List od Jacka. „Lekcja geografii”

Oto kolejny list od Jacka. trochę zagmatwana treść, ale po wnikliwym przeczytaniu zabawna. Zapraszam…..

DSC03066.jpeg
Chłopaki pod swoim LO w Zielonej Górze, po latach ……

 

 

“Lekcja geografii historycznej”

 

W wolną sobotę wieczór skończyłem nagrywanie drugiej strony ostatniej płyty Beatlesów z Trójki, kiedy przyszedł Tomek.

–  cała strona?

– zmieściła się na jednej szpuli.

– świetnie, przegramy u Golego. 

ZK-147 zamerdał ogonem rozbiegówki furczącej na zakończenie taśmy Orwo.

 Tomek usiadł.

 

– Fredzia wróciła…widziałem ją na śmietniku dzisiaj.

– znów będzie wesoło – ile?

– jak zawsze składamy się po piątce

– ostatnio było po trzy….

– ale to na powitanie – musi być po pięć

– a może ją uprowadzić?, Tomek…

– ona się nie boi – pamiętasz jak nam opowiadała, że dostawała telefony z pogróżkami….

– nie bardzo…..

– bo miałeś zatoki – dostałeś datkę ( objaśnienie poniżej)

– no wiem, nie musisz mi przypominać….

– ktoś ci musi przypominać, bo jak cię zapyta za trzy miesiące…to musisz pamiętać….

– no dobra, mów….

– dzwoni do Fredzi. Telefon. Odbiera jej syn,  Edek. W słuchawce jakieś wypociny syczące żądzą zemsty pachną. 

– dobre, no i co?….

– nic, Edek mówi, mamo, do Ciebie….po czym podchodzi Fredzia do telefonu. 

– wiem, co chcesz powiedzieć, mówi Fredzia….nie męcz się…. 

– umrzesz, umrzesz…

– poznaję cię przez ten zniekształcony bełkot ignoranta, Wojtuś….wiem, że masz datki i przygotuj się lepiej….ty też umrzesz, tylko trochę później….pozdrów mamę…

– no i co?, pytam

– jajco, Goly wkuwał swoje datki przez rok, a ona zapytała go o ostatnią lekcję….

– czyli po piątce….kto wręczy?

– Grześ, bo się dobrze prezentuje z Ewą….

–  a potem?

– jak zawsze, skałki  , datki i kolejna zrzutka.

– zbankrutujemy wszyscy, a tetetka?

– poczekamy….i tak musimy jechać do NRD po szyny…w Składnicy nie ma….”

 

Po przeczytaniu tego listu poprosiłam Jacka o wyjaśnienia a oto odpowiedź:

” – Trójka to program 3 polskiego radia dzięki któremu odkryliśmy Beatlesów kilka lat po ich rozpadzie.

-Tetetka to hobby kolejowe miniaturowe takiego rozmiaru. 

-Fredzia to Profesor Alfreda Dobosz – wykładowczyni geografii miała trzy słabości. Jedna zawodowa, jedna sadystyczna i ta trzecia lustrzana.

 

Słabość zawodowa:

Pani Alfreda była urodzoną turystką. W związku z czym wybrała sobie profesję adekwatną do poślubienia Pana jakiegoś pracującego w ministerstwie kultury, czy coś takiego. W związku z czym po każdej podróży przywoziła ze sobą worek skałek, a la scena z “Misia”. No i oczywiście musieliśmy zgadywać z jakiego okresu na przykład pozalogicznego pochodzą te kamienie. No i same tróje.

 

Słabość sadystyczna:

Datki. Zapisana nieobecność. Przepytanie trzy miesiące po dacie w ramach tematu. Uczniowie byli przywożeni ze szpitala na noszach, aby nie mieć datek. 

 

Słabość lustrzana:

To była słabość cudownie pachnąca, bajeczna i kolorowa.  Kosztowała nas mniej więcej dwieście złotych na miesiąc. Po wręczeniu bukietu kwiatów, Fredzia zwykle mówiła. Dziś nie będzie skałek, datek, tylko moja opowieść. Po czterdziestu pięciu minutach zastanawiałem się, czy nie lepiej rzeczywiście wydać na większe bukiety….

 

W końcu znalazłem się po drugiej stronie geografii w Liverpool.

