Na medycznej ścieżce. Konkurs na Siennej.

I tak mijały dni tygodnie miesiące i lata mojej pracy w przychodni. Poznawałam różnych ludzi, ich zwyczaje, problemy, warunki w jakich mieszkali.

I właściwie pozostałabym w tym miejscu pracy gdyby nie stały, wewnętrzny imperatyw by zdobyć specjalizację.

Nie było to takie konieczne, gdyż pracowały ze mną lekarki, które nie miały żadnej specjalizacji, a całkiem dobrze sobie radziły.

Pewnie potem zmuszono je do zdobywania właściwych papierów.

Ale w warunkach pracy w przychodni nie było to proste. Oddelegowanie do szpitala na tzw staże specjalizacyjne nie odpowiadało kierownikowi przychodni, gdyż ubywało rąk do pracy. A robienie specjalizacji w ramach własnego czasu, bez dodatkowego wynagrodzenia wymagało wielu wyrzeczeń.

I jak już kiedyś pisałam na moją prośbę o takie warunki specjalizacji z pediatrii władze Zespołu Opieki Zdrowotnej nie wyraziły zgody.

Dlatego też kupowałam czasopismo pt.  Służba Zdrowia i czytałam zamieszczane tam oferty pracy.

 Któregoś dnia znalazłam notkę, że Szpital im. Dzieci Warszawy ogłasza konkurs na młodszego asystenta. Zabiło mi serce.

Już wcześniej gdy pracowałam przez chwilę w przychodni pediatrycznej, słyszałam od pediatrów , że jest to dobry szpital, sympatyczny zespół . Jednym słowem same superlatywy.

Dlatego, gdy znalazłam tę ofertę, poszłam tam jak w dym.

 

 

Na medycznej ścieżce. Już wiem, że chcę zostać pediatrą.

W poradni dla dzieci były inne zwyczaje, niż na internie.

Codziennie rano spotykały się wszystkie lekarki w małym gabineciku szefowej- ślicznej hożej dr Moszczyńskiej.  Omawiano tam wszystkie przypadki schorzeń , które ostatnio występowały w tym rejonie. Był czas na ponowne zastanowienie się, przedyskutowanie. Również na bieżąco, już gdy dziecko było w gabinecie, zawsze mogłam liczyć na wsparcie którejś  ze starszych lekarek .

Najczęściej dotyczyło to różnego rodzaju wysypek.

Tak mi się spodobała praca z dziećmi, że złożyłam podanie w dyrekcji ZOZ-u , by mnie pozostawiono w tej poradni. Zobowiązywałam się , że rozpocznę  specjalizację z pediatrii,  na tzw. wolontariacie- tzn. w ramach własnego czasu.

Wiedziałam, że czasami lekarze tak zdobywali specjalizację.  

W czasie stażu specjalizacyjnego  miałabym przyjmować w przychodni jedynie w godzinach popołudniowych  i wieczornych a przed południem działać w  różnych oddziałach pediatrycznych obowiązujących dla zaliczenia stażu specjalizacyjnego.

Oczywiście wszystko miałoby się odbywać w ramach jednego etatu.

Zdawałam sobie sprawę z trudów jakie będę musiała ponosić przy takim systemie pracy, nie mówiąc już o czasie zabranym własnym dzieciom.

Miałoby  to trwać co najmniej 2 lata .

Na szczęście  jednak wkrótce dostałam negatywną odpowiedź z mojego żoliborskiego ZOZ-u . Bardzo przeżyłam, gdy na odwrocie mojego podania dyrektor oznajmił,  że niestety są duże braki personelu lekarskiego   w poradni internistycznej i w takich warunkach nie może zabierać internisty by oddać tego człowieka pediatrom.

I w ten to sposób nadal pracowałam jako internista.

Było to trochę beznadziejne, ale  wiedziałam że mam umowę z ZOZ-em na okres 3 lat po stażu , więc już nie podejmowałam kolejnych prób przeniesienia się do poradni dziecięcej.

Jednak  zaprenumerowałam pismo pt. „Służba zdrowia”, gdzie były zamieszczane ogłoszenia o ofertach pracy.

Na medycznej ścieżce. Pediatria…

Staż na pediatrii był miły, mimo , że leżały tutaj chore dzieci.

W tamtych czasach nie było możliwe, by w oddziale równocześnie przebywali ich rodzice. Objawy choroby były nasilane przez dramat rozłąki. Ale byli to bardzo dzielni pacjenci i pozornie dość szybko przystosowywali się do narzuconych warunków. Jednak jaka była cena i późniejsze konsekwencje rozdzielenia z rodzicami, rozpoczęto się zastanawiać znacznie później. Dzisiaj już nie można sobie wyobrazić, by akceptować zwyczaje tamtych czasów.

Właściwością organizmów dziecięcych był burzliwy przebieg choroby.  Na każdą infekcję reagowały całym organizmem.  Zwykle równocześnie występowały objawy ze strony układu oddechowego, pokarmowego, moczowego. Nawet zwykły katar mógł powodować biegunkę.

