Moje góry pamiętają, choć nieme (9)

23 września 2012 przez Zofia Konopielko

Opowieści mojej Mamy. Dziesięcioletnia Stefka na ulicach obcego miasta.

Dziewczynka  ma zaledwie 10 lat a już dźwiga potężny ciężar  samotnego życia. To małe wiejskie dziecko zostaje wrzucone do obcego wielkiego miasta,  musi docierać do obcej szkoły. Wędruje ulicami, coraz bardziej oswajając się z pędzącymi obok samochodami. Ogląda robotników wychodzących z fabryk, których jest dużo, bo to miasto przędzalni. Podziwia ich elegancję . Wszak zwyczajowo nawet po najcięższej pracy każdy robotnik musi się umyć i zmienić ubranie robocze na codzienne, czyste i w pojęciu dziecka wytworne. Pewnie są to nawyki niemieckie, które tutaj się przyjęły. Po prostu nie wypada pojawić się na ulicy w brudnej odzieży. Do końca życia Mama o tym opowiada, dziwując się zwyczajom przyniesionym do Polski ze wschodu, gdzie umorusany człowiek na ulicy nie jest dziwowiskiem

Opowieści mojej Mamy. Mama jest dzieckiem z innego świata…

Dziecko wałęsa się po mieście, szeroko otwierając błękitne oczęta. Wszystko jest niezwykłe. Ale najpiękniejsze są wystawy sklepowe. Zachwyca się kolorowo ubranymi manekinami ale zawsze długo się przygląda wystawom cukierni. Za szklaną niedostępną wielką zaczarowaną szybą piętrzą się stosy różnokształtnych ciastek. Gdy ktoś wychodzi z cukierni, dziecko wchłania całym organizmem cudny zapach kawy i słodkości dla niej niedostępnych.

To jest inny świat, nie jej świat.

Nawet nie ma pomysłu, by tam wejść.

Jest jak dzikie biedne zwierzątko, bierny obserwator zwykłego dla innych życia.

Zresztą i tak nie ma pieniędzy, a tyle rozumie, że te wyroby można tylko kupić….

Opowieści mojej Mamy. Smak czarnego chleba.

Moja Mama, długo później, gdy już jest w seminarium nauczycielskim, zamienia swoje czarne kawałki chleba na białe bułeczki okraszone masłem i wędliną z rozpieszczonymi zamożnymi koleżankami. Dla nich czarny chleb jest egzotycznym pachnącym rarytasem….  

Opowieści mojej Mamy. Ziemniaki drogocenne…

Mama jest jeszcze bardzo mała, ma niewiele ponad 10 lat. W moim wyobrażeniu jest stale za mała na samodzielne życie.  A jednak….Uczęszcza do 5 klasy szkoły podstawowej w  Białej która wtedy jest samodzielnym miastem położonym obok Bielska.

Mieszka w  tym mieście, w ciemnym kącie wspólnej izby z rodziną niemiecką  .

Którejś nocy, budzi się nagle, bo czuje, że ktoś szura obok jej legowiska.  I widzi swoją gospodynię, właścicielkę mieszkania, która po ciemku wyjmuje z leżącego obok siennika worka ziemniaki . Ten worek przywiózł ojciec Stefki, Michał. A przedtem w pocie czoła uprawiał kamienistą górską ziemię . Ziemniaki są podstawą pożywienia tego wiejskiego dziecka. Zalękniona niebieskooka dziewczynka leży cichutko,  nie reaguje, pewnie się boi poruszyć. Potem długo płacze, płacze do rana . A może nie płacze, może już wypłakała łzy i tylko twardnieje jej serce.

Gdy nadchodzi sobota, jak zwykle wędruje do domu, do  Godziszki. Boi się opowiedzieć ojcu o tym, że gospodyni ją okrada. Może się lęka, że ojciec zabierze ją do domu i umrą jej nadzieje na edukację . W końcu  mówi o tym matce, albo starszej siostrze. Wreszcie ta informacja dociera do ojca.  

