Teksty brata – Zenona Łukaszewicza. Nadzieje matki…

Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”( 4 ).

 

Jeszcze w czasach gorzowskich Zenon rozpoczął pisanie. W 17 roku życia wydrukowano jego opowiadanie w ogólnopolskim czasopiśmie, co nasilało niechęć Ojca do syna, gdyż wymarzył sobie, że  potomek będzie kontynuował jego pasję zawodową i zostanie inżynierem. Nie zapomnę spotkań obiadowych w domu, kiedy to zasiadaliśmy wspólnie i nagle dochodziło do krótkiej wymiany zdań pomiędzy Tatą a Zenonem w wyniku której Zenon rzucał łyżkę i nie kończąc obiadu, wybiegał z domu. Dla mnie to wspomnienie stało się traumą, gdyż w ogóle nie lubiłam awantur i konfliktów. Tak dalece się lękałam powtórki w swoim własnym domu, że swoim dzieciom pozwalałam na wszystko, byle nie uciekały z domu, co czasami było  moją wadą.

Zenon przyjeżdżał do domu zwykle niespodziewanie. I wówczas było to dla mnie wielkie święto. Onieśmielał mnie, nie tuliłam się do niego jak kiedyś. Ale lubiłam gdy cmokał mnie  na powitanie. Pachniał męskim tytoniowym potem . Widziałam radość w oczach Matki i dumę z syna. Pewnie Jej się wydawało , że jej syn podbije świat. Znam to uczucie, kiedy myśli się o zdolnym pierworodnym dziecku, że nie będzie dla niego przeszkód by żeglować po wielkim horyzoncie. Nie ma jeszcze lęków, zawodów, które zmieniają takie myślenie. Dopiero potem, gdy przychodzi rozczarowanie, człowiek się uczy pokory, najpierw zdumiewa a potem godzi z losem. I nigdy już potem, gdy dorastają kolejne dzieci nie myśli podobnie…  

Kiedyś Brat przywiózł mi metalowy pierścionek z czerwonym oczkiem, który z dumą pokazywałam koleżankom. Niestety szybko go zgubiłam, ale może ucieszyło się inne dziecko, które znalazło- myślałam.

Czasami przyjeżdżali do nas koledzy Brata, którzy razem z nim studiowali . Był to delikatny o twarzy anielskiej Staszek Grochowiak , czy Kazimierz Kummer. Już wówczas nie garnęłam się do nich, gdyż powoli stawałam się pannicą, a pannicy nie wypadało… Ci dwaj bardzo utalentowani koledzy Zenona odeszli przedwcześnie…

 

Śladami mojego Taty. Najmłodsze dziecko Bolka i Michaliny, wymarzony syn Edward

Michalina i Bolek Rodziewiczowie, moi pradziadkowie,  z radością witali kolejne swoje dzieci i wprowadzali je w swój świat. Świat pełen miłości, radości i wzajemnego szacunku.

Gdy  urodziło się  najmłodsze  dziecko, radość rodziców nie miała granic. Bo był  to wymarzony potomek męski. Dano mu na imię  Edward .

Wszystkie cztery córki były wrażliwe i trochę rozpuszczane przez rodziców, więc po urodzeniu syna, rodzice nie demonstrowali zachwytów nad tym , że pojawił się „ następca tronu”.

Ale wieczorami, gdy dziewczyny już spały, Michalina i Bolek  wyobrażali sobie jakie będzie miał życie i byli pewni , że zostanie jakąś ważną personą . Oj te nadzieje, marzenia rodziców, chyba znane wielu ludziom i jakże często płonne….

I tak mijały lata, dzieci rosły niespodziewanie szybko, jak to zwykle w życiu bywa.

Pojawiali się adoratorzy córek, dom był radosny,  pełen młodzieży .  Co tydzień odbywały się potańcówki, wtedy Bolek grał na fortepianie a młódź zapamiętale tańczyła .