Siedziałem w ławce z kolegą, tu urodzonym, wychowanym itd. od jakiegoś tam zesłanego ( do Australii- przyp. ZK) piątego pokolenia. Nachylam się nad nim podczas wykładów :

– słuchaj, co to jest z tą waszą najwyższą górą – jakaś kozyjosko, czy coś….skąd to się wzięło, ta nazwa,,,,

– nie wiesz? – moja babcia opowiadała, że dawno temu wszedł na tą górę Aborygen z jakiegoś plemienia i tam zamarzł na śmierć. Znaleźli jego szczątki po jakimś czasie i ochrzcili tę górę mianem Kozjosko – czyli tego Aborygena.

Powtórzyłem tę historię wyrywkowo na mieście – większość przytaknęła,

i tak zostałem pierwszym, drugim polskim „Aborygenem „ po Kościuszce.”

 

 

 

Fajny ten list, szczególnie gdy się rozczytać. Nauczycielka  geografii Jacka niezwykła niezapomniana…..

A dla Was Kochani, dociekliwych choć nie za bardzo a przede wszystkim cierpliwych kilka słów o tej górze oraz zdjęć.

Oczywiście z Wikipedii. Przy okazji sama się dowiedziałam. Na wszelki wypadek gdybym usłyszała będąc jakimś cudem w Australii – góra kozyjosko…

 

 

Mount_Kosciuszko01Oct06.JPG

 

Góra Kościuszki Australia. Aż dziw, że tam też śnieg, ale wtedy gdy u nas lato…

TriangułSzczyt.JPG

Triangul na szczycie Góry Kościuszki w Australii

TablicaInfoSzczyt.JPG

 Tablica na szczycie Góry Kościuszki w Australii…

Poza zdjęciami, skrót tekstu z Wikipedii poniżej…..

Góra Kościuszki jest  najwyższym szczytem  Australii ( 2228 m. n. p. m. ), położonym w Parku Narodowym Kościuszki Gór Śnieżnych

 

Odkryta i zdobyta w 1840 roku przez polskiego podróżnika Pawła Strzeleckiego i dla uczczenia pamięci gen Tadeusza Kościuszki jego imieniem.

 

Jednak dla Australijczyków nazwa jest trudna do wymówienia i na klawiaturach nie mają takich znaków jak „Ś”. Stąd ostatecznie używana jest tam nazwa Mount Kosciuszko co w wymowie mieszkańców brzmi „ kozyjosko”

 

I w dodatku prawie nikt nie wie skąd się wzięła taka nazwa. Jak pisze Jacek zwykle myślą o tajemniczych Aborygenach….

 

 

List od Jacka.” Kobiety”

hp_scanDS_781513414917.jpeg

Australia, kamera, Jacek i kobieta .

 

A to kolejny list od Jacka, wrzucany tu na jego sugestię i moją przyjemność. W rozmowie telefonicznej ze swoich antypodów powiedział, że chce  coś w ten sposób opowiedzieć swoim kolegom odzyskanym po latach (za przyczyną tego blogu i moich w nim listów do bratanka, Jacka Łukaszewicza)…

 

Autor Jacek Łukaszewicz

“ Kobiety”

 

Nie wiem kim są kobiety i kto wymyślił termin kobieta. Ja na przykład dobrze się czuję, kiedy z jakiegoś tam powodu mówią na mnie małolat, pomimo sędziwego wieku. Dla mnie płeć żeńska będzie zawsze dziewczyną, bo z dziewczynami jest fajnie, a wszystkie tak zwane kobiety chcą być dziewczynami. I są nimi, bez względu na wiek, bo w dziewczynie jest i dojrzałość “kobiety” i doświadczenie “staruszki. One to mają genetycznie zakodowane od małego. Najważniejsze w życiu każdej dziewczyny jest jakiś tam chłopak, który zajmie się gniazdkiem, które ona sama sobie uwije, tudzież stworzy. I wtedy jest dylemat, czy żyć dla dziewczyny, czy żyć dla siebie, czy żyć dla nas.. Znam mnóstwo par, które są razem z wielu względów. Z reguły jest to podział życiowy, który trzyma się dzięki wspólnemu czemuś tam. Podziwiam takie małżeństwa jak Cioci, bo wiem jaka jest cena, ale niektórych na to nie stać, albo nie chcą, a chcieliby, tylko nie mogą, czyli im się nie udaje. 

 

Pierwszą moją dziewczyną była moja Mama, urodziła mnie i otwierając oczka we krwi już wiedziałem, że mam przejebane. Później poznałem mego ojca – fajny facet, gawędziarz, ale dla mnie miał czas dopiero czterdzieści lat później, ciągle jako chłopak. I dopiero po rozmowie z tym chłopakiem, wiedziałem  już na pewno że jestem w dupie. 