Ten natychmiast reaguje, jest oburzony i  jedzie do Białej, rozmawia z gospodynią i postanawia zabrać córkę na kwaterę do innych, może lepszych ludzi….

Opowieści mojej Mamy. Kolejny etap edukacji mojej Mamy- Seminarium Nauczycielskie.

Stefka uczy się pilnie. Zresztą lubi te chwile spędzane z książką. Ładnym okrągłym pismem zapełnia ściśle limitowane ceną zeszyty. To pismo pozostaje na zawsze, nawet gdy jest już stara i niesprawna, jej literki są równe i po dziecinnemu okrągłe….

 Potem chce być księgową , bo kocha matematykę. Ale ojciec decyduje , że powinna zostać nauczycielką. Chcąc nie chcąc, zagrożona wyrzuceniem z domu, albo utratą szansy dalszej edukacji,  zdaje egzamin do Seminarium Nauczycielskiego w Białej.

Jak już pisałam, wówczas Bielsko i Biała są odrębnymi miastami , przedzielonymi jedynie rzeką Białą. Biała jest typowo przemysłowym miastem, tam kwitnie przemysł włókienniczy. W odróżnieniu od Bielska, gdzie mieszkańcami są głównie Niemcy, w Białej jest wielu Polaków.

Matka jest zachwycona elegancko ubranymi ludźmi , robotnikami, którzy wychodzą z fabryk . Ogląda wystawy gdzie piętrzą się białe bułki i różne ciasta. Nigdy nie wchodzi do środka , bo po prostu nie ma pieniędzy.

Szkołę prowadzą  zakonnice, kobiety z zamożnych rodzin niemieckich. Jeszcze tam są , niedawno widziałam ich  przecudne suknie z przezroczystej delikatnej czarnej tkaniny jedwabistej, miękko falującej na sztywniejszej czarnej podszewce.

Mama ciepło wspomina jedynie te zakonnice , które pochodzą z najbiedniejszych rodzin i nie wnoszą majątku do klasztoru. Muszą w zamian ciężko pracować fizycznie obsługując internat i klasztor. Codziennie dźwigają węgiel na wysokie cztery piętra klasztoru , szkoły i internatu. Mama czasami pomaga im w tych pracach, bo są już w podeszłym wieku, wychudzone i prawie bez sił. Te najbogatsze, z monogramami wyhaftowanymi na sukniach, opasłe i złe są złośliwe i bezwzględne w traktowaniu zarówno uczennic jak i ubogich współzakonnic.

Opowieści mojej Mamy. Profesor Koterbski.

Matka lubiła opowiadać o wspaniałym nauczycielu , z którym zetknęła się w Seminarium Nauczycielskim.

Nauczał tam muzyki i nazywał się pan profesor Koterbski.

Był ojcem późniejszej  znanej piosenkarki-  Marii.

Był  wzorem wytwornego  i w dodatku niezwykle przystojnego dżentelmena.

Nigdy w czasie lekcji nie wychodził z roli. Był dostojny , zawsze zrównoważony i bardzo opanowany . Do wszystkich odnosił się z szacunkiem i powagą.

Ubierał się elegancko i zawsze roztaczał miły zapach jakiejś dobrej wody kolońskiej.  

Do uczennic zawsze zwracał się  per pani, mimo, że nie wszystkie dziewczyny  były pełnoletnie w czasie edukacji.

Uczennice uwielbiały go i otaczały wielką estymą. Muzyki uczyły się pilnie, by mu nie sprawić przykrości.

Gdy kroczył ulicami Białej,  wyróżniał się z tłumu smukłą elastyczną sylwetką , ozdobioną wytwornym kapeluszem i ogólną  wielką elegancją .

Gdy mijał którąkolwiek swoją uczennicę, nawet najbiedniejszą czy najmłodszą, pierwszy się  kłaniał, zdejmując kapelusz.

