Fragment o Gorzowie z nowej książki pod naszą redakcją…

Już jest po pozytywnych recenzjach naukowych, opracowywana w Wydawnictwie, zatytułowana Higiena psychiczna w krajobrazach miejskich. A oto fragment ….

Gorzowskie pomniczki – opowieść sentymentalna

Zapewne każdy ma swoje ulubione miasto, ale najstarszej autorce monografii (Zofii Konopielko) najbliższy sercu jest Gorzów Wielkopolski, gdzie przyszła na świat i spędziła czas do uzyskania pełnoletności. Dawny Landsberg rozkłada się na siedmiu wzgórzach, do których przytula się wielka Warta. Autorka urodzona dwa lata po pospiesznym wyjeździe Niemców, już w Gorzowie, doskonale pamięta postaci, które wtedy żyły, były oryginalne i wpływały na klimat miasta. Zaskoczeniem było, gdy po przybyciu po ponad 40 latach mogła się z nimi „spotkać”, gdyż zostały zaklęte w metal małych pomniczków, posadowione w ciekawych miejscach nie tylko zaskakują, ale powodują, że człowiek się zatrzymuje, ogląda, rozmyśla, zadaje tej postaci i sobie pytania i ostatecznie cieszy że warto żyć. Niewątpliwie powrót do takich miejsc to nabranie siły do dalszych zmagań z rzeczywistością, przyczynek do „przytulenia” myślami do gniazda rodzinnego w chwilach trudnych.

A oto wspomniane pomniczki osób zapamiętanych za życia, poza oczywiście innymi majestatycznymi pomnikami osób ważnych w skali kraju.

Najbarwniejszą postacią Gorzowa od czasów powojennych do 1998 r., zagadkową, owianą legendami, które sam wokół siebie tworzył, był kloszard z wyboru Kazimierz Wnuk (1914-1998). Znany gorzowski literat Zdzisław Morawski nadał mu przydomek Szymon Gięty. Szymon Gięty zajmował swoje miejsce w przestrzeni miejskiej wypełniając ją swoją żywotnością, inteligencją i ogromnym poczuciem humoru. Bez Szymona G. szarobure w czasie PRL miasto byłoby jak motyl bez skrzydeł. Szymon G. dawał wszystkim skrzydła, by zrywali się do lotu, wiedzieli możliwość pokazywania swojej indywidualności bez zahamowań, wstydu – z czego oczywiście korzystało niewielu. Bo Szymon Gięty był tylko jeden jedyny taki.

Kiedyś miasto oferowało mu mieszkanie – dokładnie nie wiadomo, czy zrezygnował czy je zamienił na garaż, w którym zamieszkał. Zdarzało się, że na gorzowskim Rynku ustawiał centralnie swój wózek, czasami z budą – i w nim zasypiał.

