Na medycznej ścieżce. Staż specjalizacyjny.

Staż na pulmonologii

 

Po kilku miesiącach otrzymałam delegację na obowiązujący do specjalizacji staż na pulmonologii .

Powędrowałam więc do Kliniki przy ul. Działdowskiej, gdzie kiedyś, w czasach studenckich uczyłam się pediatrii. Ożyły dawne wspomnienia, sentymenty. Już nie było profesor Lejmachówny, która tak obrazowo opowiadała o wyglądzie dziecka odwodnionego, że zapamiętałam to na zawsze.

 Czułam się tutaj dobrze, pracowałam z dr Ziółkowskim, który chyba teraz już jest profesorem.

Poznałam tam też dr Kapuścińską, żonę sławnego pisarza- Ryszarda. Była drobną blondynką z kręconymi włoskami i wiecznym obrazem zmartwienia na twarzy. Jak bardzo przeżywała niezliczone podróże swojego męża, można sobie było tylko wyobrazić.

Nie pomnę pacjentów, którymi się zajmowałam, bo nie odpowiadałam za nich bezpośrednio, byłam asystentką asystenta.

 

Na medycznej ścieżce. Staż specjalizacyjny w oddziale noworodkowym…

Nareszcie staże specjalizacyjne

 

Gdy zostałam zatrudniona w tym szpitalu, od razu otworzyłam specjalizację. Wówczas nie było żadnych egzaminów, jak obecnie, należało jedynie złożyć mnóstwo różnych dokumentów, zgód miejscowych władz i poczekać na ostateczne potwierdzenie z placówki, która ostatecznie decydowała o tym otwarciu.

Wkrótce wszystko było załatwione, ale to nie oznaczało żadnego postępu w tej sprawie.

Teraz wszystko zależało od ordynatora, czy zgodzi się na moje wybywanie z oddziału w celach  odbycia w innych szpitalach wymaganych tzw . stażów i niezbędnych kursów.

Od wieków było to i jest nadal trudny do rozwiązania problemem , gdyż oznacza to ubywanie w tym czasie rąk do pracy. I pomimo, że w tym czasie pełniłam obowiązkowe dyżury, na oddelegowanie czekałam około rok.

Wreszcie odetchnęłam, gdyż okazało się, że mogę się stąd wydostać na jeden miesiąc stażu specjalizacyjnego.

Wybrałam pobliski Szpitala Położniczy  przy ul.  Żelaznej a właściwie jego na Oddział Noworodkowy.

Lubiłam te noworodasy , które zachowywały się czasem jak starcy- pomarszczone skóry w kolorze świeżej wołowinki, te rozkosznie szeroko ziewające gębusie i różne śmieszne miny. Aż dziw, że ledwie to opuściło brzuch mamy, a już jest takim małym człowieczkiem.

W tamtych czasach nie było USG, więc nikt nie widział co tam siedzi w brzuchu mamy.

Na ok. 30 noworodków były zaledwie dwie lekarki, które miały dużo pracy. Bo i codzienne powtarzane obchody, odbieranie noworodków w Sali porodowej i Sali operacyjnej , opieka nad wcześniakami i tłumne wypisy do domu. Ponadto wszystko wymagało nieustannej pisaniny, wypełnienia książeczek zdrowia dziecka itp.

Obrót był tam jak w fabryce. 

Dziewczyny naprawdę się uwijały, starałam się trochę je odciążyć, ale ok. 13 wychodziłam do domu.

Tam czekała moja, spragniona obecności mamy rodzina….

 

Na medycznej ścieżce. Konkurs na Siennej.

I tak mijały dni tygodnie miesiące i lata mojej pracy w przychodni. Poznawałam różnych ludzi, ich zwyczaje, problemy, warunki w jakich mieszkali.

I właściwie pozostałabym w tym miejscu pracy gdyby nie stały, wewnętrzny imperatyw by zdobyć specjalizację.

Nie było to takie konieczne, gdyż pracowały ze mną lekarki, które nie miały żadnej specjalizacji, a całkiem dobrze sobie radziły.

Pewnie potem zmuszono je do zdobywania właściwych papierów.

Ale w warunkach pracy w przychodni nie było to proste. Oddelegowanie do szpitala na tzw staże specjalizacyjne nie odpowiadało kierownikowi przychodni, gdyż ubywało rąk do pracy. A robienie specjalizacji w ramach własnego czasu, bez dodatkowego wynagrodzenia wymagało wielu wyrzeczeń.

I jak już kiedyś pisałam na moją prośbę o takie warunki specjalizacji z pediatrii władze Zespołu Opieki Zdrowotnej nie wyraziły zgody.

Dlatego też kupowałam czasopismo pt.  Służba Zdrowia i czytałam zamieszczane tam oferty pracy.

 Któregoś dnia znalazłam notkę, że Szpital im. Dzieci Warszawy ogłasza konkurs na młodszego asystenta. Zabiło mi serce.

Już wcześniej gdy pracowałam przez chwilę w przychodni pediatrycznej, słyszałam od pediatrów , że jest to dobry szpital, sympatyczny zespół . Jednym słowem same superlatywy.

Dlatego, gdy znalazłam tę ofertę, poszłam tam jak w dym.

 

 

Na medycznej ścieżce. Już wiem, że chcę zostać pediatrą.

W poradni dla dzieci były inne zwyczaje, niż na internie.

Codziennie rano spotykały się wszystkie lekarki w małym gabineciku szefowej- ślicznej hożej dr Moszczyńskiej.  Omawiano tam wszystkie przypadki schorzeń , które ostatnio występowały w tym rejonie. Był czas na ponowne zastanowienie się, przedyskutowanie. Również na bieżąco, już gdy dziecko było w gabinecie, zawsze mogłam liczyć na wsparcie którejś  ze starszych lekarek .

Najczęściej dotyczyło to różnego rodzaju wysypek.

Tak mi się spodobała praca z dziećmi, że złożyłam podanie w dyrekcji ZOZ-u , by mnie pozostawiono w tej poradni. Zobowiązywałam się , że rozpocznę  specjalizację z pediatrii,  na tzw. wolontariacie- tzn. w ramach własnego czasu.

Wiedziałam, że czasami lekarze tak zdobywali specjalizację.  

W czasie stażu specjalizacyjnego  miałabym przyjmować w przychodni jedynie w godzinach popołudniowych  i wieczornych a przed południem działać w  różnych oddziałach pediatrycznych obowiązujących dla zaliczenia stażu specjalizacyjnego.

Oczywiście wszystko miałoby się odbywać w ramach jednego etatu.

Zdawałam sobie sprawę z trudów jakie będę musiała ponosić przy takim systemie pracy, nie mówiąc już o czasie zabranym własnym dzieciom.

Miałoby  to trwać co najmniej 2 lata .

Na szczęście  jednak wkrótce dostałam negatywną odpowiedź z mojego żoliborskiego ZOZ-u . Bardzo przeżyłam, gdy na odwrocie mojego podania dyrektor oznajmił,  że niestety są duże braki personelu lekarskiego   w poradni internistycznej i w takich warunkach nie może zabierać internisty by oddać tego człowieka pediatrom.

I w ten to sposób nadal pracowałam jako internista.

Było to trochę beznadziejne, ale  wiedziałam że mam umowę z ZOZ-em na okres 3 lat po stażu , więc już nie podejmowałam kolejnych prób przeniesienia się do poradni dziecięcej.

Jednak  zaprenumerowałam pismo pt. „Służba zdrowia”, gdzie były zamieszczane ogłoszenia o ofertach pracy.