Miałem rację – ojciec wyszedł dystyngowanie pomimo opery mamy i mojego poparcia moralnego kiedy miałem siedem lat. No, dobra, myślę: nie ma ojca, nie mam rodzeństwa, to trzeba się zaprzyjaźnić. 

Dagmara była córką przyjaciółki mojej Mamy. Kiedyś zasialiśmy 50 amerykańskich centów w doniczce, i nic się nie urodziło. Później mój kolega Leszek został jej kolegą, a ona miała takie powiedzenie po zakupach, że “ spociła się jak ta kurwa “ w wieku ośmiu lat.

Później byłem kilka razy zakochany platonicznie, ale tak naprawdę urzekały mnie ciotki. U niektórych poczucie humoru, jakieś tam historie nowożytne, u niektórych wdzięk osobisty. W każdej ciotce widziałem dziewczynę, dziewczynę, która wie, że jest już kobietą, ale nie chce jeszcze być staruszką. Była w tym jakaś kokieteria rodzinna. Coś fajnego. A może to bzdura.

Cnotę straciłem, albo zyskałem przez przypadek. Moj kolega Jasiu miał kapitalną narzeczoną, Baśkę, którą znałem jeszcze z Polski, ze Szczecina. Jaś był na miarę Freda Astair’a. Nawet tak wyglądał. Zawsze kradł najdroższe kosmetyki dla Basi. Dla niego był tylko Hugo Boss. Mieszkaliśmy na tym samym piętrze w obozie. Kiedyś dał mi w prezencie Hugo Bossa, po czym pokłócił się z Baśką, i gdzieś poszedł w tango. Szukałem go, w końcu poszedłem do jego pokoju. Ciemno. Baśka się obudziła.

– chodź Jasiu….uwielbiam tego Bossa….twojego….

– już jestem…. 

I tak straciłem cnotę jako Jaś pod wpływem Hugo Bossa.

 

C.D.N….może”

List od Jacka. „Komunista”

Jacek_Lukaszewicz 1991.jpg

Lata 80 ubiegłego wieku, właśnie Jacek opuścił Polskę…. Zdjęcie dostałam od Jego Kolegi, też Jacka, za co Mu dziękuję

 

 

 

A to tekst, który mi przysłał Jacek Łukaszewicz:

 

„Komunista

 

Któregoś dnia podczas kwarantanny paliłem z kolegą papierosa na piątym piętrze. bo tam można było wszystko, bo tam byli sami tzw. singles. Poznaliśmy ich dobrze.

Stoimy za cienką ścianką i podsłuchujemy.

 

Wchodzi Janek z uśmiechem debila na twarzy. 

– co jest Jasiu, pyta Krzyś…

– kurwa, kurwa, Jaś wyjmuje z kieszeni dwie flaszki i wznosi ręce do nieba….kurwa syn mi się  urodził, wykrztusił Jaś i opadł na krzesło. 

– to trza go ochrzcić, mówi Grześ.

– polej małolat…

– dlaczego zawsze ja?

– bo jesteś kurwa małolat, lej

– chłopaki kocham was, kurwa syn…

– no to jak go chrzcimy?, pyta Grześ.

– mnie się podoba “Zbyszek”, mówi Krzyś.

– ładnie….”Zbysio”, przytakuje Grześ.

– a mnie się podoba…”Bolesław”, mówi Jaś wpatrzony gdzieś w dal.

– jaki Bolesław, kurwa jaki Bolo, co ty kurwa takie imiona masz i skąd, kurwa?, pyta Krzyś.

– tak jest, przytakuje Grześ.

– co ty kurwa chcesz, aby dzieci na niego wołały Bierut.

Po pierwszej flaszce.

– jaki Bierut, mama mówiła sama, że za Bolesława, to był dobrobyt, odetchnął Jaś.

– co ty pierdolisz, dziecko jesteś, że mamie wierzysz….mamy zawsze, kurwa kłamią, zastanowił się Krzyś.

– polej małolat.

– żaden kurwa Bolesław, ma być Zbyś i huj, gdzie twoja mała żonka?, pyta Krzyś

– tak jest kurwa, gdzie jest? dopytuje się Grześ.

– a mnie się podoba imię “Bonifacy”, szepnął małolat do Krzysia.

– co ty, chcesz żeby pedałem był na starość? gdzie ta twoja dupa jest? pyta Krzyś.

– tak jest, gdzie jest? dodaje Grześ.

– wracam do Polski, chłopcy, napijmy się, mówi Jaś.

Nad Jasiem nachyla się małolat.

– co ty kurwa bredzisz, stul pysk tutaj, wyszeptał małolat.

