W poradni dla dzieci były inne zwyczaje, niż na internie.
Codziennie rano spotykały się wszystkie lekarki w małym gabineciku szefowej- ślicznej hożej dr Moszczyńskiej. Omawiano tam wszystkie przypadki schorzeń , które ostatnio występowały w tym rejonie. Był czas na ponowne zastanowienie się, przedyskutowanie. Również na bieżąco, już gdy dziecko było w gabinecie, zawsze mogłam liczyć na wsparcie którejś ze starszych lekarek .
Najczęściej dotyczyło to różnego rodzaju wysypek.
Tak mi się spodobała praca z dziećmi, że złożyłam podanie w dyrekcji ZOZ-u , by mnie pozostawiono w tej poradni. Zobowiązywałam się , że rozpocznę specjalizację z pediatrii, na tzw. wolontariacie- tzn. w ramach własnego czasu.
Wiedziałam, że czasami lekarze tak zdobywali specjalizację.
W czasie stażu specjalizacyjnego miałabym przyjmować w przychodni jedynie w godzinach popołudniowych i wieczornych a przed południem działać w różnych oddziałach pediatrycznych obowiązujących dla zaliczenia stażu specjalizacyjnego.
Oczywiście wszystko miałoby się odbywać w ramach jednego etatu.
Zdawałam sobie sprawę z trudów jakie będę musiała ponosić przy takim systemie pracy, nie mówiąc już o czasie zabranym własnym dzieciom.
Miałoby to trwać co najmniej 2 lata .
Na szczęście jednak wkrótce dostałam negatywną odpowiedź z mojego żoliborskiego ZOZ-u . Bardzo przeżyłam, gdy na odwrocie mojego podania dyrektor oznajmił, że niestety są duże braki personelu lekarskiego w poradni internistycznej i w takich warunkach nie może zabierać internisty by oddać tego człowieka pediatrom.
I w ten to sposób nadal pracowałam jako internista.
Było to trochę beznadziejne, ale wiedziałam że mam umowę z ZOZ-em na okres 3 lat po stażu , więc już nie podejmowałam kolejnych prób przeniesienia się do poradni dziecięcej.
Jednak zaprenumerowałam pismo pt. „Służba zdrowia”, gdzie były zamieszczane ogłoszenia o ofertach pracy.
