Było i jest ….

zdjęcie własne nieba nad Michałowicami …

Jest na Fb  strona zatytułowana Kiedyś było jakoś fajniej . Ludzie pokazują zdjęcia starych,  już dziś nieznanych przedmiotów, zabawy dzieci jakich współczesne nie doświadczają – wszystko w tonacji szaroburej jakim wtedy był nasz powojenny świat. Inni się wzruszają oglądając.

Rozmyślam nad swoim wtedy życiem, to była młodość z której  człek nie zdawał sobie sprawy. Trudy życia pokonywał z wyskoku tak jak wrzucał piłkę do kosza grając wtedy dość namiętnie. Było kolorowo i zwyczajnie. Było, minęło. Teraz –  oglądane z perspektywy lat wydaje się nieprawdziwe.

Bo jest tu i teraz. 

Dzień wypełniony skurczonymi do emerytalnych wymiarów zajęciami, poranne wyprawy po zakupy z plecaczkiem, bo sklep daleko, jeszcze  nieużytki czarują teraz uśpionymi trawami, samolotami podróżują ludzie w dalekie kraje- może po miłość, może  po rozpacz a może nie wiem po co.

I jest pięknie bo życie trwa, krew pulsuje a myśli wyfruwają w przestrzeń  wolne jak ptaki szybujące po niebie…

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 3 ). Samotny bój o dostęp do edukacji .

Jan Konopielko

                                                                               Nauczyciel w  Sukniewiczach,

                                                                               pow. Oszmiański

Mój życiorys. Część pisana przed II wojną światową.

    Wiosna roku 1919 była dla mnie najprzykrzejszym okresem czasu, jaki w swoim życiu miałem. Był to okres głodu i panowania w naszej wsi choroby- krwawki ( czerwonki  ). Maluczko było zasiane u nas zboża ubiegłego roku, bo nie mieliśmy czym siać, to też i zebraliśmy niewiele. Jadłem chleb w osiemdziesięciu procentach z plewami, bo, nawet jego nam zabrakło w miesiącu czerwcu.

A więc odżywiałem się wraz – już ośmiu rodzeństwem tj. czterema braćmi i tyloma siostrami, zacieraczką na pół z plewami i trawami.

Wczesną wiosną, gdy mieszkańcy naszej wsi odkopywali jamy, do których żołnierze rosyjscy zlewali nie zjedzoną zupę- biwakując w lesie, towarzyszyłem im w tej pracy, biorąc czynny udział. 

Nie do uwierzenia – ci ludzie , po odkryciu takiej jamy pomyjnej, w której było do połowy- na metr lub więcej kaszy –  jedli ją z apetytem. Ja także , od odkryciu takiej jamy, spróbowałem ( skosztowałem) jeden raz chleba leżącego przez przeszło półtora roku w ziemi. Połknąć jednak nie zdołałem tego smakołyku dla innych . A więc wydobywałem tę tak zwaną przez nas” kaszę” nie dla siebie, ale dla świń.

Ta kasza, którą nosiłem najczęściej na plecach do domu, stała się dla mnie nieszczęściem, aż do czwartego kursu seminarium. Dźwiganie ciężarów w okresie, kiedy byłem odżywiany prawie trawą zabielaną bez chleba, spowodowało rozruszenie kanału  pachwinowego. A więc miałem przepuklinę, którą u nas na wsi nazywają „ kiłą”. Pomimo, że kryłem się z tą wadą , jednak wszyscy na wsi o tym wiedzieli i przy każdej nadarzającej się okazji nazywali mię „ kiłem” co było dla mnie największą obrazą. Za takie nazwanie mnie biłem każdego czym mogłem. Było to dla mnie prawdziwą męczarnią duchową – obcując z kolegami, rówieśnikami, którzy ironicznymi uśmiechami dawali mi do zrozumienia, że wiedzą jakim ja jestem.

Ażeby dalszemu rozruszaniu się kanału zapobiec, kupił mi ojciec w Wilnie pas, który nosiłem od 13 do 22 roku życia. Noszenie pasa krępowało mię wobec kolegów, z którymi się bawiłem i kąpałem. Będąc bez pasa, mogłem niejednego przekonać, że nie jestem takim, jakim mnie nazywają, gdyż przepuklina była niewielka i dla nie znających się na tym nie spostrzegalna. Trudno natomiast było przekonać któregoś, gdy spostrzegł , że noszę jakąś sprężynę. Ponadto ten pas po pewnym czasie stał się bardzo dokuczliwy , bo wrzynał się w mięśnie aż do krwi swoim żelazem, pozbawionym obszycia, chroniącego przed zadawaniem bólu. Nieraz z płaczem siedząc w kryjówce owijałem tę sprężynę szmatami, by się tak nie wrzynała w ciało. A ileż zabiegów musiałem przedsiębrać przy rozbieraniu się do naga, by nie dać poznać, że jestem z tą wadą.

       Będąc w takim stanie, nawiedziła mnie krwawa ( czerwonka), na którą nawiasem mówiąc chorowała cała wieś. Ta choroba, która trzymała mnie w swoich kleszczach przez przeszło dwa tygodnie, przyczyniła się jeszcze więcej do rozszerzenia kanału pachwinowego.

