Na medycznej ścieżce. Wielbiciel.

Przez krótki czas miałam  stałego wielbiciela, uroczego starszego pana.

Gdy wchodziłam do przychodni, mogłam być właściwie pewna, że go zobaczę.

Nieomal  codziennie przesiadywał pod moim gabinetem .

Zawsze znajdował jakiś niepokojący objaw w swoim stanie zdrowia wymagający mojej konsultacji.

 Ale gdy wchodził do gabinetu, był radosny, żywiołowy .

Z uśmiechem takim, jakby mnie witał po długim okresie niewidzenia się, wpadał i natychmiast wyciągał rękę do przywitania z szarmanckim ukłonem. Nie mając wyboru, wyciągałam ponad biurkiem swoją. W tamtych czasach nie było zwyczajem podawanie sobie rąk . Być może wynikało to z zasad higieny, albo tylko z pośpiechu, a może z wpojonej zasady trzymania odpowiedniego dystansu pomiędzy lekarzem a pacjentem. Nie wiem. Teraz to się zmieniło i nawet w kościele , w którejś  części mszy, ludzie sobie podają dłonie, co budzi moje chyba zrozumiałe uczucie niechęci.

Gdy więc podawałam temu panu swoją dłoń, ten  łapczywie ją ujmował, ściskał i pokrywał pocałunkami, obśliniając przy tym obficie.

Byłam bezradna, nie wiedziałam jak reagować, nie chciałam go urazić, więc ten proceder trwał.

Uratował mnie jego syn, który w końcu zabrał go do siebie.

Pewnie ten starszy pan uskarżał się na tyle chorób, że biedny skołowany potomek postanowił przejąć opiekę nad ojcem.

A tak naprawdę był on w znakomitej formie i właściwie nie udało mi się znaleźć u niego  jakiejś „porządnej „ poważnej choroby. I na szczęście zresztą.

Gdy przestał przychodzić, muszę się przyznać, że nawet mi go brakowało. Jego entuzjazmu i zaraźliwej młodzieńczej radości.

 

Jednak od tej pory mam awersję do starszych panów, którzy adorują młodziutkie kobiety. Moich znajomych płci męskiej, którzy osiągają wiek prawdziwie męski (*-*) nieustannie przestrzegam przed takimi wyrazami szacunku. Zapamiętałam swoje tamtejsze uczucie z mojej młodości.

W tamtych czasach, gdy byłam śliczna i młoda,  ten starszy pan wydawał mi się po prostu żałośnie śmieszny i właściwie budził niechęć i litość …

 

 

Uśmiechnięte Oko Pana Boga.

Jurek zmarł  mając zaledwie 50 lat  .

Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.

Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….

 

I właśnie dzisiaj  umówiłam się  z Jurkiem .

Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.

Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest  poważny, zadumany listopadowo.

Właśnie powoli gaśnie dzień  i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.

Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do  tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.

Jestem w samym jądrze miasta .

   Jurek  już czeka , stoi oparty o  ścianę katedry.

Ręce ma  założone do tyłu .

Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej  chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.

 Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.

Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego  cmentarza..

 

Zaczynamy rozmawiać .

I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .

Opowiadam, że  nazwałam go Jasny .

Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.

Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .

Nawet nie wiem czy  były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.

       Widzę,  że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.

 

Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna  i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.

Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.

 

Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.  

Mówię to dopiero teraz.

Że go kochałam , że inni też go kochali .

Ale czy ktoś z nas  zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…

Tylko się uśmiecha  , po swojemu dziecięco zakłopotany…

     Obiecuje, że  przyśle   zupełnie nowe fotografie Gorzowa.

Tak dużo ich już wykonał.

Cieszy się .

Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować   z nieograniczonej perspektywy .

 Podobno jego miasto wygląda tak , jak  kiedyś wspólnie oglądana  scenografia  do  „Ptaków „ Arystofanesa.

    Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .

Obiecuje.

To będzie zdjęcie  Uśmiechniętego Oka Pana Boga .

Teraz czekam..

 

Zostaję  sama z Rynkiem , w objęciach nocy. 

Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.

W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .

Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych ,  jak serce ofiarowane sercu.

Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…