– jak to wracasz do Polski? pyta Krzyś.

-syna mam w Malborku, rozumiesz, tłumaczy Jaś.

– jak to wracasz? pyta Grześ.

– kocham ten kraj, muszę lecieć, kurwa, mówi Jaś.

– najpierw Bolesław, teraz wracasz, do komuny, kurwa, do komuny chcesz wracać po tym co tutaj widziałeś, i co pewnie im opowiesz jak to jest tutaj w niebie, co kurwa?, mówi Krzyś.

– chłopaki, syn, bełkocze Jaś.

– patrz jaki skurwysyn, mówi Grześ.

– komunista jebany, mówi Krzyś.

Jaś zasnął na krześle.

– wszystkim o nas powie, kapuś jebany, mówi Grzes.

– co wy chłopaki, najebany jak wiewiórka, położymy go do wyra, podniósł się małolat.

– tak jest, komunista i kapuś, niech kurwa leci do peerelu….Grześ bierz go pod rękę, ja mam drugą, małolat bierz kurwa nogi, rozkazuje Krzyś.

– co was pojebało, płacze  małolat.

– bierz, bo polecisz razem z nim, warknął Grześ.

Niosą śpiącego Jasia. 

– co się dzieje, chłopcy? otwiera oczy Jaś.

– lecisz do Polski, wyszeptał Krzyś.

Po czym otworzyli okno i wyrzucili komunistę z piątego piętra, a na piątym piętrze nie ma winnych, więc winny jest Bolesław, tudzież Zbyś.”

 

 

List od Jacka. „Złodziej i wódka”

Już raz wrzuciłam ten list od Jacka, ale zaginął pod kolejnymi wpisami…więc powtarzam, by zachować ciągłość opowieści Bratanka o czasie gdy opuszczał Polskę….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

„Złodziej i wódka

 

Czerwony Maluch dowiózł nas do Wiednia około trzeciej nad ranem. Zaparkował pod dworcem głównym, ziewnął i zasnął.

Mama patrzy przerażona wokół.

– co robimy?

– mama odpocznie a ja pójdę na spacer.

– nigdzie nie chodź….

– zaraz wrócę.

 

Zżerała mnie ciekawość.

 

– poczekamy do świtu.

– mamo, żywej duszy wokół, zaraz wracam.

 

Otwieram drzwi Czerwonego i ni stąd ni zowąd, stoi jakiś facet jak duch. Jak go zagadać, myślę.

Facet uśmiecha się głęboko.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Jurek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– mam dwie butelki, ale wie pan, nie znam cen. 

Faxt wyciąga jakąś reklamę przecen. Pokazuje Żytnią i cenę – 100 szylingów. 

– no widzi pan, to na przecenie, a ja płacę 80 szylingów – inni oferują 60. 

Patrzę na reklamę, jego uśmiech…

– dobra.

Sięgam do Czerwonego po butelki. Mama przerażona.

– uważaj…może jakaś policja.

Wymieniamy się towarem z Jurkiem.

– miłego dnia i powodzenia.

 

– no widzi mama jak na tym zachodzie forsa leży na ulicy. 

– jakiś gościu patrzy na naszą rejestrację, Jacek.

 

Wychodzę z Czerwonego. Gościu się uśmiecha.

– państwo z Polski…macie wódkę?, dobrze zapłacę…Zbyszek jestem, wszyscy mnie tu znają, mogą poręczyć, że uczciwie płacę.

– a ile pan płaci?

– proszę pana, promocja 70, ja płacę 60. ile pan ma?

– miałem dwie, ale już sprzedałem. 

– pewnie po 50…he, he…

– po 80 panu Jurkowi, mówił, że wszyscy go tu znają….bardzo sympatyczny.

Gościu ogląda się wokół. Patrzy na mnie i odchodzi. Słyszę jego pod nosem.

– to złodziej jebany…znów mnie okradł, kurwa, Juruś….ale uczciwie zapłacił.

Gościu zniknął tak jak się pojawił… 

 

– Jacek, trzeba odpocząć, zdrzemnij się.

Położyłem się do góry nogami w Czerwonym i pomyślałem: jestem na zachodzie a wokół  sami Polacy i zasnąłem.

Po kilku minutach snu o Zielonej Górze obudził mnie łomot pod czaszką , czyli dyskretne pukanie w okno. Nie chciało mi się zmieniać pozycji na wiszącą, więc otwieram okno. Widzę uśmiechnięta twarz do góry nogami.

– państwo z Polski….macie wódkę?, dobrze zapłacę….Miecio jestem….