      Po powrocie do zdrowia nie miałem szczęścia do odpoczynku i wzmocnienia się na siłach. Musiałem zająć się pracą, którą wykonywała matka, gdyż ona- matka zapadła obłożnie na zdrowiu. Rolę gospodyni domu pełniłem od maja do późnej jesieni. Rola ta przypadła mi dlatego, że najwięcej wśród rodzeństwa wykazywałem zdolności do tej pracy. Ojciec mój nie potrafił sobie nawet słoniny rozkraszyć, a brat starszy odziedziczył właśnie cechy ojca w tej dziedzinie.

Praca moja przy kuchni ograniczała się do pieczenia blinów i gotowania prymitywnych potraw, jak kapuśniaka, kartoflanki i samych kartofli. Pomocnikami w tej pracy były małe siostry. Pełnienia obowiązków gospodyni, gdy nosiłem pas od przepukliny, było dla mnie męczarnią.

Ponadto byłem przez cały czas choroby matki pod wrażeniem, że ona może lada dzień umrzeć. Nie było w ciągu całego miesiąca prawie jednego dnia w któryby nie pogrzebano kogoś z niedawno zapadłych na zdrowiu.

Po skończonej pracy w kuchni siadałem na framudze okiennej i przyglądałem się zaledwie poruszającym się osobom o spuchniętych nogach, rękach i twarzy od głodu. Widziałem niejednego nieboszczyka, wiezionego na pobliski cmentarz i postępujących za nim paru osób, podobnych raczej do bałwanów ( z powodu opuchlizny)  , niż do ludzi. Te kondukty żałobne posuwające się co pewien krótki czas napawały mnie strachem, że moja matka też za niedługo odejdzie w zaświaty.

    Życie więc było istną męczarnią duchową i cielesną. Pociecha znikąd nie nadchodziła. Karmiłem młodsze rodzeństwo kartoflami oblanymi rzewnymi łzami z powodu wielkiego nieszczęścia. W takim stanie zdrowia i niepewności przeżyłem trzy miesiące.

    Skoro matka wracała do zdrowia, u mnie wracała energia do życia. Gdy wreszcie matka objęła swoje obowiązki przy kuchni, zdawało się, że wróciłem z piekła do nieba.

Czułem się naprawdę szczęśliwym dzieckiem. Wszystko się teraz do mnie uśmiechało.

I gdyby nie ten pas krępujący moje ciało i ruchy, byłbym dzieckiem szczęśliwym nadal przy boku matki. Ale wrzynanie się pasa w ciało, odbierało mi chęć do życia. Po roku życia w takim stanie przyzwyczaiłem  do takiego trybu życia. Przy cięższych pracach starałem się wyręczyć bratem lub ojcem. Zajęciem moim w 13, 14, piętnastym roku życia było odpasywanie kolejki za krowy, jeżdżenie na „ nocleg”( pasanie krów w nocy) i pomoc rodzicom przy uprawie roli.

       Tak upływają mi dni wiosną, latem i jesienią. Zimą pomagam ojcu młócić, karmić trzodę i krowy, rżnąć sieczkę , a wieczorami chodzę na wieś do rówieśników lub starszych chłopców, z którymi gram w karty na pieniądze albo bez pieniędzy.

       W 15 roku życia zacząłem myśleć o nauczeniu się jakiegokolwiek rzemiosła, bo pracy na roli i przy gospodarce nienawidziłem. Może i dlatego, ze byłem z pasem na biodrach, który mi mocno dokuczał przy każdej pracy wymagającej ruchu nóg i bioder.

Faktem było, że starszy brat cieszył się z dużej ilości zboża w stodole, ja wzdychałem patrząc na nie, bo wiedziałem, że trzeba będzie młócić cepami przez kilka tygodni.

       Jak mogłem, tak się wykręcałem od pracy potrzebującej dużego wysiłku z mojej strony. Ale pokazać ojcu, który pędził mnie do pracy, bez względu na mój stan zdrowia, że nie próżnuję , robiłem buty drewniane, wiązałem pantofle z powrozików, obszywałem różne sukmany i chodaki. Ta praca dawała mi zadowolenie, bo po jej dobrym wykonaniu zawsze dostawałem pochwałę od kogoś. Z największym umiłowaniem  wyplatałem koszyki pasąc czy to krowy , czy też konie. Wszystkie te prace wykonywałem co prawda z chęcią, ale nie dawały one mi nic na przyszłość. Zdawałem sobie sprawę, że rolnikiem nie zostanę. Po pierwsze dlatego, że ziemi miał ojciec mało- 4 ha, a po drugie jak już wspomniałem, nie lubiłem tej pracy.

     Rozpocząłem więc w 15 roku życia uczyć się u szewca, u jednego z szewców będących w mojej wsi. Chwalił mię majster za moją pilność i pojętność. Za parę miesięcy nauczyłem się zelować buty i nakładać łaty na nie. Po okresie zimowym nauka została przerwana na czas prac wiosennych i letnich.