Według opowieści jego siostrzenicy przed wojną uczęszczał do Technikum Ogrodniczego w Warszawie, na rowerze przemierzał okoliczne wsie i tworzył kroniki, opisując ciekawostki, malował też dworki i kościoły. Ponoć trzy albumy jego prac spłonęły we wrześniu 1939 razem z ginącą Warszawą[1]. Był człowiekiem który charakteryzował się niezwykłym poczuciem humoru, inteligencją i oryginalnością, dzięki czemu zyskiwał powszechną sympatię. Najstarsi mieszkańcy zapamiętali jego pierwsze wcielenie – przebrany w dziwaczny sposób w wielkim kapeluszu o podziurawionym rondzie ciągnął wózek dziecięcy taki, jakie były jeszcze w latach 50. XX w. – głębokie, z okienkami z boku. Potem pojawiał się z wózkiem na kółkach. Widywano go też, gdy środkiem ulicy toczył przy użyciu pogrzebacza metalowe koło, co zostało uwiecznione na pomniczku powstałym w 2003 r. „Był wyjątkową osobowością. Do legendy przeszło wiele żartów Szymona. Gorzowianie do dziś pamiętają, jak rozkładał w centrum swój namiot, by za drobną opłatą pokazać znajdująca się w środku małpę. Zaintrygowani ciekawscy wchodzili, by zobaczyć tam… swoje odbicie w lustrze (choć prawdziwą małpkę też jakiś czas miał w swojej menażerii). Innym razem Szymon oferował zobaczenie ptaków egzotycznych, czyli różnobarwnie pomalowanych wróbli”.[2] „Kiedyś przebrał się za astronautę. Nawieszał na siebie świecących szpargałów, starych lornetek i tak ustrojony wdzierał się pomiędzy manifestujących na pochodzach pierwszomajowych. Innym razem sporządził pochwałę sportu. Zrobił z kabla motor, usadził na nim także wykonanego z kabla żużlowca, do ręki wziął tablicę i nawet przedefilował z tym majdanem przed główną trybuną. Gorzowianie byli zachwyceni, a władza wściekła. Od tej pory milicja zawsze na 1 maja starała się go gdzieś wywieźć poza miasto. Ale Szymon i tak zawsze zdążył wrócić i z wózkiem wypełnionym szpargałami pochód zawsze zamykał”[3]. Zostało to uwiecznione na wielu zdjęciach.

W Gorzowie można też wędrować śladami innych niewielkich pomniczków. Jednym z nich jest siedzący w swojej łodzi na brzegu Warty – jak przed wielu bardzo laty, tylko teraz zaklęty w spiż – Paweł Zacharek, który przez ponad 20 lat przewoził łodzią mieszkańców na przeciwległą do centrum miasta stronę Warty. Urodził się na barce, gdyż jego rodzice zajmowali się transportem wodnym. Gorzów pokochał jeszcze w czasach przedwojennych, gdy płynąc z rodzicami do Berlina, oglądał wypiętrzający się malowniczymi wzgórzami ówczesny Landsberg. Gdy w 1964 r. odbudowano most kolejowy, stracił klientów i został kapitanem żeglugi śródlądowej, pływając do Europy Zachodniej. Teraz „odpoczywa” na brzegu Warty w swoim ulubionym Gorzowie, siedząc na łódce, zaprasza strapionych, chętnie słucha ich opowieści i pociesza mówiąc że życie jest piękne. To oczywiście dzieje się tylko w wyobraźni któregoś mieszkańca zdolnego do takich przeżyć. Ale niewątpliwie jest faktem, że to miejsce i to spotkanie daje „drugi oddech” w pędzie cywilizacyjnym, a więc wspomaga higienę psychiczną. Ponieważ Gorzów jest znanym miastem żużla – entuzjaści tego sportu mogą powędrować na spotkanie i „wymianę poglądów” z legendarnymi żużlowcami jak Edmund Migoś „Mundek” czy Edward Jancarz. Wędrując po mieście można zajrzeć, co obecnie „malują” jak kiedyś, dwaj malarze tego miasta jeszcze landsberski Ernst Henseler i już gorzowski Jan Korcz. Łagodne pejzaże pierwszego potrafią niektórym ukoić duszę, a innym – wzmocnić siły witalne. Dla pocieszenia serca i oczyszczenia duszy wędrując po mieście, można dotrzeć do pomniczka ks. Prałata Witolda Andrzejewskiego. Tyle pytań można mu zadać, bo wszak był kiedyś aktorem – przez 6 lat starsze pokolenie oglądało go na scenie, ale widywano go też w Katedrze. Wtedy niezmiennie, nagle w półmroku, ukazywała się czarna, klęcząca, pochylona postać, zatopiona w modlitwie, która okazywała się aktorem oglądanym przed kilkoma godzinami na scenie. Po latach dotarła wiadomość że został księdzem… Był duszpasterzem akademickim, ludzi pracy i środowisk sybirackich… Wiadomość ta dla osób, które go pamiętały ze sceny, gdzie odgrywał też frywolne role, była swoistym szokiem, choć już wtedy wyczuwało się niezrozumiałą dwoistość tej osoby. Jak różne są meandry ludzkiego życia…Teraz można zatrzymać się przy pomniczku, a może pożalić się, pogadać, na pewno wskaże słuszną drogę, a jeśli nawet nie, to pocieszy…

