desek i ułożonych na poprzeczkach, które są przybite do słupków wpędzonych do torfu ( ziemi) tundry.

Miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierdodwińsk)  leży na południowym brzegu Morza Białego, łączącego swoje wody  z Morzem Barentsa.

W roku 1946 , kiedy tam mnie przywieziono – to miasto jeszcze budowało się na tej tundrze, ciągnącej się na południe, wschód i zachód po sto kilka kilometrów.

Ścieżki około baraków wyłożone są deskami- na słupach wbitych w ten torf głębokości od jednego do dwóch metrów. Drogi te wyłożone nazywają się leżniówkami, bo inaczej nie można by się poruszać w tym błocie.

Domy tu się buduje na słupach , które trzeba wbijać w ten torf.

Twarda gleba leży pod tym torfem. Łatwo jest wbić słup do głębokości gleby- ziemi, ale dalej w głąb idzie słup z wielkim trudem.

Dlatego też’ zakluczeni” tych słupów nie zagłębiają tak jak wymagają tego przepisy. Gdy tylko nadzorujący tych robót oddali się , zaraz że pracownicy ścinają ten słup o 30-50 cm – żeby nie trzeba było gnać go w glebę.

I dlatego domy zbudowane w tym mieście są przeważnie pochylone to w jedną to w drugą stronę, jakby były pijane. Słupy się pochylają, gdy nie są wbite do gleby- ziemi na głębokość co najmniej na jeden metr.

Oprócz tych drewnianych domów, domków, budują w tej tundrze „ wojenny goradki”- wojenne miasteczka- z cegły- piętrowe.

 Rzecz zrozumiała, że pod takie domy- kolosy- robią podmurówkę.

Najpierw usuwają słój torfu,  a następnie kopią głębokie rowy i zalewają je cementem. Materiały na budowę przywożą maszynami na prowizorycznie zbudowanych leżniowkach.

Tuż przy brzegu samego morza budują stocznię.

Cały obszar budownictwa otoczony jest druciastym płotem z wyżkami, na których stoją zmęczeni – zmarznięci żołnierze i uważnie obserwują , by któryś pracownik- uwięziony nie dał drapaka- nie uciekł.

Do tej pory nikogo nie wpuszczają bez przepustki , nawet cywilów, których tu zatrudniają.

To moje ogólne pojęcie o tych spostrzeżeniach o tym Mołotowsku. ( obecnie Siewierodwińsku)

Uwaga! Nie mylić miasta Mołotowsk z miastem Mołostow- na Uralu

c.d.n.

( wrzuciłam do blogu 22.07.2019)