     W tymże roku w jesieni została założona szkoła polska w naszej wsi. Otóż na prośbę moją oddał mnie ojciec do szkoły, która mieściła się w naszym domu. Przyjął mnie nauczyciel- były sierżant wojsk polskich – do drugiej klasy. Uczyłem się bardzo pilnie i wykazywałem bardzo dobre postępy w nauce. Jakimś prawem przesadził mnie nauczyciel z  klasy drugiej do trzeciej po czterech miesiącach nauki. I w tej klasie dawałem sobie radę. A więc w ciągu jednego roku szkolnego ukończyłem dwie klasy. W następnym roku uczęszczałem do klasy czwartej , mając już szesnaście lat. Byłem w tej klasie jednym z najlepszych uczniów, jeśli chodzi o opanowanie materiału.

Ojciec, który początkowo zaganiał mnie do pracy, odrywając od książki, w czwartej klasie już zachęcał do nauki. Ba, nawet prosił nauczyciela, by ten uczył mnie jeszcze po lekcjach. A więc przez prawie miesiąc pobierałem naukę dodatkowo, by być lepiej przygotowanym do wstąpienia do gimnazjum lub innej jakiejś szkoły. Nauczyciel mój miał się zająć doprowadzeniem mnie do egzaminu i ulokowaniem w jakiejś szkole. Po ukończeniu czterech klas szkoły powszechnej z wynikiem bardzo dobrym czekałem przez całe wakacje na swego pana, który, odjeżdżając na wakacje, obiecał przyjechać po mnie i zawieść do średniej szkoły.      Wakacje minęły i rozpoczął się rok szkolny 1923/24, a ja pozostałem w domu ze swymi marzeniami, bo” pan „zapomniał o obietnicy.

Gdy nadchodził początek roku szkolnego, prosiłem ojca, by się dowiedział, do jakiej szkoły można wstąpić, ale ten zajęty pracą i nie znający się na tych sprawach , zbywał mnie powiedzeniem :„  jak chcesz się uczyć, to idź, szukaj szkoły”- mówił po białorusku. Z bólem w sercu i łzami w oczach pasłem to krowy to konie i myślałem, czymże ja jestem gorszy od tych, którzy się uczą. Mocno zazdrościłem uczniom, którzy w różne święta wracali skądś w mundurkach do domu koło naszej wsi, a ja musiałem paść trzodę.

    Prosiłem Boga cichutko, by mi przyszedł z pomocą w urzeczywistnieniu marzeń- wstąpienia do szkoły średniej. Ani prośba do Boga ani też płacz, którym chciałem zmusić ojca do poszukania dla mnie szkoły, nic mi nie dały. Musiałem szukać sam czegoś. Było mi bardzo trudno, bo nie miałem nikogo znajomego, kto by mnie poinformował o bliskich szkołach średnich- o warunkach przyjęcia.

Sam byłem jeszcze za mało rozwinięty. Oprócz wsi własnej i pobliskiego miasteczka nie widziałem większych osiedli. Prawda, pociągiem jeździłem parę razy, gdy miałem jeszcze osiem lat. Mimo to, rozpocząłem sam poszukiwania.

      Któregoś dnia jesiennego- pewnie w niedzielę , gdyż w powszednim dniu nie miałem czasu, wybrałem się do pobliskiego miasteczka- Smorgoń- do księdza, z prośbą o poradę, gdzie znajdują się jakie szkoły, i jak się  dostać do którejś z nich. Dobra dusza ksiądz wskazał mi seminarium w Święcianach, które miało powstać dopiero. Mało tego. Poprosił w moim imieniu organistę , by ten się zwrócił z zapytaniem piśmiennie o warunkach przyjęcia. Poszedł więc list do dyrekcji nowo- powstającego seminarium nauczycielskiego. Ja z radością wprost nie do opisania wróciłem do domu i z biciem serca czekałem odpowiedzi. A gdy ta szybko nie nadchodziła, niecierpliwiłem się mocno i każdej niedzieli przez miesiąc chodziłem do organisty z zapytaniem, czy już nie nadeszła odpowiedź. W czwartą niedzielę powiedział mi organista, że  odpowiedź nadeszła na mój list i że nie jest ona wesoła, gdyż  seminarium w tym roku nie założono jeszcze, a ma ono powstać prawdopodobnie w następnym roku szkolnym. Było to dla mnie strasznym ciosem, ale nie traciłem nadziei, że mi się uda kiedyś osiągnąć mój cel.

    Na razie, gdy nadeszła zima, wybłagałem ojca, by mnie oddał do szewca do Smorgoń. Nie z tą myślą szedłem do szewca, by się nauczyć szyć buty, ale, żeby być blisko gminy. Zapoznać się z urzędnikami w gminie i później poprosić ich przyjęcie mnie na jakiegoś pracownika w biurze. Miałem o sobie zdanie, że potrafię ładnie pisać i załatwiać niektóre sprawy.

      Marzenie moje o wstąpieniu do gminy na pracownika spełzły na niczym.

       Praca u szewca nie zadawalała mnie, jednak przetrwałem przy tym warsztacie całą zimę. Z chwilą wiosny porzuciłem swego majstra i rozpocząłem szukać szkoły.