Czasami odwiedzała go w szkole jego żona z małą córeczką, która przypominała żywe srebro. Wbiegała do klasy wnosząc żywiołową dziecięcą radość. I  wówczas uczennice widziały piękny czuły uśmiech swojego ukochanego profesora.  

Była samą radością .

Potem wyrosła z niej piękna zdolna rozśpiewana pannica, która do starości zachowała młodość. To Maria Koterbska, nasza rodzinna bardzo ulubiona  piosenkarka.

Ile w tym naszym uwielbieniu  było projekcji opowieści Mamy o jej ojcu, niezwykłym nauczycielu a ile zachwytu nad talentem Marii, trudno powiedzieć….

Opowieści mojej Mamy. Rzetelne przygotowanie do zawodu nauczyciela.

Uczennice Seminarium Nauczycielskiego poznają różne tajniki skutecznego nauczania. Po wojnie, gdy Mama uczy w Szkole Podstawowej w Gorzowie, zwaną Ćwiczeniówką, prowadzi lekcje, na których obserwatorami są uczniowie Liceum Pedagogicznego a potem Studium Nauczycielskiego. Wykładowcy tych szkół średnich lubią  Jej lekcje. Mama ma ich dużo i pamiętam jak w domu opracowuje konspekty swoich lekcji i także planowanych lekcji, które muszą prowadzić przyszli nauczyciele. Przybywają oni do naszego domu i w wielkim skupieniu przygotowują się do nich. Potem Mama ocenia jakość i styl przeprowadzonej przez młodzież lekcji. Jej głos jest ważny w ogólnej ocenie studenta.

Jeszcze długo po przejściu na emeryturę i po przeprowadzce do Warszawy, Mama otrzymuje okolicznościowe pocztówki od tych wykładowców. Niestety nie zachowały się bardzo miłe kartki od ówczesnego dyrektora Studium Nauczycielskiego pana Jodki, szkoda.

Podobno, gdy władze oświatowe wprowadzały kolejne reformy nauczania, nie zawsze były one zrozumiałe dla nauczycieli. Przychodzili wówczas do Mamy i prosili o wyjaśnienie. Te reformy nie były dla Niej żadnym odkryciem, przecież tego uczyła się w swoim przedwojennym Seminarium.

Opowieści mojej Mamy. Fundusz socjalny w Seminarium…

Zakonnice, które prowadzą  Seminarium Nauczycielskie w Białej, do której uczęszcza moja Mama  dbają o ogólny rozwój wychowanek.

Realizują plan wspólnych wyjść do teatrów, wyjazdy do Krakowa . Przedtem na lekcjach omawiają treść sztuki, scenariusze i zapoznają się z najciekawszymi przedstawieniami na świecie. Wyjazd jest bardzo uroczysty i pozostawia głębokie wrażenie wydarzenia bardzo ważnego w życiu.

Już na uroczystym rozpoczęciu edukacji w Seminarium, dyrektorka szkoły mówi o wspólnych wycieczkach i wyjazdach do teatru i od razu uspokaja uczennice, że te, które są niezamożne mogą korzystać ze specjalnego szkolnego funduszu pod warunkiem złożenia oświadczenia, że po zdobyciu zawodu, ze swoich pierwszych pensji, oczywiście w miarę możliwości,  będą zwracały zaciągnięty dług. Podobno nie zdarzyło się , by dziewczyny zawiodły. W ten sposób wszystkie miały szansę przeżyć pięknie czas nauki.

Mama wspomina o tym wielokrotnie i pewnie Jej stałe zainteresowanie światem zachowane do bardzo późnej niedołężnej starości zostało pobudzone właśnie w okresie nauki w Seminarium.

Pewnie też trafiło na bardzo podatny grunt niezwykłej  osobowości mojej Mamy.  

Opowieści mojej Mamy. Wyprawy w góry.

W Seminarium są organizowane  wycieczki w góry .

