Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 11 )

Mili moi! Tym razem tekst sam się napisał i niezależnie od mojej woli ( no niezupełnie) pojawiło się bardzo dużo dygresji- wybaczcie- ale grzecznie wróciłam do tematu- zapraszam więc….

Pan Profesor w swojej ukochanej piwnicznej kuchni……

Radość z opisanej wodno- pompowej instalacji nie trwała przesadnie długo, bowiem po ściśle zaplanowanym przez Profa czasie, który wiedział, bo sprawdził,  kiedy roślinki są już nasycone ożywczą zieloną bużańską wodą i napojone do cna, podlewanie zgodnie z planem zakończono.  

Ale  gdy następnego dnia przyszliśmy jak zwykle do Profa na kawę w Altance zwanej Azylem , Gospodarz wkrótce nadszedł  z wielce zafrasowaną i smutną miną, człapał wolnym jak zwykle krokiem – jak bocian , nasunęło się skojarzenie z Jego opowieścią- że w młodości nazywano Go bocianem- teraz, po tylu latach od tamtego czasu człapał powoli, ale nie unosił już tak wysoko kolan, choć wyraźnie przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą – tak sobie kroczył – ale  od razu pomyślałam- ot wygląda jak skrzyżowanie dawnego bociana z bardzo leciwym starszym, nobliwym Panem noszącym w sobie brzemię ciężkiego życia spędzanego przy operacyjnym stole i licznych pracach. Choć potrafił gwałtownie przyspieszać- jak wtedy gdy sąsiad spadł z drabiny i należało gnać z pomocą. Na hasło, że stała się jakaś tragedia ja pędziłam  ze swojej działki a z drugiej strony gnał w wielkim pędzie Profesor, bo nasz poszkodowany Marek zamieszkiwał i nadal zamieszkuje pośrodku nas . I nigdy nie zapomnę chwili, jakże odległej , ale stale wracającej do mnie bo miała wielki, przeogromny ładunek emocji- gdy Mama , do której przybyłam raniutko, po operacji wszczepiania endoprotezy stawu biodrowego którą odbyła się poprzedniego dnia, zastałam Ją w bardzo marnym stanie, była przytomna, ale jakby zwinięta w sobie i szara. Powiedziała, że wymiotowała przez całą noc. Dlaczegoż wtedy z Nią nie zostałam ? ale uspokajano mnie, że jest pod dobrą opieką a w domu czekały małe dzieci. Gdy stałam bezradnie nad Mamą, nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, aż powiało w pokoju wzbudzonym nagle sztucznym wiatrem, i wpadł Profesor. Od razu przypadł do Mamy- uniósł kołdrę, wziął w palce( piękne śniade –  tak teraz stale myślę o Jego dłoniach- wtedy nie zdążyłam pomyśleć  ) fałd skóry na brzuchu Mamy i wypadł z pokoju równie gwałtownie jak wpadł. Nie minęła dłuższa chwilka, gdy wparowała siostra z zestawem kroplówkowym i zabrała się za „podkłuwanie” żyły- bo tak lapidarnie nazywały wkłucie do żyły na mojej ukochanej  Siennej  tamtejsze pielęgniarki…no dość dygresji- o Mamie i Profesorze będzie potem….pora wracać do naszej, a właściwie Profa pompy…Tak więc Profesor niespodziewanie jak na swoje duże ciało, niespodziewanie zwinnie wcisnął się pomiędzy brzeg ławy a stolika – bo w Altance wszystko było mikro i przysiadł ciężko w altance na swoim tradycyjnym miejscu w głębi, w narożniku po lewej stronie od wejścia by mieć wgląd na swój ogród gości i w ogóle cały ten piękny dookolny świat. Pompa nie działa-  Oznajmił. Już dawno, bo zaraz po wejściu do altanki, jak zwykle włączyłam gotowanie kawy podziwiając instalację elektryczną niedawno zmontowaną- bo przedtem kawę zaparzało się w domku i przynosiło na tacy . Zwykle ja to robiłam, choć nie pomnę- chyba i Prof. też….wnosząc dystyngowanie, tak ostrożnie, precyzyjnie, że żadna kropla kawy nie opuściła filiżanki…

Potem pojawił się w Azylu prąd, gdyż Prof. przekopał ogródek wąskim głębokim rowem umieszczając w nim przewód elektryczny rozpoczynający się od też specjalnie zamontowanego gniazdka pod płytą tarasową, do którego włączało się wtyczkę. Należało wykonać nieomal scyzorykowy wygibasowy skłon i  wsuwać się pod taras tak, by sięgając kontaktu nie uszkodzić sobie głowy. Prof. początkowo sam włączał i wyłączał tam prąd, potem ja już się tym zajmowałam, uważając że jestem młodsza, więc bardziej zręczna, co było wysoce mylące, gdyż pomimo upływających lat zachowywał elastyczność i sprawność  młodziaka.