       Pewnej niedzieli pojechałem po raz pierwszy do Wilna ze znajomą przekupką z myślą, że mi się uda zapisać do jakiejś szkoły. ( Muszę wspomnieć, że jechałem bez zezwolenia rodziców. Pieniędzy na podróż nakradłem od krewniaka, który mieszkając u nas handlował krowami) . Gdy moja towarzyszka podróży sprzedawała swój towar, ja udałem się na poszukiwanie szkoły. Spotkałem jakiegoś chłopaka na wąskiej ulicy i zapytałem go szkołę średnią. Wyjaśniłem mu moją wielką chęć wstąpienia do szkoły i uczenia się. Chłopiec- do posług- zrozumiał mnie i zaprowadził do jakiegoś dużego gmachu, gdzie uczyli się klerycy. Długo tam czekałem i nie doczekałem się na przybycie przełożonego tego seminarium duchownego. Cudem jakimś wróciłem do swojej towarzyszki, bo wychodząc z kamienicy na ulicę naprawdę nie wiedziałem, którędy mam iść.

       Nie wskórawszy nic musiałem wracać do domu. Za posiadane pieniądze , a noszone w czapce pod podszewką, kupiłem pięć butelek półlitrowych wódki na sprzedaż. Z wódką zawiniętą  w chustki, w których miałem chleb na drogę, wróciłem do domu w nocy.

    Na pytanie rodziców, gdzie byłem tak długo, powiedziałem prawdę. Rodzice byliby nie uwierzyli, gdyby nie dowód- wódka.

     Przywiezioną wódkę prędko sprzedałem, zarabiając sto procent. Taki wielki zysk zachęcił mnie do powtórnego wyjazdu do Wilna po wspomniany napój. Tym razem zakupiłem już 10 półlitrówek i po przywiezieniu szczęśliwym udało mi się również prędko rozprzedać i zarobić nie mniej niż poprzednio. Ale ku mojemu utrapieniu nastąpiła dewaluacja marki polskiej. Za skarb swój mogłem kupić już tylko pięć butelek półlitrowych wódki. Jeszcze przywoziłem kilka razy wódkę z Wilna. Ale, gdy przekonałem się, że nie mam z tego handlu żadnego zysku , a przeciwnie ponoszę straty, zarzuciłem to zajęci, pozostając z bardzo małą ilością gotówki.

   Znowu wróciłem myślami do wstąpienia do szkoły. Ale, gdy przyszedłem do przekonania, że nie uda mi się to, postanowiłem zapisać się do wojska na ochotnika.

    Pewnej niedzieli letniej, a może powszedniego dnia, wybrałem się do Urzędu Gminnego znajdującego się o 12 km od mojej wsi z myślą zapisania się na ochotnika do wojska. Tam dowiedziałem się , że jeszcze nie czas na zapisywanie się na ochotnika.

Żona sekretarza- nauczycielka tamtejszej szkoły powszechnej , zaczęła mnie wypytywać skąd jestem i co mię skłania do tak wczesnego pójścia do wojska. Wytłumaczyłem jej swoje powody. Ona mi poradziła bym lepiej wstąpił do seminarium nauczycielskiego, które powstaje dopiero w Święcanach. Ta kochana pani obiecała pomóc mi do wstąpienia do tego seminarium.

   Po powrocie do domu opowiedziałem to ojcu i następnego dnia z dwuzłotówką w chusteczce od nosa poszedłem na bosaka po metrykę do księdza w Smorgoniach. Ponieważ metryki mojej nie było w tej parafii, więc bez odpoczynku udałem się do księdza w Doniuszewie, położonego o piętnaście kilometrów od Smorgoń, a od mojej wsi o 10 km. Głodny i zmęczony do ostatka, z bólem nogi od przebicia kolczastym drutem, bo szedłem na bosaka, wróciłem z metryką do domu.  Nazajutrz, skoro świt, poniosłem dokumenty potrzebne do podania dla p. nauczycielki, mieszkającej o 12 km od mojej wsi, która to pani zawiozła moje podania do dyrekcji państwowego seminarium nauczycielskiego.

      Działo się to wszystko tuż przed wakacjami. Powróciwszy do siebie od wspomnianej pani nauczycielki zapadłem na zdrowiu i musiałem leżeć w łóżku niemal przez cały tydzień. Przyczyną choroby było nadwerężenie przebitej przez drut nogi.

      Z chwilą, gdy ból w pachwinie się zmniejszył i guzy zaczęły maleć, udałem się do swojej pani nauczycielki , by się dowiedzieć, jak stoją sprawy mego przyjęcia do seminarium nauczycielskiego. Gdy moja opiekunka zobaczyła mnie u siebie, mocno się zdziwiła , że nie jestem w tej chwili na egzaminach wstępnych, które właśnie w tych dniach się odbywały.

Wiadomość ta , że jestem dopuszczony do egzaminu na kurs wstępny z jednej strony ucieszyła mnie, a z drugiej zmartwiła, że może być już za późno. Podziękowałem swej opiekunce jak umiałem, złożyłem jej podarunek pod postacią kawałka- jakie 1/3 kg słoniny, wziętej bez wiedzy rodziców i spiesznie wróciłem do domu z radością w sercu.

