Jurek zmarł mając zaledwie 50 lat .
Chcę go spotkać i wreszcie powiedzieć to , czego nie zdążyłam.
Powiedzieć, że go bardzo kochaliśmy….
I właśnie dzisiaj umówiłam się z Jurkiem .
Będzie czekał w Specjalnym Miejscu na gorzowskim Rynku.
Rynek zawsze taki kolorowy i rozfalowany , dzisiaj jest poważny, zadumany listopadowo.
Właśnie powoli gaśnie dzień i nadchodzi wilgotne jesienne zmierzchanie.
Wchodzę do tego Miejsca Specjalnego, do tajemnego kręgu zakreślonego gorzowską „Aleją Gwiazd „ i ścianą katedry.
Jestem w samym jądrze miasta .
Jurek już czeka , stoi oparty o ścianę katedry.
Ręce ma założone do tyłu .
Staję obok i wtedy nasze dłonie przylegają do ciepłej chropowatości zawsze zachwycająco wielkich katedralnych cegieł.
Gdzieś, za naszymi plecami za masywną ścianą kościoła , ciężko oddycha przesycony modłami , ogromny główny ołtarz.
Nieopodal szybują , oswojone już z miastem , duchy sąsiedniego , nieistniejącego cmentarza..
Zaczynamy rozmawiać .
I rozmawiamy , rozmawiamy jak nigdy .
Opowiadam, że nazwałam go Jasny .
Że tylko jego zapamiętałam z tamtej klasy.
Zapamiętałam mimo , że nie należał do grupy chłopaków , na widok których wszystkim dziewczynom trzepotały rzęsy .
Nawet nie wiem czy były w naszej klasie osoby , które tak naprawdę wiedziały co pulsuje w jego wnętrzu , jak patrzy na świat, o czym myśli i marzy.
Widzę, że zachował swoją łagodność i pogodny trochę nieśmiały chłopięcy uśmiech.
Opowiadam o tym jak ważna dla mnie była jego matka. Jak ją obserwowałam idąc na działki. Cieszyłam się , gdy widziałam jak siedzi za parterowym oknem. Jasnowłosa drobna i krucha w bardzo grubych okularach , nieruchomo skupiona na swojej pracy.
Jej obecność oznaczała dla małej dziewczynki dobry spokojny dzień.
Wreszcie mówię to co najważniejsze , co było we mnie zawsze.
Mówię to dopiero teraz.
Że go kochałam , że inni też go kochali .
Ale czy ktoś z nas zdążył mu to powiedzieć , nie wiem…
Tylko się uśmiecha , po swojemu dziecięco zakłopotany…
Obiecuje, że przyśle zupełnie nowe fotografie Gorzowa.
Tak dużo ich już wykonał.
Cieszy się .
Przecież już pokonał czasoprzestrzeń i może wreszcie fotografować z nieograniczonej perspektywy .
Podobno jego miasto wygląda tak , jak kiedyś wspólnie oglądana scenografia do „Ptaków „ Arystofanesa.
Proszę o jeszcze jedno zdjęcie, specjalne .
Obiecuje.
To będzie zdjęcie Uśmiechniętego Oka Pana Boga .
Teraz czekam..
Zostaję sama z Rynkiem , w objęciach nocy.
Podchodzę do miejsca , gdzie Gorzowska Aleja Gwiazd.
W pełnym mroku nie widzę , ale wiem, że tam są .
Tak piękne, jak piękna jest pamięć miasta o swoich najbliższych , jak serce ofiarowane sercu.
Pod stopami czuję łagodne wypukłości rysunku płyt wpisanych w kamienne podłoże…




Jerzy Szalbierz (1947-1997) fotografik, fotoreporter jest bohaterem tej wspaniałej literacko opowieści Zosi o gorzowskim twórcy i jego pracy rozsławiającej Gorzów Wielkopolski. A w mieście tym są zaułki warte bliższego poznania.
Nic dodać , nic ująć – piekne wspomnienia o nieprzecietnym czlowieku, licealnym koledze, wielkim talencie.
Jego fotografie to bezcenny dar dla miasta Gorzowa, naszego miasta .
Brakuje Ciebie Jurku!!!