Beskidy , Tatry są na wyciągnięcie ręki. I na szczęście wyjazdy nie są kosztowne.

 Potem wędrują górskimi szlakami, odziane w długie spódnice. Nie wiem jak to jest możliwe, że te spódnice nie przeszkadzają w pokonywaniu wspinaczki. Ale to takie czasy, gdy dziewczyny w spodniach to jedynie wyraz ekstrawagancji. Tak więc opatulone w swoje kreacje lądują na Giewoncie , co widać na zachowanym  zdjęciu. Na głowach mają obowiązkowe czapki z ładnym monogramem na czole.

Dziewczyny czekają na te wyprawy, nie straszne im trudy, bo widoki zapierające dech w piesiach dodają im skrzydeł.

 Gdy córka mojej kuzynki, nauczycielka w szkole w Łodygowicach, miejscowości u podnóża Beskidu Małego , zapalona miłośniczka górskich wędrówek, zabiera młodzież ze swojej szkoły na kilkudniowe wyprawy, spotyka się z zarzutem rodziców, że dzieci są przemęczone po łażeniu w góry. Nawet trudno to skomentować. Czy to znak czasów? Nadopiekuńczość to czy głupota? Co wyrośnie z tych dzieci?

Opowieści mojej Mamy. Mama zostaje nauczycielką.

W ostatniej klasie Seminarium Mama już nie mieszka w internacie, bo pobyt w nim obciąża budżet rodzinny.  Z domu maszeruje na stację kolejową w Łodygowicach, pokonując trasę ponad 3 km. Polna droga zbiega w dół Kotliny Żywieckiej , i w dwóch miejscach wiedzie przez strumyki, które w czasie ulewnych opadów bardzo przybierają. Mama musi przejść nad nimi  wąską chybotliwą kładką.

Nadchodzi maj i dni matur. Jest rok 1925. Wystrojona odświętnie Mama  pędzi do pociągu. Woda w strumykach jest wielka, ciemnobrązowa, mętna i skłębiona. Na kładce Mama traci równowagę i wpada do potoku. Wydrapuje się na brzeg i ociekając wodą wpada do pociągu. Dopiero w szkole wyciera się, wyżyma spódnicę i wylewa wodę z butów i wkracza do sali egzaminacyjnej. Nikt nie zauważa, że jest przemoczona i dygocze z zimna. Ale pisze , jest przygotowana i nie ma problemów z wiedzą. Wraca do domu tą samą drogą. Następnego dnia podąża na kolejny egzamin.

Gdy po zakończeniu matury ze świadectwem dojrzałości, dyplomem nauczyciela w kieszeni przychodzi do domu, chce się pochwalić, ale nikt nie ma czasu na rozmowę.

 Jedynie jej matka, odwraca się od garów i pyta- czy zdałaś? Odpowiada zdałam – to dobrze, słyszy odpowiedź.

Gdy wraca ojciec z pola, chwali córkę, i od razu mówi, że teraz ona musi pomagać finansowo rodzinie, gdyż edukacja była kosztowna.

Dla Mamy jest to oczywiste, więc słowa ojca trochę bolą. Ale przełyka to pokornie.

Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…

Po uzyskaniu dyplomu nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo. Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi Świat daleki.

I dlatego, gdy się dowiaduje, że są wolne etaty  na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na terenach wschodnich  bardzo potrzebują nauczycieli.

 I Mama mając poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.  

Czy rodzina Ją tkliwe żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w domu.  Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości, może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w ogóle były, były niewielkie.

Ale  tego dnia wyjątkowo  Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach. Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.

Z Łodygowic znajomy pociąg unosi Mamę  do Bielska,  potem podróż jest nowością. Nowe krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..

W Bielsku Mama wsiada do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.

Gdy dobija do Warszawy, wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż  Jej pociąg dojeżdża do dworca głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza  z  warszawskiej Pragi.  By tam dojechać  trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to pokonuje.

Z Warszawy do Wilna podróż jest nieomal komfortowa, mimo, że twarde deski wpijają się w pupę. Ale Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….