No cóż, tym razem, bo zwykle marudził, że po kawie od razu wracamy do siebie, tym razem  pozwolił nam wypić tę kawę duszkiem  – bo opisany już wcześniej ekspres- zdobyty na śmietniku, któremu Profcio dał duszę- tj. coś w nim pogrzebał i ekspres ożył- ekspres wydał swą kawę, więc jak już wspomniałam, pospiesznie ją  wypiliśmy w minorowych zrezygnowanych nastrojach. Świat stał się ponury, bo ta wielka praca instalacji pompy  spełzła na niczym a emocje wczorajsze wyparowały. Jednak Profcio, jak to On, stale aktywny, optymistyczny i napalony na temat, więc konsekwentny zerwał się znad stolika, jednym haustem łyknął resztkę kawy, której zresztą tak wiele nie było, bo lubił mocną i w małej filiżaneczce. Jak mawiał- Jego przyjaciel Węgier, artysta malarz ożeniony z Polką , mówiący co nieco w naszym języku, zamieszkały na Starym Mieście w Warszawie – Czorban się zwał- zapraszając licznych gości, w tym Profcia, częstował szatańską parzoną na sposób węgierski kawą – mawiał- coby „ przemyć oczki”. Fajne powiedzenie, które Profcio powtarzał,  utrwaliło się w naszym towarzystwie.

Tak więc „ przemywszy oczki” tym razem nie czekaliśmy na dykteryjki Profa, tylko patrzyliśmy czujnie na Jego napiętą twarz z burzą myśli i pomysłów. Ale nie spodziewaliśmy się ciągu dalszego, choć wyczuwało się atmosferę , swoistą aurę wokół Profesora, świadczącą o determinacji i woli działania. Tak więc, gdy dopiwszy swoją kawę, nie bacząc, czy nasza też już zniknęła w czeluściach naszych wnętrz, rzucił:  hasło- do dzieła ! – bo trzeba sprawdzić pompę- orzekł.  Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, i właściwie niechętnie- bo już mieliśmy dość tematu, ale cóż było robić. Na takie wezwanie nie można było nie zareagować. Zebraliśmy się więc w sobie i podreptaliśmy za Profciem nad Bug , który pędził wielkimi susami wyciągając swoje długie nogi coraz dalej przed nami i po chwili ponownie, jak wczoraj zniknął w plątaninie wielkich gałęzi wierzbowych gubiąc kalosze. Zatrzymaliśmy się na skraju nadbużańskiej łąki i  – czekaliśmy w napięciu- ale bez większej nadziei i emocji.

Jakże się zawiedliśmy na swoich przeczuciach- Profciowi trzeba było wierzyć- bezkrytycznie- ostatecznie- bez dyskusji, wątpliwości- Profciowi trzeba było wierzyć w każdej sytuacji- nie tylko medycznej- bo po chwili coś błysnęło nad krzakami i świetlistym srebrnym łukiem wywijając ogonem wyfrunęło w powietrze lądując z pluskiem w nurtach rzeki. I wkrótce nasz Profesor  wyłonił się z krzaków z bardzo radosną trumfem płonącą miną ! Mam. Znalazłem przyczynę . To była ryba ! Patrzyliśmy zadziwieni- czyżby Profcio zamiast sprawdzać pompę zajął się łowieniem ryb? Po chwili się wszystko wyjaśniło- otóż sprawdzając pompę, znalazł w jej drucianej jakby klatkowej obudowie tęże rybę !!! Biedna pompa nie dała rady przepompować ryby w żadną stronę- ani na ogródek ani z powrotem do Bugu i po prostu odmówiła pracy. Stąd jej milczenie – po wyjęciu ryby – ruszyła z wielkim zapałem….ryba wielkim srebrzystym łukiem pofrunęła z powrotem do Bugu…radosna…uwolniona….Też się cieszyliśmy, bo nie lubimy zabijania zwierzątek- nawet niemej ryby 🙂  cdn.

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 9 ).

Zaciszny Barek z Magicznym Szerokokątnym Lustrem ….na ścianie podkładki do szklanek z piwem, zbierane także przez nas, na wspólnych licznych wyjazdach….wszystko jest dziełem Pana Profesora i już odeszło w przeszłość….jak wszystko w życiu…..zdj. własne Z.K.

I jesteśmy w domku Pana Profesora. Jak zwykle popołudniami .

Bo jak pewnie wspominałam, Pan Profesor  ściśle przestrzegał planu dnia, który sobie ułożył. A więc poranna praca w ogródku, potem śniadanie, potem nasza wspólna południowa kawa we własnoręcznie skonstruowanej magicznej   Altance o równie magicznej nazwie Azyl. Gawędzimy, słuchamy opowieści Profesora, jego dykteryjek sypanych jak z rękawa, czy tekstów Wiecha, których mnóstwo zna na pamięć. To od Niego przejęłam zachwyt Wiechem, bo kiedyś wydawał mi się nudny a może w ogóle nie czytałam, nie pomnę.

