Już raz wrzuciłam ten list od Jacka, ale zaginął pod kolejnymi wpisami…więc powtarzam, by zachować ciągłość opowieści Bratanka o czasie gdy opuszczał Polskę….
Autor Jacek Łukaszewicz
„Złodziej i wódka
Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.
Mama patrzy przerażona wokół.
– co robimy?
– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.
– nigdzie nie chodź….
– zaraz wrócę.
Zżerała mnie ciekawość.
– poczekamy do świtu.
– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.
Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.
Facet uśmiecha się głęboko.
– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.
– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen.
Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów.
– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60.
Patrzę na reklamę, jego uśmiech…
– dobra.
Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.
– uważaj…może jakaś policja.
Wymieniamy się towarem z Jurkiem.
– miłego dnia i powodzenia.
– no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy.
– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.
Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.
– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.
– a ile pan płaci?
– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?
– miałem dwie, ale już sprzedałem.
– pewnie po 50…he, he…
– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.
Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.
– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.
Gościu zniknął tak jak się pojawił…
– Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.
Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na zachodzie a wokół sami Polacy i zasnąłem.
Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.
– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….
– nic nie mamy, dobranoc..
Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.
– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….
No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…
Wyjechałem na Zachód, a wokół sami Polacy.
„Mówią, że wszyscy go tu znają i mogą poręczyć…
To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…”