– nic nie mamy, dobranoc..

Miecio zapalił skręta, zakaszlał się na śmierć i wykrztusił.

– znów zaspałem, kurwa, a kto rano wstaje….

 

No i w ten sposób poznałem pierwszych trzech Austriaków w Wiedniu…

 

Wyjechałem na Zachód,  a wokół sami Polacy.

„Mówią, że wszyscy go tu znają i mogą poręczyć…

To złodziej…znów mnie okradł, ale chociaż uczciwie zapłacił…”

 

 

List od Jacka. Studia.

hp_scanDS_78151321735.jpeg

Nie mam zdj Jacka z okresu kiedy opuszczał Polskę. Jeszcze wtedy nie wiedział, że spełni się jego marzenie i zostanie operatorem oraz reżyserem. To zdjęcie, dzięki poczcie mailowej dostałam od Jacka niedawno….i nie muszę udawać, że jestem z Niego dumna….

W rozdziale  ” Listy do bratanka, Jacka Łukaszewicza” pisałam o nim, Jego Rodzicach „. Dzięki temu, niespodziewanie i ku mojej wielkiej radości ponownie nawiązaliśmy kontakt a z kolei Jego listy które zamieszczam w rozdziale ” Listy od Jacka” znalazł Jego dobry  licealny kolega z którym od lat nie mieli kontaktu ….i tak świat się kręci….

Jacek mnie prosił, bym Jego opowieści listowne zamieszczała tu nadal, bo myślał o ich papierowej publikacji, tzn myśleliśmy, ale jest zajęty nowym filmem. Więc ….

 

Autor Jacek Łukaszewicz

” Studia.

 

Kolebka mojej młodości, to czteropiętrowy budynek Liceum VII w Zielonej Górze. Architektura z lat pięćdziesiątych z pomnikiem Korczaka na pierwszym tle. Jakiś taki bezręki im wyszedł ustawiony na baczność, ale ważna idea, bo lekko przygarbiony z pogodnym wyrazem twarzy w zacisznym uśmiechu martyrologicznym.

Dwa piętra to klasy,  trzecie piętro radiowęzeł i na górze aula. Oprócz różnych wymyślnych uroczystości, tudzież akademii, aula była synonimem tortur maturzystów.  Podczas matur na drugim piętrze siedział woźny, a toaleta była na tym samym piętrze co radiowęzeł.

Na drugim i trzecim roku prowadziłem radiowęzeł z moim przyjacielem Tomkiem. Różne imprezy itd. Po jakimś czasie zaczęliśmy sprzedawać dla wtajemniczonych papierosy oraz piwo, tudzież coś mocniejszego dla spragnionych studentów . Wtajemniczeni znali kod pukania do drzwi. Podczas matury siedzieliśmy przez cztery dni w radiowęźle i maturzyści spokojnie wpadali do nas po ściągi pod pretekstem wyjścia do toalety. Tak więc wszyscy byli zadowoleni. 

Jakoś w maju na trzecim roku siedziałem sam w radiowęźle puszczając w eter muzykę z serialu “Kariera Nikodema Dyzmy”. Paliłem papierosa popijając piwem. Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Znany kod. Spokojnie otwieram. W drzwiach stoi postrach Liceum – Henryk Sikora – opiekun naszej klasy i wykładowca fizyki, dla którego wszyscy studenci mieli ksywę “dziadostwo”. Chowam papierosa, radiowęzeł zadymiony, itd.

– dzień dobry panie profesorze….

Sikora pociągnął nosem i ogarnął wzrokiem cały ten browar.

– no, dziadostwo….pięknie tu pachnie.

Wszedł do środka i odsłonił zielone płótno na biurkach kryjące nasza kontrabandę. 

– co chcesz studiować po maturze, Łukaszewicz?

– jeszcze nie wiem, panie profesorze….

– a ja wiem, dziadostwo….jesteś zawieszony w prawach ucznia i trója na maturze za sprawowanie….wiec nie męcz się, tylko przygotuj się na dwa lata wojska polskiego….

– panie profesorze, to praca społeczna….

– ta wódka też społeczna, Łukaszewicz, co? 

– może pan profesor się poczęstuje….

– dość, Łukaszewicz, do domu….ja tu zostanę….

Ktoś nas zdradził i tak skończyła się moja kariera licealna. Nie nadaję się do wojska, bo nie lubię idiotycznych rozkazów idiotów, więc wtedy narodził się pomysł wyjazdu. To nie jest próba rozgrzeszenia samego siebie, ale wydawało mi się, że nie mam wyjścia. I wyjechałem.”