W różnych miejscach Gorzowa możliwe są też „spotkania” z ludźmi pióra zaklętymi w metal. Gdy jeszcze żyli, nie wszystkim byli znani i nie zawsze doceniani, ale z czasem nabrali wartości legendy. Są przykładem, że warto żyć zgodnie z własnymi odczuciami, celami, często pod prąd opinii innych ryzykując utratą jakości materialnej życia. Jedną z postaci, poznanej jako bohaterka filmu, jest romska – wówczas zwana cygańską, poetka Papusza. Starsi ludzie z Gorzowa pamiętają przemierzające miasto, a potem rozlokowane na przedmieściach tabory cygańskie[4]. Papusza, czyli Bronisława Weis, była znaną Romką, bo teraz tak należy mówić, ale dla nas po prostu Cyganką, jedną z licznych w Gorzowie, ale Cyganką niezwykłą[5]. Mieszkała w Gorzowie od 1953 do 1981 r. Jej poezję odkrył poeta Jerzy Ficowski, doceniał Julian Tuwim a po opublikowaniu wierszy, została wyklęta przez swój ród, oskarżana o zdradę i niedopuszczalne wśród Romów odejście od tradycyjnej roli kobiety. Głęboko nieszczęśliwa, opuściła Gorzów, by zamieszkać w Inowrocławiu, gdzie zmarła i została pochowana. Jest wymieniana wśród 60 najwybitniejszych kobiet, które miały wpływ na polską historię, stała się bohaterką licznych filmów, a jej dzieła tłumaczono na wiele języków[6]. Teraz ta silna kobieta „siedzi” skromnie nieopodal gorzowskiej biblioteki w Parku Wiosny Ludów, zatrzymują się przy niej spacerowicze, a o czym myślą, tego nie wiadomo…

Poza Papuszą „spotkać” można też innych dawnych mieszkańców miasta – ludzi pióra zaklętych w metal. Wędrując ulicami, można zatrzymać się choć na chwilę, usiąść na ławeczce obok spiżowej postaci Nelly czyli zaklętej bohaterki powieści landsberskiej (nazwa przedwojennego Gorzowa) pisarki Christy Wolf, która w jednej z książek pt. Wzorce dzieciństwa słowami bohaterki opisała swoje przeżycia – czas wojny, snuła refleksje na temat zachowania pamięci i wpływu przeszłości na czasy jej współczesne. Może gorzowianie poczują większą więź ze swoim miastem, spełniając warunki higieny psychicznej – poczucie trwałości, kontynuacji i stabilizacji, niejako „zakotwiczenia” w miejscu urodzenia czy tylko okresowego pobytu. Jednocześnie może być to poczucie, że czas się zatrzymał i zawsze można tu wracać idąc dawnymi niezmienionymi śladami[7].

W innym miejscu spiżowego już mieszkańca Gorzowa, spotyka się pisarza i malarza – Włodzimierza Korsaka (1887- 1951) [8]można go zapytać o znajomość z Czesławem Miłoszem. A on odpowie, że właściwie się nie znali, tylko teraz się dowiaduje, a może było inaczej… Jak czytamy w „Gazecie Wyborczej”:  „W 2003 r. Czesław Miłosz w Bibliotece Jagiellońskiej wygłosił wykład. Wspominał w nim o Włodzimierzu Korsaku: w powieści Na tropie przyrody dwaj chłopcy przyjeżdżają na wakacje do dworu w lasach Witebszczyzny. Włodzimierz Korsak był dla mnie i mojego przyjaciela Leopolda Pac-Pomarnackiego autorem kultowym”[9].