W Wilnie ostatnia już  przesiadka do pociągu na Petersburg .

Teraz trzeba uważać, by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa,  gdzie jest docelowa stacja Mamy.

Stamtąd zabierają Ją wozem dobrzy ludzie.

I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale  ogólnie od razu czuje, że jest w domu….

List od Jacka. „Złodziej i wódka”

Już raz wrzuciłam ten list od Jacka, ale zaginął pod kolejnymi wpisami…więc powtarzam, by zachować ciągłość opowieści Bratanka o czasie gdy opuszczał Polskę….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Złodziej i wódka

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 

Zżerała mnie ciekawość.

 

– poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 

Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 

– no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 

Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 

– Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 

No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 

Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

„Mówią, że wszyscy go tu znają i mogą poręczyć…

To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…”

 

 

Losy moich Rodziców. Powrót do Polski.

Jest maj 1945 roku.

Radość z końca wojny zostaje zmącona informacją, że tutaj będzie ZSRR.

Jakże można się cieszyć w pełni, gdy teraz wszystko będzie inne.

Spotykają się miejscowi Polacy, dyskutują co robić.

Władze chętnie pozbywają się miejscowych. Niebawem zaludnią te tereny swoimi obywatelami. A ci, którzy pozostaną pewnie będą mieli ograniczone prawa.

Znaczna większość mieszkańców Smorgoń podejmuje decyzję wyjazdu na tereny, gdzie teraz będzie Polska.

Mama się waha, przecież w Smorgoniach jest grób jej synka- Wacusia.

Ale żyje pierwszy syn- Zenon i Matka chce, by dorastał w ojczyźnie.

Takie myślenie przeważa. Mama oznajmia swojemu kierownikowi szkoły, że wyjeżdża, ten reaguje śmiechem. Kpiąco pyta, czy Ona naprawdę wierzy, że tam będzie inaczej. Przecież wszędzie ma być ten sam ustrój. Ale Mama odpowiada, że zdaje sobie z tego sprawę , ale przynajmniej będzie słyszała język polski.

Jej przyjaciółka od serca , Konopielkowa z synami już wyjechała. Zaopiekowali się nią kuzyni i przyjaciele.

Mama tutaj nie ma nikogo z rodziny, wszyscy mieszkają w Rakowie i tamtych okolicach. Zresztą nie jest to Jej prawdziwa rodzina, a rodzina jej męża. Przez ubiegłe lata oddalili się od siebie. Zenon bardzo chce jechać do Polski.

Pakują toboły, tapczan na którym urodził się Paweł Konopielko ładują obcy ludzie do wagonu bydlęcego i wkrótce pociąg wyrusza. Z Mamą wyjeżdża jej bliska koleżanka z pracy, namawia do ulokowania się we Wrocławiu, bo ma już informację, że są tam niezniszczone poniemieckie domy i możliwość pracy.

Jednak Mama woli do Godziszki.

Oschła ta Jej Godziszka, ale w końcu najbliższa, bo rodzona. …

Losy moich Rodziców. Rozmowa w Wilnie.

Gdy Wacek przybył do domu na święta Wielkanocne, postanowiliśmy, że sama pojadę do Wilna na rozmowę w sprawie pracy.

Może tylko ja postanowiłam, nie pomnę.

Chyba z reguły kobiecie  bardziej zależy  na podtrzymaniu żaru domowego ogniska.

I tak któregoś dnia zebrałam się w sobie, wzięłam dwa dni urlopu załatwiając z koleżanką, że mnie zastąpi w szkole, Zenona zostawiłam u teściów i wybrałam się w drogę.

Po wielu godzinach dotarłam do Wilna.

Nawet nie spotkałam się z Wackiem, bo był w pracy.

Od razu udałam się do kuratorium i poprosiłam o bezpośrednią rozmowę z Inspektorem. Miałam trochę szczęścia, gdyż był on na miejscu.

