List od nieistniejącego przyjaciela.

 

księżyc w dłoniach.JPG

 

List od nieistniejącego przyjaciela….

 Płacz Zośka, choć dopiero teraz widzę Twoje łzy. Od rana byłaś kamienna, powściągliwa opanowana . Powtarzałaś tylko,  niemożliwe- że już nigdy z gonią nie porozmawiam. Patrzyłem na Ciebie z zadziwieniem, że tak potrafisz ukrywać emocje. I że myślisz tylko o sobie- że straciłaś Przyjaciółkę. Widziałem jak patrzyłaś w niebo szukając Jej wśród chmur….potem przyszło do Ciebie myślenie, „ jak dobrze, że już nadszedł kres cierpień goni”….bo ostatnie miesiące były pasmem udręk- wszystko wiedziałaś i jako lekarz widziałaś, że gonia jest na równi pochyłej. Więc dlaczego wierzyłaś uparcie i na przekór medycznej wiedzy i intuicji, że to wątłe życie będzie trwało. To było myślenie irracjonalne…sama widzisz….Potem opowiedziałaś mi, że gonia jest z tobą, będzie do końca ziemskich dni w drzewkach, które wyhodowała i przywiozła z dalekiego Gorzowa i zamieszkały w twoim  ogródku. Będzie też gonia w „ Gorzowskim Muzeum” w domku michałowickim , które powstało dzięki kamieniom brukowym zebranym z wymienianej nawierzchni ulic gorzowskich, którymi kiedyś chodziłam, a także fragmentami spadłej elewacji domów które zapamiętałam…..wszystkie zbiory , każdy element gonia zbierała do plecaczka , dźwigała do domu- a postury była mikro potem opisała symbolami- a to OL- czyli ulica Orląt Lwowskich, przy której mieszkaliśmy ( wtedy nazywała się Nowotki) , a to M- czyli Matejki opasującej nasze wzgórze działkowe ….i przywiozła do naszej michałowickiej samotni….

Teraz wreszcie płaczesz….

Płacz przyjaciółko moja, płacz ….

Jestem z tobą, towarzyszę w żałobie

Tylko szkoda, że nie istnieję

Twój przyjaciel

Na medycznej ścieżce. Pożegnanie poradni.

Pocztą pantoflową  dowiedziały się o moim odejściu , moje pacjentki, dobrotliwe babcie. Przychodziły, składały jakieś podarki, m. in, dostałam kwiaty wyhodowane w doniczkach. Te bluszcze długo rosły pięknie w naszym mieszkaniu, ale przy jakimś remoncie  umarły śmiercią naturalną.

Żal mi było moich pacjentów. Zżyłam się z nimi.

Dlatego żegnałam się nieomal ze łzami  w oczach, chociaż w gruncie rzeczy miałam uczucia ambiwalentne, gdyż też byłam dumna, że wspinam się na wielką drabinę zawodową.

Część moich podopiecznych mi gratulowała, że idę w świat, część wyrażała żal, że mnie nie będzie.

Miałam wrażenie, że zamykam jakiś rozdział w moim życiu.

Tak zresztą było.

Jednocześnie zostawało poczucie, że był to kawał ciekawej ważnej roboty.

Tutaj nauczyłam się wielu rzeczy.

Nie bałam się kontaktów z ludźmi, jednoosobowej odpowiedzialności i otrzymałam od pacjentów niezłą lekcję życia.

Opuściłam mój ładny gabinet, kierownik niespodziewanie pożegnał mnie pękiem ładnych kwiatów i pomaszerowałam przed siebie……