Tu spotkała mnie kara za oderżnięty kawał słoniny. Ojciec uderzył mnie tak mocno kawałkiem słoniny, że zaprzysiągłem zemstę.

Kiedy rozgniewany ojciec uspokoił się, opowiedziałem mu, że jutro muszę jechać do Święcian na egzaminy i nie mam na drogę pieniędzy. Początkowo nie chciał temu wszystkiemu wierzyć, ale, gdy wytłumaczyłem mu i przekonałem go, poskrobał się po głowie i zaczął medytować. Umyślił sprzedać niedużego i ostatniego wieprzka na moje potrzeby. Dopiero na drugi dzień po sprzedaniu prosiaka dał mi ojciec tyle gotówki, ile było trzeba na bilet, z czym wyruszyłem sam jeden do Święcian.

     Z kawałkiem chleba razowego i odrobiną słoniny w torbie ruszyłem do wspomnianego seminarium. Pomimo, że nie byłem w tym miasteczku nigdy i nie wiedziałem nawet dobrze, gdzie robić przesiadkę, wyruszyłem we wspomnianą drogę, licząc na to, że się dowiem wszystkiego od pasażerów. Tak się też i stało.

Kupując bilet na pierwszej stacji podsłuchałem rozmowę pewnej pary młodych, którzy wspominali miasteczko Święciany – cel mojej drogi. W wagonie dowiedziałem się od tych państwa, że jadą do Święcian. Więc pilnowałem się tej pary przy przesiadkach i dzięki jej przyjechałem do miejsca przeznaczenia.

Miałem tu też niemały kłopot z noclegiem- nie wiedziałem, gdzie można przenocować. Na szczęście trafił mi się jakiś Żydek, który też poszukiwał noclegu. Z tym Żydkiem zaszedłem do jakiejś piwiarni i na jednym tapczanie po jedną kołdrą- kocem- przespałem noc.

Nazajutrz bez  posiłku udałem się do seminarium nauczycielskiego. Długo szukałem samego lokalu, a jeszcze dłużej kancelarii. Nareszcie znalazłem się w kancelarii i wyjaśniłem swój cel przybycia.

Krótko mi oświadczyli, że już są egzamina skończone i będę mógł składać je dopiero w jesieni. Było to dla mnie gorsze, niż uderzenie obuchem w głowę. Wiedziałem, że gdy teraz nie zostanę przyjęty, ojciec nie puści mnie- nie da pieniędzy, na wyjazd w jesieni. Z drugiej strony bałem się szyderstw mieszkańców mojej wsi, którzy nie wierzyli, że syna chłopa mogą przyjąć do szkoły średniej.

      Postanowiłem po krótkim namyśle pójść do samego dyrektora i błagać- by mnie przyjął. Odnajduję dyrektora we własnym mieszkaniu, i z płaczem tłumaczę mu, że nie przyjęcie mnie teraz do szkoły, zmusi do dalszej męczarni w domu.

Na pytanie dyrektora, czy będę chciał się uczyć przez sześć lat, z uniesieniem oświadczyłem, że choćby i przez 20 lat.

Gdy dyrektor przekonywał mnie, że przyjmie mnie w jesieni, jeśli zdam egzamina, rzuciłem mu się do całowania rąk z płaczem i błaganiem, by jednak rozstrzygnął tę sprawę. Uległ dyrektor mojej rozpaczliwej prośbie i wydał polecenie podwładnym mu nauczycielom , by przeegzaminowali mnie. Egzamin  na kurs wstępny złożyłem ze wszystkich przedmiotów z wynikiem pomyślnym, z wyjątkiem rachunków, które teoretycznie znałem bardzo dobrze, ale jak przyszło się wytłumaczyć , jak to działanie zrobiłem, nie potrafiłem tego wyjaśnić. Rezultat- przyjęty zostałem zastrzeżeniem z rachunków- z których miałem składać jeszcze egzamin w jesieni.

     Muszę zaznaczyć, że do egzaminu zupełnie się nie przygotowywałem i że składałem go po rocznej przerwie po ukończeniu czterech oddziałów.

        Wakacje po egzaminie upłynęły mi na marzeniach o szkole, jak będę się uczył, czy dam sobie radę, skąd wezmę pieniądze na utrzymanie, gdy ojciec ich nie ma. Nieraz całą noc spędziłem nad rozmyślaniem- będąc na noclegu. Były to myśli miłe i zarazem przykre, że po rozpoczęciu nauki, jeśli nie wykażę się dobrymi postępami, nie dadzą mi zapomogi i będę zmuszony przerwać swe studia. Z góry przysięgałem sobie w duchu , że muszę być jednym z najlepszych uczniów tak jak byłe w szkole powszechnej.

    Wakacje dobiegały końca.

c.d.n.

Miałam sen…..

O Niesamotności w Samotności i Młodości w pędzie ku Starości….

 

Rozmyślania dziś mi przyszły, w ten wtorkowy,   wczesny, słońcem  nieśmiałym jak na razie, ubarwiany poranek. Rozmyślania o  Samotności przekuwanej w Niesamotność, bo  z przyrodą, bo nasycanie wszystkich  zmysłów , bo podróże we śnie krótkie , lecz  soczyste jak dojrzała gruszka….