Przyjął mnie po kilku minutach.

Wyłuszczyłam moją prośbę.

Miałam przygotowany tekst, w którym logicznie uzasadniałam swoją prośbę.

Wysłuchał.

Potem westchnął i odpowiedział, że niestety nie ma wolnych etatów nauczycielskich w Wilnie i bliskiej okolicy.

W tym momencie nie wytrzymałam.

I ja, dzielna, odważna i zamknięta kobieta pękłam.

Zalałam się łzami i z gniewem i rozpaczą ponownie rozpoczęłam błaganie.

Chyba się wzruszył.

W końcu byłam młodą, niebrzydką kobietą, a może był wrażliwy na damskie łzy. Nie wiem.

Ale widząc, że nie ma szans, bym opuściła jego gabinet, rozpoczął gorączkowe myślenie.

Sprawdzał jakieś dokumenty, gdzieś dzwonił.

I po pewnym czasie zakomunikował, że prawdopodobnie niedługo zwolni się etat dla nauczycielki w Smorgoniach, bo jest tam osoba, która niebawem odchodzi na emeryturę.

Obiecał, że mnie zawiadomi w najbliższym czasie.

Powiedziałam, że będzie się dowiadywał o tę posadę mój mąż.

Opuściłam jego gabinet z mieszanymi uczuciami.

Czyżby mój upór i łzy zadziałały?

Myślę, że on miał  w zanadrzu  jakieś wolne etaty, ale nie chciał, bym opuszczała Raków.

To miasteczko było położone na głębokich  rubieżach Rzeczpospolitej i ze złą a właściwie żadną komunikacją z innymi miastami. Z tego powodu pewnie niewielu było kandydatów do pracy w tym zapyziałym miejscu.

Wyszłam i jak na skrzydłach popędziłam do Wacka, który wynajmował tutaj mieszkanie. Właśnie wrócił z pracy i po wysłuchaniu mojej opowieści wydawało się, że jest zadowolony.

 

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 14 )

Następnego dnia obudziłem się potwornym bólem gardła.

Wiedziałem dobrze co to jest.

Na anginy chorowałem często. Leczyłem się wtedy pędzlowaniem gardła za pomocą jodyny. Na szczęście Stefa znalazła jodynę u miejscowej zaprzyjaźnionej nauczycielki.

Wiem, że miejscowi naśmiewali się ze mnie.

Przyjechał obcy, rusek mówiono o mnie z pogardą i w dodatku rusek ze zdrowiem jak mimoza.

Ale wkrótce wyzdrowiałem i opuściliśmy Godziszkę.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że wyjechałem stamtąd bez  ulgi.

Do domu wracałem bez odpowiedzi na moje oświadczyny.

Pocieszałem się jedynie myślą, że nie usłyszałem kategorycznego zaprzeczenia.

Może to byli tacy ludzie, myślałem, surowi, hamujący emocje, inni niż moi krajanie.

Ale liczyłem na ich serca.

Może zamknięte, ale przecież gdzieś w głębi ludzkie i dobre.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (7)

I nadszedł dzień naszego wyjazdu. Mama zapakowała jakieś wędliny własnego wyrobu i przepyszne ciasta, z wypieków których słynęła na cały Raków.

Wszak nie wypadało przyjeżdżać z pustymi rękami.

Stefa nakupowała prezentów dla rodziców i wszystkich dzieci.

Mój ojciec powiózł nas na stację kolejową i wpakował do przedziału pociągu zmierzającego do Wilna. Pewnie w duchu nam błogosławił i modlił się za powodzenie naszej wyprawy. Moja Mama uczyniła to już wcześniej żegnając nas znakiem krzyża i przytuleniem ze swoim śpiewnym – „dziateńki wy moje….”

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty (6)

Pragnąłem pojechać razem z nią w tę nieznaną mi górską krainę i do ludzi, których trochę się bałem.

Nie chciała, broniła się, ale w końcu wyraziła zgodę.