Do oddziału przyjmowano takie dzieci , których stan kliniczny wymagał leczenia płynami i lekami podawanymi dożylnie, co nie było możliwe w warunkach domowych.

Po zastosowaniu właściwego leczenia  maluchy szybko wracały do pełni sił i naturalnego żywiołowego zachowania.  

Polubiłam pediatrię. 

Pacjent pediatryczny jest prawdziwy. Nie udaje, nie symuluje, nie dyssymuluje. Nieomal wszystkie objawy widać jak na dłoni a gdy troszkę lepiej się poczuje jest jak zwykle radosny.

Dopiero później spotkałam dzieci przewlekle chore. Ale to już inny problem…

Na medycznej ścieżce. Przygotowania do egzaminu z pediatrii

Po zdaniu interny nie dało się odsapnąć, bo została jeszcze pediatria , neurologia i pomniejsze, jak psychiatria, laryngologia , okulistyka.

Do pediatrii uczyłyśmy się z Jolką. Mieszkała stosunkowo niedaleko od nas, też na Żoliborzu, przy ul. Dymińskiej obok Dworca Gdańskiego. Dojeżdżałam tam tramwajem.  Egzamin był w połowie listopada 1970 roku, a termin porodu końcu tego miesiąca. Jolka miała miłe niewielkie mieszkanko a za oknami często słychać było turkot moich ulubionych pociągów. Siadywałyśmy na kanapie i po chwili Jolka dziwnie milkła. Wówczas patrzyłam na nią i widziałam, że z całych sił usiłuje opanować dziwne opadanie powiek. Oddychała miarowo, posapując i niebawem wpadała w objęcia boga snu . Usiłowałam ją obudzić, co mi się nawet na krótko udawało.

Wstawałam, podchodziłam do okna i po chwili  myślami błądziłam w marzeniu o dalekiej podróży właśnie odjeżdżającym pociągiem. A z tego dworca odchodziły pociągi daleko, np. do Moskwy…. Jolka zwlekała się z kanapy , podchodziła do mnie, zapalała papierosa i po chwili wracałyśmy do naszych książek.

Zapomniałabym o tych czasach, ale całkiem niedawno przypomniała mi o tym Jolka. Nawet miała poczucie wstydu, że wymagała cucenia i to w dodatku przez koleżankę w wysokiej ciąży…

.Egzamin z pediatrii zdawałyśmy w Klinice przy ul. Działdowskiej. Było tam sympatycznie. Na egzaminie praktycznym mój asystent- dr. Gryglewski, obecnie profesor, zadał mi pytanie nt  tężyczki. Znałam ten problem, lubiłam zaburzenia gospodarki wapniowo- fosforanowej, co pozostało mi do tej pory i bez trudu zbadałam dziecko, stwierdzając obecność wszystkich objawów, rozwinęłam temat , podsumowałam przed Profesor Lejmbachówną uzyskując jej aprobatę.

 Następnego dnia był test. Zasiedliśmy na małych sportowych ławeczkach w sali gimnastycznej na terenie Kliniki . Obok mnie usadowił się Marek K. Zajmowałam dużo miejsca, siedząc bokiem, gdyż przeszkadzał mi ogromny brzuch i Marek był tuż tuż.  Dostaliśmy protokoły testowe, pytania wydawały mi się dość łatwe. Jak mogłam ratowałam Marka, który labiedził pod moim bokiem J.I po latach Marek mi przypomniał, że gdyby nie moja pomoc, nie zdałby tego egzaminu. Dostałam 5 i czas leciał dalej….

Na medycznej ścieżce. Propedeutyka pediatrii.

 

 Zajęcia kliniczne na 3 roku studiów były zdominowane przez wrażenia z propedeutyki interny, odbywanej w Klinice Profesora Roguskiego.

Ale  w tym samym czasie wprowadzona była też propedeutyka pediatrii. Niestety były to tylko wykłady. Widocznie tak przewidywał plan. Dlatego też nie było mocnych wrażeń, które by się wryły w naszą świeżą i chłonną pamięć.

Zapamiętałam jedynie ówczesną panią Docent Marię Goncerzewicz. Wykładała  ten przedmiot. Zwykle spacerowała za katedrą, czasami coś pokazując na tablicy.

Była bardzo przystojna, wysoka i dostojna. Pięknie nosiła dumną głowę, z włosami ciasno zaczesanymi i upiętymi w kok szczelnie zamknięty  na kształt muszli z bocznym wejściem .

W czasie wykładu wpatrywałyśmy się z zachwytem w tę wysoką  energetyczną piękną kobietę . Gdy tworzono Centrum Zdrowia Dziecka  w Warszawie , została dyrektorem naczelnym z  misją zorganizowania zespołu kierowników klinik . Poradziła sobie z tym trudnym zadaniem, ściągając najlepszych fachowców  z różnych ośrodków w kraju….

Pewnie jeszcze kiedyś o Niej opowiem…