Samotność w tłumie, jakże częsta….zagubieni wśród pędzącej szarej lub barwnej- wszystko jedno, bo nie widzimy- masy ludzkiej , z Peselem, coraz bardziej ciążącym  w plecaczku, drepczemy ulicami miast, czasem oglądamy jakąś elewację a może drzewo lub ptaki,  które  szukają czegoś na wydeptanym trotuarze . To zauważamy nagle,  gdy np. zadyszka zmusza do zatrzymania się. Ale nawet wtedy, bywa, że tylko  wsłuchujemy się w nierówne bicie naszego serca i skoncentrowani na sobie, nad czasem bolesnym biodrem, czy dłonią zniekształconą, która już nie może objąć akordu na ukochanym pianinie- czujemy że to już zmierzch naszego życia…a obok nas przepływa Młodość, której już nawet nie widzimy, bo jest magmą – jesteśmy poza tym dynamicznym nurtem , zamknięci jak w skorupie w swoim upływającym za szybko czasie….Samotni w tłumie….

Samotność to stan ducha, którą można Cudem przemienić w Niesamotność. … Niektórzy , licząc na ten Cud , próbują pokonać Samotność- chcą  gadania z przyjaciółmi , spotkań częstych, wspólnych wyjazdów. Może wtedy  gubią swoje czarne myśli, myślą, że uciekają od  swojej Samotności , nasilonej lękiem spowodowanym tym, co zieje z publikatorów-  co osacza, napiera zewsząd – fałsz i kłamstwa polityków i polityki , słowa brutalne , ciężkie od brudu, rozsiewane z trybun nie tylko sejmowych, inwazje w świecie, wróg podnoszący łeb na Wschodzie ale i na Zachodzie…. Ale bywa, że ta  ucieczka  okazuje się  niemożliwa  – bo nagle ktoś  poruszy ten właśnie temat i  wtedy jest jeszcze gorzej – bo do Samotności, Lęku dołącza się  Bezsilność wobec zła tego świata. A to jest okropne uczucie, które zamula myślenie i nic z niego nie wynika. Także dalekie podróże, tylko dla podróży i powiedzenia znajomym- tam byłem-  nie przynoszą ukojenia, bo mury miast, choć najpiękniejsze, zabytki, muzea ,   wycieczki wycieczki wycieczki- nie dla bycia sam na sam z inną kulturą, odmienną przyrodą czy zanurzeniem w dawnych czasach-dla pozbierania myśli- są puste.  Wraca się do tego co tu i teraz a  w bliskiej przyszłości już czeka….Może szukanie grup, towarzystwa nieustannie otaczającego,  zamknięcia wśród murów miast, szlifowanie chodników czy wreszcie pęd wielki rowerowy , motocyklowy czy samochodowy to lek na Samotność, Lęk i Niemoc – nie wiem.

Nie jest mi to dane. W tłumie gubią się moje myśli, które lubią być wolne, nie mącone czyimś pustym dla mnie gadaniem, gubią się moje spojrzenia na dookolny świat, znikają piękne chmury czy małe kwiatki rosnące nisko nad ziemią….rozpraszają się  doznania zdmuchane czyjąś niepotrzebną obecnością. Lubię być sama, nie Samotna, bo  z Przyrodą, która we mnie wnika i koi-  jestem Niesamotna w mojej Samotności . Tak mam….

I dalej snuję swą opowieść-  może ktoś siebie w niej odnajdzie i powie- też tak czuję….może nie….nieważne…

Ale czasem, czasem czujemy jak unoszą nas Marzenia, które gdzieś drzemały i nagle obudzone potężnieją. I wtedy jest dobrze. Marzenia to Młodość i Niesamotność. Śnijmy więc te sny na jawie, Piękne i Dobre, jak ten mój ….

I nagle wyłaniają się przed oczami zda się  zapomniane już dworce, skąd pociągi w różnych kierunkach-  dawne świeże,  nastolatkowe sny z ulubionym wiaduktem nad torami w Poznaniu, w dawnych studenckich czasach-i  pomimo szumnej młodości zatrzymanie tam, spoglądanie w dół i myślenie dokąd pędzą, w jaką romantyczną podróż mkną ci ludzie zamknięci w pudełkach wagonów – aż w końcu  dym z komina parowozu zamyka ten obraz…

I wtedy  właśnie łapiąc taki uciekający z czasem obraz, otwierając ten zamknięty kadr w naszym sercu i myślach – nagle zbieramy się w sobie, wybieramy miejsce , choć tak bliskie, a tak nieznane, sprawdzamy rozkłady jazdy pociągów (tak,  tylko pociągów) , jakieś noclegi zamawiamy i w drogę.     Czujemy jak przypływa ożywczy wiatr do naszych serc i umysłów, jak przewiewa wszystkie zgnuśniałe zakątki, jak unosi nas na swoich skrzydłach.  To wraca Młodość , moi mili….tak właśnie wraca Młodość….

Och, za patetycznie ci wyszło Klarka , za patetycznie. Toż tego nikt i tak nie będzie czytał.