Napisała kolejny list do domu z informacją, że przyjeżdża z narzeczonym.

Wybraliśmy się tam któregoś wiosennego dnia. A właściwie gdy wiosna już z latem się witała. Poprosiłem o dwa tygodnie urlopu i byliśmy wolni. Oczywiście wolność i radość z bycia razem była pozorna, bo zmącona bliskim spotkaniem z rodziną Stefy.

Ja byłem zupełnie nieświadomy tego,  co mnie tam czeka, ale to i dobrze, bo może przeżywałbym jeszcze bardziej.

Po cichu trochę liczyłem  na swoje szczęście w kontaktach z ludźmi. Do tej pory nie miałem konfliktów ani w szkole ani w pracy. A w domu byłem młodszym synem i bratem, wyrastałem w ciepłej atmosferze rodzinnej, więc nie miałem okazji by hartować ducha. Rozpieszczały mnie też kobiety z którymi poprzednio zawierałem znajomości.

W głębi duszy byłem uparty , konsekwentny i miałem nadzieję, że przełamię opory rodziców Stefy jeśli nie swoim urokiem, to męskim zdecydowaniem….

Losy moich Rodziców. Rozłąka i wizerunek pielęgnowany w sercu.

Od momentu zakochania, moja Mama rozkwitła.

Wokół niej kręciło się kilku miejscowych młodzieńców, nauczycieli , m . in. późniejszy profesor hrabia Zdziechowski, ale jak wykazały dalsze losy, wybrała jednego, Wacława Łukaszewicza i była mu wierna.

A tymczasem jej ukochany wyjechał tak nagle jak przybył, wprawdzie z Wilna przysyłał piękne listy, ale  widywali się rzadko.

I właściwie potem to już tylko kochała jego listy i wyidealizowany w sercu wizerunek.

 

Opowieści mojej Mamy. Wyjazd na kresy…

Po uzyskaniu dyplomu nauczycielki Mama od razu rozpoczyna poszukiwanie pracy. Nie jest o nią łatwo. Miejscowe szkoły mają już stałą kadrę nauczycieli, zresztą Mamę kusi świat daleki.

I dlatego, gdy się dowiaduje, że są wolne etaty  na Wileńszczyźnie, od razu podejmuje decyzję wyjazdu. Jest rok 1925, niedawno powstała Polska i nowe polskie szkoły na terenach wschodnich  bardzo potrzebują nauczycieli.

 I Mama mając poczucie misji, że niesie tam kaganiec oświaty, opuszcza rodzinny dom i rozpoczyna wędrówkę na dalekie kresy.  

Czy rodzina Ją tkliwe żegna, nie wiemy. Pewnie się już wszyscy przyzwyczaili do Jej nieobecności w domu.  Starsze przyrodnie siostry są zajęte swoimi sprawami, są już zamężne, albo przygotowują się do ślubu. Młodsze rodzeństwo może zazdrości, może podziwia. Ale poza Mamą żadne dziecko z tej rodziny nie opuściło stron rodzinnych , więc pewnie ta zazdrość i ten podziw dla starszej siostry, jeśli w ogóle były, były niewielkie.

Ale  tego dnia wyjątkowo  Ojciec dowozi ją i jej niewielki kuferek na stację w Łodygowicach. Podróż pociągiem trwa około dwóch dni.

Z Łodygowic znajomy pociąg unosi Mamę  do Bielska,  potem podróż jest nowością. Nowe krajobrazy za oknem, inne klimaty. Jej góry zostają daleko. ..

W Bielsku Mama wsiada do innego już, obcego pociągu, który kończy bieg w Warszawie. O czym myśli ta młoda osiemnastoletnia dziewczyna, gdy siedzi sama w tłumie innych podróżujących. Czy ma lęk i niepewność w sercu? Pewnie nie, bo już jest zahartowana, przecież od 10 roku życia żyje wśród obcych.

