
W dniu swojego ślubu Bolek zbudził się bardzo wcześnie .
Zszedł na dół, zajrzał do kuchni, a ponieważ jeszcze nikogo tam nie było, usiadł pod oknem.
Był trochę zaspany i nastrój miał refleksyjny. Obserwował wielkie gawrony, które spokojnie wydłubywały spod śniegu jakieś robaki i myślał o życiu ptaków . Zawsze mu się wydawało się, że nie mają takich problemów jak ludzie, ale dzisiaj pomyślał, że właściwie to nic o nich nie wiemy. A może tak jak my, mają swoje troski i zmartwienia. Ale na pewno są obdarzone większą niż my wolnością , bo nie muszą uczestniczyć w specjalnie urządzanych , trochę sztucznych uroczystościach .
Oczywiście takie rozmyślania były sprowokowane lękiem przed dzisiejszym dniem zaślubin. Obawiał się , czy wszystko się uda tak, jak zaplanowali.
Chyba nie spał tej nocy w ogóle, bo gdy przewracał się na wąskim łóżku , przychodziły mu do głowy możliwe niespodziewane przypadki, np. wypadała mu z dłoni obrączka zanim włożył ją na palec ukochanej, nagle czuł suchość w jamie ustnej paraliżująca mowę w porze powtarzania słów przysięgi małżeńskiej albo przydeptywał długi welon Michaliny w momencie odwracania się od ołtarza. Aż dziw, że takie myśli miał organista, nawykły do występowania w kościele , wśród tłumów . Ale cóż, widocznie był nadwrażliwy , zwłaszcza, gdy chodziło o najważniejsze wydarzenie w jego własnym życiu.
Po chwili w kuchni zajaśniało. To wpadła Michalina, ożywiona i radosna. Podbiegła do zasępionego Bolka, rozejrzała się po kuchni, sprawdzając czy są sami i nagle przysiadła mu na kolanach, przytulając się całym ciałem do jego piersi. Wtedy poczuł błogi spokój i odpłynęły wszystkie lęki. Jednak trwało to zaledwie jedną chwilkę, bowiem dziewczyna się zerwała, pospiesznie wypiła kubek mleka i zniknęła w swoim pokoju. Po pewnym czasie przyszły dwie kobiety z sąsiedztwa i zamknęły się w tym samym pokoju .
Bolek przeszedł do salonu, usadowił się na małej kanapce w narożniku, wziął do ręki książkę i próbował czytać. Tak go zastała przyszła teściowa , przywitała się z nim i była trochę zdumiona stoickim spokojem Bolka. Ponieważ od razu pomyślała, że to tylko pozory, krzątając się po kuchni, kątem oka spoglądała przez otwarte drzwi do salonu, obserwując Bolka . A ten co chwilę podrywał się ze swojej narożnikowej kanapki , siadał przy fortepianie , zaczynał grać. Ale tym razem muzyka go nie uspokajała , może dlatego, że wybierał rzewne nokturny Chopina. Po chwili przerywał grę , wracał na swoją kanapkę i po raz kolejny otwierał książkę.
Widząc takie zachowanie chłopaka, mama Michaliny zaprosiła go na herbatę do siebie, do kuchni. Poszedł tam chętnie, tym bardziej, że stamtąd buchał wspaniały zapach ciasta drożdżowego. Ten zapach przyniósł mu dalekie przypomnienie domu rodzinnego, domu który już dawno nie istniał….
W ogóle to lubił kuchnię, jej zapachy, umiał i często pichcił sam różne potrawy, czym zachwycał się ksiądz Eustachy . Tak więc ochoczo przyjął zaproszenie a mama Michaliny widząc ożywienie chłopaka wyznaczyła mu jakieś niezwykle pracochłonne zadania, któremu oddał się bez reszty. Jak zwykle ta praca organiczna przyniosła mu natychmiastowe uspokojenie…

zdjęcia własne