Oooo, jeśli tak, to mogę sobie gadać bez konsekwencji, komentarzy czy złośliwych uśmieszków pod wąsem- dialog taki sama ze sobą prowadzę czekając w moim śnie  na peronie, który uwielbiam od dzieciństwa.

Uwielbiam wszystkie dworce i perony świata, bo otrzymałam to w pakiecie genetycznym od Taty, choć jak mniemam od jakiś innych przodków , bo Tata- Wacłąw Łukaszewicz, urodzony w 1908 roku w mieścinie oddalonej od kilkadziesiąt km od torów kolei żelaznej, tylko raz, jako dziecko  był z rodzicami w Wilnie i tej podróży pociągiem już nigdy nie zapomniał i zakochał się Miłością Pierwszą, taką na całe życie- w torach kolejowych, wiaduktach i mostach, które czekają na swoje  pociągi . Wracał do tej opowieści czasem, gdy Mama dała mu dojść do słowa- bo pod koniec życia sama chciała opowiadać- a miała o czym- zawsze opowieści te były kształtne z początkiem, rozwinięciem i puentą , często zaskakującą 🙂

Tak więc wracając do głównego toru ( i tu tor mi wszedł na klawiaturę : ) tej opowieści o wszystkim i o niczym właściwie- stoimy więc na peronie , czekając na swój pociąg- choć równie dobrze  mogę  wsiąść w jakikolwiek- do Krakowa Białegostoku czy  Berlina.

Ale czekam cierpliwie na swój – bo ten jest mi  pisany- zesłany jak list – imperatyw z nieba….

I jest i nadjeżdża z gwizdem oraz metalicznym stukotem  kół i zaprasza…. .i jedziemy….pejzaż ucieka w tył, krajobrazy się przewijają jak w filmie,  oko ucieszone zawisa spojrzeniem na domkach, gdzie ludzkie życie się toczy,  na dookolnych lasach, których już coraz mniej- chyba, że przy trasie do Zielonej Góry, tam ostatnio widziałam  , gdy mój pociąg z pędem zanurzył się w zielonej zachwycającej niezapomnianej bujności….

….a potem tylko Niebo przepastne, z chmurnymi malowidłami Pana Boga i Młodość wieczna i zachwyt dziecięcy ……

Zdjęcia własne, ilustrujące powyższy tekst…

 

 

 

 

A ” Kiedy znów zakwitną białe bzy…”

 

 

1.JPG

 

6.JPG

 

 

„Kiedy znów zakwitną białe bzy,
Z brylantowej rosy, z wonnej mgły,
W parku pod platanem
Pani siądzie z panem…”

 

Pośpiewać sobie można za Foggiem, Połomskim i innymi, którzy też polubili tę piosenkę i umieścili w swoim repertuarze , ale „tych lat nie odda nikt…”. Było, minęło.

Pozostały jednak dawne sentymenty do tamtych czasów. Młodzi byliśmy, jeszcze tacy młodzi. Ale wówczas człek sobie nie zdawał sprawy z urody tego czasu , pędził za każdą chwilą, czas przeciekał pomiędzy palcami i wszystko wtedy wydawało się normalne, zwykłe. I ta sprawność i piękne ciało i tylko uczucia latały pod niebo by czasem boleśnie spadać na ziemię…..a potem znowu te wzloty płomienne…

   Teraz jest inaczej.

Jest dużo wolnego czasu a lustro jednoznacznie mówi to co mówi.

Ale też przyszła ochota na smakowanie życia, rozkoszowanie się każdym danym jeszcze do przeżycia momentem i przyszła też pora na wspomnienia. Np.  pierwszy rok warszawskich studiów , kiedy już mężatką  byłam a Piotrek Sz. na poranne zajęcia wpadł nieco spóźniony z naręczem bzów jeszcze mokrych od rosy, pewnie pod drodze wyłamanych z jakiegoś krzewu i życzenia imieninowe składał….spotkałam go po bardzo wielu latach i zobaczyłam bardzo zmęczonego życiem człowieka. Ale w mojej pamięci pozostał tamtym szalonym czarnym chłopakiem z płonącymi oczami…

Jakie czary potrafi wyczyniać pamięć. Przechowuje to co piękne, chwile mniej ciekawe wybiela a o złych zapomina lub zamazuje ich kontury, wygładza, łagodzi. Jestem jej za to wdzięczna, że właśnie taka jest….

    Bardzo lubimy  bzy, te szalone krzewy, ich bujną wiosenną zieleń i wielkie wiechcie kwiatów. Tę istną burzę w ogrodzie rozsiewającą zapachy….

    A pomyśleć, że przywędrował do naszego kraju dopiero w XVI wieku, z Turcji przywieziony. Fajnie , że nie żyjemy w wieku  XV albo i wcześniej jeszcze,  bo jakiż uboższy byłby nasz wiosenny świat….świat bez bzu…Jego rodziną są lilakowate i pomimo, że nazywamy go bzem nie należy do rodziny piżmaczkowatych jak bez czarny czy ligustr…. Miłe nazwy tych rodzin….ktoś kiedyś wymyślił a dawno już zniknął , nawet nie znamy jego imienia. Ale pozostał w bzach, co kwitną majowo …Człowieczy los rozdaje karty w grze zwanej życiem, zapamiętaniem….ale już odkładam na bok te rozmyślania….

