Gorzowskie, podwórkowe miniprzygody…

Tak więc te radosne wspomnienia z dzieciństwa miały takie jak opisałam powyżej ciemne strony, ale ogólnie na naszym podwórku było fajnie. Gdy padał wielki deszcz, obie z Bajką biegałyśmy na bosaka brodząc w  wielkich czarnych brudnych kałużach. Lepiłyśmy błotniste pączki i czułyśmy się jak w raju.

Kiedyś ktoś przyniósł wąską drabinę i przystawił ją do innego bardziej drzewiastego krzaku bzu, posadzonego chyba później niż ten nasz, rozłożysty nad śmietnikiem. Oczywiście poczułyśmy nieodpartą potrzebę, by się na nią wspiąć. Drabina miała metalowe poprzeczki , wystające poza obręb drewnianej konstrukcji. Bajka wykonała zadanie poprawnie, ale ja nieopatrznie postawiłam stopę i ześlizgnęłam się ze szczebelka , zahaczając podudziem o wystający pręt. W efekcie zawisłam na tym pręcie i nodze. Jakoś się udało opanować sytuację, już nie wiem w jaki sposób ale do tej pory mam niewielką bliznę na kości piszczelowej.

Na medycznej ścieżce. Wielkie serce Marzenki Kieniewicz .

Musiałam raz jeszcze wrócić do pewnej opowieści o śp. Marzence Kieniewicz.

Ta niezwykła dziewczyna jeszcze raz pokazała prawdziwą klasę.

Otóż pewnego dnia, gdy właśnie  rozpoczynałam przyjmowanie pacjentów w mojej przychodni ,  otrzymałam telefon od Taty. 

Tragicznym tonem powiedział mi, że Mama upadła w przedpokoju i nie może się podnieść. Ponadto skarży się  na ogromny ból w lewej pachwinie. Nie miałam wątpliwości, że jest to złamanie szyjki kości udowej- bardzo częste u kobiet w tym wieku. Nogi się pode mną ugięły. Odpowiedziałam Ojcu, by nie usiłował  podnosić Mamy a ja zamówię karetkę i postaram się natychmiast przyjechać. Zadzwoniłam do Pogotowia Ratunkowego, gdzie przyjęli moją prośbę.

Ale łatwo było powiedzieć, że zaraz wrócę do domu. Pod drzwiami mojego gabinetu kłębił się tłum chorych.

Pobiegłam do sąsiedniego gabinetu, w którym przyjmowała pacjentów moja koleżanka z grupy studenckiej Alicja O. Błagałam ją, by zajęła się chociaż kilkoma moimi pacjentami. Odmówiła kategorycznie, mówiąc, że już skończyła pracę i zamierza pójść sobie do domu. 

Wobec tego zajrzałam do gabinetu, gdzie urzędowała Marzenka Kieniewicz. Pod jej drzwiami też był tłumek. Gdy tylko wspomniałam  , że Mama najprawdopodobniej złamała szyjkę kości udowej i  nawet nie zdążyłam poprosić o pomoc, natychmiast odpowiedziała, żebym jej oddała wszystkie swoje karty. Potem wyszła na korytarz i poinformowała pacjentów, że będzie przyjmowała naprzemiennie  swoich i moich pacjentów.

Głosem nie znoszącym sprzeciwu zaleciła, bym już znikała z przychodni.

Marzenka, moja Marzenka, śliczna dziewczyna o urodzie wschodniej lalki i sercu na dłoni. Prawdziwy człowiek Kościoła, po prostu Prawdziwy Człowiek.

Odeszła w zaświaty, ale zostawiła innym swoją myśl i energię i siłę .

Tylko dlaczego odeszła, dlaczego musiała odejść.

Dobry Boże, pewnie i tak nie odpowiesz…..