Pragnąłem pojechać razem z nią w tę nieznaną mi górską krainę i do ludzi, których trochę się bałem.
Nie chciała, broniła się, ale w końcu wyraziła zgodę.
Napisała kolejny list do domu z informacją, że przyjeżdża z narzeczonym.
Wybraliśmy się tam któregoś wiosennego dnia. A właściwie gdy wiosna już z latem się witała. Poprosiłem o dwa tygodnie urlopu i byliśmy wolni. Oczywiście wolność i radość z bycia razem była pozorna, bo zmącona bliskim spotkaniem z rodziną Stefy.
Ja byłem zupełnie nieświadomy tego, co mnie tam czeka, ale to i dobrze, bo może przeżywałbym jeszcze bardziej.
Po cichu trochę liczyłem na swoje szczęście w kontaktach z ludźmi. Do tej pory nie miałem konfliktów ani w szkole ani w pracy. A w domu byłem młodszym synem i bratem, wyrastałem w ciepłej atmosferze rodzinnej, więc nie miałem okazji by hartować ducha. Rozpieszczały mnie też kobiety z którymi poprzednio zawierałem znajomości.
W głębi duszy byłem uparty , konsekwentny i miałem nadzieję, że przełamię opory rodziców Stefy jeśli nie swoim urokiem, to męskim zdecydowaniem….