… bo właśnie niedawno zakwitł w naszym ogródku….bez….piękny i wilgotny…

 

 

5.JPG

 

 

3.JPG

 

 

00.JPG

 

Gorzów, moje miasto. Jurek Szalbierz.

Taki dzień.

Trzeci dzień nowego 2013 roku.

Seweryn Krajewski rzewny w radio.

Samotność.

Niebo z twarzą poszarzałą, zapłakana ziemia.

Komputer.

Otwarty.

Czas powrotów.

Tylko daleka przeszłość jaśnieje.

Zakochanie we wspomnieniach.

Zakochanie w pamięci.

 

Znajduję wpis w portalu MM Gorzów już dawno zamieszczony przeze mnie pod nikiem  Łuka.

To spotkanie z  chłopakiem  z młodości, Jurkiem .

Wzruszenie.

Fala wszechogarniająca.

Jeszcze chwila w miarę przytomna na szukanie w necie.

Znajduję ślady.

 

W notatkach Biblioteki gorzowskiej napisano:

Urodził się 24.02.1947 r. w Gorzowie Wlkp. Zmarł 16.12.1997 r. Pochowany na gorzowskim cmentarzu w Zaułku Zasłużonych, ma tablicę pamiątkową w Alei Gwiazd na Starym Rynku.  
Absolwent Studium Nauczycielskiego w Gorzowie (kierunek: biologia). Członek Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego od listopada 1974 r. W 1977 r. przyjęty do Związku Polskich Artystów Fotografików, gdzie pełnił funkcję kierownika lubuskiej delegatury.  
   Po śmierci Waldemara Kućki w 1981 r. przejął funkcję przewodniczącego Komisji Artystycznej GTF.  
Pracował zawodowo jako reporter najpierw w redakcji „Celulozy” w Ko­strzynie, a od 1981 r. „Ziemi Gorzowskiej”.  
Miał dziewięć wystaw indywidualnych, pięć po­kazów autorskich, brał udział w 24 wystawach zbiorowych w kraju i zagranicą. W 1991 r. laureat nagrody im. Waldemara Kućki przyznanej przez wojewodę gorzowskiego.  
Jego zdjęcia publikowane były w albumie Polska (wyd. Arkady, 1980) oraz w pismach Teatr, Interpress, Neuer Tag, Gazeta Lubuska.  
Prace Jerzego Szalbierza znajdują się w zbiorach GTF, Galerii BWA w Miejskim Ośrodku Sztuki, w Muzeum Narodowym we Wrocławiu oraz Bibliotece Narodowej w Warszawie. Większość negatywów Jerzego Szalbierza zaginęła. Artysta nie przywiązywał do nich wagi.       Pozostały tylko te, które ocalił i przekazał do BWA jego kolega – Maciej Perliński.  

A tak pisze o nim  jego przyjaciel,  Jerzy Gąsiorek :

 

Jurek robił wiele rzeczy: uczył w szkole biologii, łowił ryby, grał na gitarze, głównie jednak fotografował. W tej wielości zajęć był nieco roztargniony, mijały mu pomysły i zapały. Jedynie do fotografii miał cierpliwość. Tu był profesjonalistą. Chciał być zawodowcem: zdawał na wydział operatorski Wyższej Szkoły Filmowej. Kiedy mu się nie powiodło, za namową Waldka Kućki zapisał się do GTF, a wkrótce wystartował do ZPAF. Został przyjęty bez problemów, mając w dorobku szereg wystaw i nagród. Na wielu pracach byłem modelem Jurka. Prześcigaliśmy się w pomysłach. Zabieraliśmy do samochodu kilka dziwnych przedmiotów, wyjeżdżaliśmy w plener i aranżowaliśmy scenkę zupełnie niekiedy surrealistyczną. Ale w tych scenach zawsze było jakieś przesłanie. Potem następowało najważniejsze: wywoływanie i obróbka filmu…..

 

Jerzy Szalbierz, mój Jurek.

Takiego już nie znałam.

Tak dawno to było.

Ile wody upłynęło w naszej leniwej i bujnej Warcie.

I tylko wzgórza gorzowskie pochylają się nad nami

Jak zwykle milczą i słuchają

A on , niespokojny poszukujący duch

Poszedł dalej, aż do krańca naszego czasu…w  daleki tajemny inny świat.

 

 

Jurek  zmarł 16.XII. 1997 roku.

Miał zaledwie 50 lat

Albo aż 50 lat

Bo może czas tak bardzo nasączony aktywnością

Liczy się podwójnie

 

Odszedł , ale dopóki o Nim pamiętamy, jest wśród nas, żywy i radosny.

 

Wracam do mojego miasta rodzinnego, do Gorzowa.

I jest ciepło promiennie jasno.

Niebo się uśmiecha.

Bo właśnie  spotykam naszą  młodość i kolegę z ławy szkolnej, wiecznego chłopaka z gitarą –  Jurka.

Jak Go nie kochać mówi moje serce….

 

 

 

cdn.

 

 

 

 

Zdjęcia ze zdjęć zamieszczonych w monografii o gorzowskim Klubie Jazzowym Pod Filarami.