Gdy dobija do Warszawy, wie, że musi pokonać znaczą trudność. Gdyż  Jej pociąg dojeżdża do dworca głównego, a kolejny, do Wilna wyrusza  z  warszawskiej Pragi.  By tam dojechać  trzeba przemierzyć kawał Warszawy. Ale i to pokonuje.

Z Warszawy do Wilna podróż jest nieomal komfortowa, mimo ,że twarde deski wpijają się w pupę. Ale Mama ma odporną na niewygody pupę góralki i twardy charakter ….

W Wilnie ostatnia już  przesiadka do pociągu na Petersburg .

Teraz trzeba uważać, by nie przegapić maleńkiego miasteczka nieopodal Rakowa,  gdzie jest docelowa stacja Mamy.

Stamtąd zabierają Ją wozem dobrzy ludzie.

I wkrótce ląduje w Rakowie, małym sennym miasteczku, pachnącym gnojem i brudem a także łagodnymi uśmiechami miejscowych. Mowa ich zaśpiewna, miękka, trafia prosto do serca. Mama jest zadziwiona nowymi dla niej wrażeniami, ale  ogólnie od razu czuje, że jest w domu.

 

 

Śladami mojego Taty. Decyzja Kazi…

Gdy do Witka dotarło, że żona i córki już nie wrócą, przeżył swój wielki dramat. Jak wielki, to tylko on sam wie.

Byliśmy przerażeni i bezgranicznie oburzeni takim postępkiem Kazi. Co nią kierowało? Czy nienawiść do Witka, czy ślepa miłość do żonatego kolegi? Obie rodziny się przyjaźniły, bywali u siebie na przyjęciach. W tej rodzinie było trzech synów. Teraz Kazia wybrała się córkami a on z dwoma synami na wycieczkę do Austrii. W Zielonej Górze został samotny Witold i żona przyjaciela z trzecim synem.

Gdy chłopcy dowiedzieli się w Austrii o decyzji ojca wyjazdu na stałe do Australii , jeden z synów postanowił wrócić do matki. I podobno przepłakał całą drogę powrotną, jechał sam ich fiatem, a miał zaledwie 17 lat. Jak można było zgotować dzieciom taki los. Trudno zrozumieć decyzję tych dorosłych przecież ludzi.

Po latach już dorosłe córki nawiązały kontakt z Witkiem.Okazało się, że matka nie dawała im listów od ojca, więc myślały, że o nich zapomniał. A on pisał, dużo i często i tkliwie i wysyłał do nich listy. Dopiero niedawno te listy dziewczyny odzyskały. Matka jednak je przechowywała i tłumaczyła decyzję ukrywania ich przed córkami dbałością o to, by nie zaburzać córkom spokoju w okresie gdy dorastały.

Obie ukończyły studia w Sydney. Małgosia jest lekarzem, a Joasia uznanym tam architektem. Mają swoje rodziny. Odwiedzają ojca, nawet chciały, by pozostał z nimi w Australii. Ale nie potrafił się wpisać w tamtejszy pejzaż. Pozostał w Zielonej Górze, otoczony dawnymi znajomymi – przeważnie kolegami żony, lekarzami, którzy go nie opuścili i pomagają w potrzebie. Poza tym w Zielonej Górze jest Włodek Piwowarczyk, z żoną Janią, siostrą Witka, o któej już pisałam. Mieszkają wspólnie z synem i jego rodziną w pięknym domku. Niedawno ich odwiedzaliśmy, jest u nich przyjemnie i czuje się , że tworzą  bardzo ładną rodzinę. We Włocławku mieszka Basia, która jak tylko może pomieszkuje w Zielonej Górze, opiekując się Witkiem. Basia jest wierną towarzyszka ostatnich dziesięcioleci Witka. Niestety nie mógł się z nią ożenić, gdyż Kazia nie wyraziła zgody na rozwód kościelny. A dla Basi tylko taki się liczył.

Jakże trudno zrozumieć ludzkie zachowania…