I nadszedł dzień naszego wyjazdu. Mama zapakowała jakieś wędliny własnego wyrobu i przepyszne ciasta, z wypieków których słynęła na cały Raków.
Wszak nie wypadało przyjeżdżać z pustymi rękami.
Stefa nakupowała prezentów dla rodziców i wszystkich dzieci.
Mój ojciec powiózł nas na stację kolejową i wpakował do przedziału pociągu zmierzającego do Wilna. Pewnie w duchu nam błogosławił i modlił się za powodzenie naszej wyprawy. Moja Mama uczyniła to już wcześniej żegnając nas znakiem krzyża i przytuleniem ze swoim śpiewnym – „dziateńki wy moje….”