Rozchodzimy się nasyceni tym spotkaniem i działamy …

późnym popołudniem a właściwie przed wieczorem ponownie zdążamy w kierunku rzeki, gdzie czeka nas Pan Profesor i wspólne miłe chwile czekają. I jesteśmy w domku Pana Profesora …Więc najpierw opisany już wieczór muzyczny, potem telewizyjny seans, jakaś nalewka, naparstek zaledwie, bo tak lubimy. Wyleguję się na tzw. narożniku, panowie w fotelach zatopieni w wiadomościach telewizyjnych. Jest tak, że powtarzam sobie- chwilo trwaj….wracamy do naszego domku, zaledwie kilkadziesiąt kroków….Profesor zostaje u siebie, kolację już zjadł, zawsze była wczesna.

I tak mijają nasze wspólne niezapomniane dni, kiedy to żyć się chce, bo to pełnia życia i jego piękny smak….a dookoła las nam szumi swą odwieczną pieśń i żaby śpiewają w Bugu , tylko Bug milczy zasłuchany

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 5 )

Pierwszy domek od ” cofki” Bugu….zd.j satelitarne z netu.

Moi Mili!

Otóż dzisiaj raniutko spotkałam pod bramą naszego nowego młodego sąsiada Ziemka, który wracał  ze spaceru , ale nie samotnie jak ja, lecz ze swoim dużym łagodnym ( chociaż mnie obszczekał, ale chyba w wyrazie powitania) psem o niecodziennym jednolitym ciepłym kolorycie nie tylko całego ciała ale również i oczu, i  o  równie niecodziennym imieniu Koń. Sąsiad jest niezwykły, gdyż w swoim domku pozwala buszować myszom, gdyż jak twierdzi jest to ich teren. Jednie ustawia pułapkę – klatkę, do której one czasem zaglądają. Wówczas to uroczyście owa klatka z myszką lub dwiema, a nawet czterema wędruje do lasu, gdzie są wypuszczane na wolność ku radości Ziemka, Jego Dziewczyny no i oczywiście głównych bohaterek. Trochę się krępowałam, jak to ja, poprosić Z. o pomoc w ożywianiu laptopa, który zamilkł przed trzema dniami. Ale się przemogłam i  pożaliłam . Ten niezwykły i przeuroczy młody Człowiek przejął się bidulą emerytką a może nawet gdybym nie była emerytką, też by przybiegł  pomocą, bo On tak ma…i oto jestem przed Wami, Kochani i ukochanym oknem na świat, czyli laptopem. Niech żyje Młodość, szczególnie tak uczynna i mądra…Niech Wam się darzy….

Wracam więc do opowieści o naszych dawnych wieloletnich  spotkaniach z Profciem, czyli z Panem Profesorem Witoldem Ramotowskim….

I znowu „żeglujemy” wspomnieniami do domku nad Bugiem.  Właśnie jest wieczór muzyczny, jakich wiele, choć muzyka zawsze towarzyszyła naszym spotkaniom. Wieczór po upalnym dniu przynosi chłodek a właściwie to dar Bugu, który meandruje niedaleko domku. Oddala się co roku od swojego brzegu, co sprawdzamy mierząc odległość od lustra wody metalowego palika, zainstalowanego tam przed laty przez Profcia.  Służył do przywiązywania Trepa, czyli jachtu który Pan profesor sam zbudował i nim odbywał długie samotne wakacyjne wyprawy. O nich pisze w swoim pamiętniku, i mam zamiar kiedyś zacytować słowa Tego Niezwykłego człowieka. Ale na razie jesteśmy w domku, oglądamy regalik z taśmami magnetofonowymi. Sam go skonstruował, by umieścić opakowania z taśmami. Piękną muzykę nagrywał z radia przed wielu wielu laty – mówi, często w samochodzie. Wszystkie taśmy są ponumerowane, ułożone starannie grzbietami w kolejności , jak trzeba, skatalogowane.  Precyzja. Precyzja i staranność chirurga. Muzyka koi nasze często rozedrgane serca, przynosi swoją ulotność , podrywa nogi do tańca. Tańczymy. Profesor mówi, lubię patrzeć jak tańczycie z Mirkiem. Czasami tańczę z Profesorem. Pysznie prowadzi, ma wyczucie rytmu bo i Jego słuch muzycznie absolutny. A za oknem  meandruje Bug, w ciszy , od wieków. Ptaki układają się do snu, w maju słowiki szaleją, chętnie wijąc gniazda w wielkim dereniu, który przytula się do balkoniku domku Pana Profesora. Więc burza zieleni zagląda w szerokie okna balkonowe, ptaki kwilą i trwa ta chwila piękna i ulotna…..