Oto kolejna opowieść Jacka, mojego bratanka o przygodach na obczyźnie….
„Australia
Obudziło mnie olśnienie, czyli jak kiedyś napisał poeta Słońce, które świeciło jasno nad Franz Joseph Banhoff. Z przymrużeniem oka spojrzałem na mamę. Już nie spała.
– Jacek, ja chcę do domu…
– zawsze zdążymy, na razie idę na spacer….
W ogóle nie wiedziałem jak to ugryźć. Mieliśmy być w obozie, a dla mnie obóz to namioty, więc połowa Czerwonego to czteroosobowy namiot zakupiony w składnicy harcerskiej.
Na skrzyżowaniu stał policjant kierujący ruchem porannym. Podchodzę.
– do you speak english?
– etwas….
– I want to go to Australia….
Spojrzał na mnie jak na nienormalnego, ale widząc moją poważną minę odparł machając lizakiem.
– me too want to go Australia….
– let’s go together then….
Zaśmiał się i napisał jakiś podejrzany adres na karteczce.
– you go there…
Spojrzałem na kartkę – Prefektura policji i adres. Nagle zgrzyt hamulców.
– ferfluchten….
Policjant ogłuszył mnie gwizdkiem i odszedł w kierunku malej stłuczki na skrzyżowaniu. Podszedłem do Czerwonego. Mama siedziała wystraszona.
– ja chcę do domu…
– najpierw pojedziemy na policje….
– żadnej policji, wracamy…
– zobaczymy.
Czerwony obudził się niechętnie, ziewnął, zakaszlał i zawiózł nas na adres prefektury. Kolejka jak za mięsem przed Świętami. Sami peerelowcy. Stanęliśmy w kolejce. Po kilku minutach wyszła wiedźma jak z Buchenwaldu i skrzeczącą polszczyzną zaszczekała.
– azylandów przyjmiemy – rerzda nach hause, zu rig, nach Polen….
Spojrzałem na przerażoną mamę.
– wir wollen nach Australie…
Wiedźma spojrzała na mnie spod oka.
– szaden Australia, tylko azyl polityczny…
Mama pociągnęła mnie za rękaw.
– Jacuś, bój się Boga, jaki azyl, ja chcę do Polski…
– Ich arbaiten fur Solidarność…mówię…
– ja, ja alles fur Solidarność…name und passporten bitte….
Dałem jej paszporty i czekamy. Po kilku godzinach wyszła zszopeniała wiedźma.
– alles fahren nach oboz – tam wrzysdko na fas dzega…dam wrzysdko wam sprachen…alles clar?
– ja, ja , naturlish…kaleczę niemiecki.
I pojechaliśmy, kawalkada maluchów, trabantów, wartburgów, vokswagenów i mercedesów do obozu.
– no widzisz mamo, przyda się ten namiot…
– jaki namiot, Jacek – wracamy….
Podjechaliśmy do obozu. Były to stare posowieckie baraki wojskowe w Traiskirchen pod Wiedniem. Patrzę na ten obóz – brakowało mi tylko napisu Arbacht Macht Frei.
– masz racje, mamo, trzeba sprzedać ten namiot.
Zanim tam weszliśmy, przypomniały mi się fragmenty opowieści Dziadka o obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen…..”
