Na marginesie „ Lotu nad własnym ziemskim losem”( 4 ).
Jeszcze w czasach gorzowskich Zenon rozpoczął pisanie. W 17 roku życia wydrukowano jego opowiadanie w ogólnopolskim czasopiśmie, co nasilało niechęć Ojca do syna, gdyż wymarzył sobie, że potomek będzie kontynuował jego pasję zawodową i zostanie inżynierem. Nie zapomnę spotkań obiadowych w domu, kiedy to zasiadaliśmy wspólnie i nagle dochodziło do krótkiej wymiany zdań pomiędzy Tatą a Zenonem w wyniku której Zenon rzucał łyżkę i nie kończąc obiadu, wybiegał z domu. Dla mnie to wspomnienie stało się traumą, gdyż w ogóle nie lubiłam awantur i konfliktów. Tak dalece się lękałam powtórki w swoim własnym domu, że swoim dzieciom pozwalałam na wszystko, byle nie uciekały z domu, co czasami było moją wadą.
Zenon przyjeżdżał do domu zwykle niespodziewanie. I wówczas było to dla mnie wielkie święto. Onieśmielał mnie, nie tuliłam się do niego jak kiedyś. Ale lubiłam gdy cmokał mnie na powitanie. Pachniał męskim tytoniowym potem . Widziałam radość w oczach Matki i dumę z syna. Pewnie Jej się wydawało , że jej syn podbije świat. Znam to uczucie, kiedy myśli się o zdolnym pierworodnym dziecku, że nie będzie dla niego przeszkód by żeglować po wielkim horyzoncie. Nie ma jeszcze lęków, zawodów, które zmieniają takie myślenie. Dopiero potem, gdy przychodzi rozczarowanie, człowiek się uczy pokory, najpierw zdumiewa a potem godzi z losem. I nigdy już potem, gdy dorastają kolejne dzieci nie myśli podobnie…
Kiedyś Brat przywiózł mi metalowy pierścionek z czerwonym oczkiem, który z dumą pokazywałam koleżankom. Niestety szybko go zgubiłam, ale może ucieszyło się inne dziecko, które znalazło- myślałam.
Czasami przyjeżdżali do nas koledzy Brata, którzy razem z nim studiowali . Był to delikatny o twarzy anielskiej Staszek Grochowiak , czy Kazimierz Kummer. Już wówczas nie garnęłam się do nich, gdyż powoli stawałam się pannicą, a pannicy nie wypadało… Ci dwaj bardzo utalentowani koledzy Zenona odeszli przedwcześnie…