W wędrówce po mieście można spotkać się też z gorzowskim poetą Kazimierzem Furmanem (1949-2009). Warto przy okazji poprosić o opowieść ze spotkania z Papuszą, a on opowie swoim wierszem:

Szedłem do Papuszy /To moja pierwsza ostatnia u Niej wizyta / Moje dziecko ma trzy lata i trochę się boi / Poetka leży w pierzynach / Kot topi pyszczek w misce mleka / Nie nie będę rozmawiała z panem mówi / Unosi głowę / Ma twarz zrytą ścieżkami zmarszczek / Czytam z nich jej pieśn / I las śpiewa naprawdę tańczą drzewa / Kot miauczy jakąś pieśń cygańską / Moje dziecko głaszcze jego głowę[10].

A może Poeta przypomni starzejącej się kobiecie czas jej dobry, gdy słyszała czułe słowa, albo i nie słyszała a teraz usłyszy i uraduje się i uniesie głowę i po chwili odejdzie z tym wierszem do sklepu warzywnego czy mięsnego i wieczorem usłyszy raz jeszcze to, co zostało w jej skołatanej głowie. I raz jeszcz Furman jej powie na dobranoc: Twoje ciało / Syberia / Na białym prześcieradle zima / Twoje ciało / Ocean niespokojny /Na białym prześcieradle fale / Twoje ciało / Afryka / Błądzę po Saharze (…)” [11].

Wiersze tego poety kiedyś kupi w małej księgarni i będzie czytała. Tak może się stać, gdy dojdzie do spotkania z małym pomnikiem Poety zaklętego w spiż. A bogini Higieny – nieśmiertelna zwycięska ponadczasowa Hygeia się uśmiechnie i szepnie – jesteś uratowana kobieto. Trwaj…

„Kazimierz Furman – poeta codzienności – pisze: Ostatniej modlitwy nie pamiętam / Chyba że była podobna do kobiety / (…) Ostatniej kobiety też nie pamiętam / Chyba że była Tajemnicą / Bo nie zapominam Boga” [12].


[1] https://encyklopedia.wimbp.gorzow.pl/s/szymon_giety/szymon_giety.html [dostęp 17.09.2021].

[2] T. Rusek, Dlaczego Szymon był Gięty? I czemu ma w Gorzowie pomnik?,

https://plus.gazetalubuska.pl/dlaczego-szymon-byl-giety-i-czemu-ma-w-gorzowie-pomnik/ar/12227791

[dostęp 17.09.2021]

.

[3] Tamże.

[4] Z. Konopielko, Cyganie z mojego dzieciństwa, http://zofiakonopielko.pl/?p=1643 [dostęp 17.09.2021].

[5] Teksty brata Zofii Konopielko – Zenona Łukaszewicza „Bronisława Wajs-Papusza”, http://zofiakonopielko.pl/?p=2059 [dostęp 17.09.2021].

[6] https://culture.pl/pl/tworca/papusza-bronislawa-wajs [dostęp 17.09.2021].

[7] https://encyklopedia.wimbp.gorzow.pl/w/wolf_christa/wolf_christa.html [dostęp 17.09.2021].

[8] https://szkolalubniewice.pl/patron-szkoly-wlodzimierz-korsak/466/

[dostęp 25.04.2022]

[9] https://gorzow.wyborcza.pl/gorzow/7,36844,15860905,wielki-lowczy-guru-czeslawa-milosza-ma-swoj-dom-w-klodawie.html [dostęp 17.09.2021].

[10] http://rudowicz.poezja-art.eu/artykuly/recenzje/furman-moj-cien-jest-kobieta/

[dostęp 17.09.2021]

.

[11] Tamże.

[12] Tamże.

Powrót do Gorzowa

Na zdjęciu mój Tato – Wacław Łukaszewicz (1908- 2002) , kiedyś Naczelnik Oddziału Drogowego PKP w Gorzowie Wlkp. Od dzieciństwa zakochany w drogach żelaznych, pociągach, wileński romantyk……

W tej sytuacji na Świecie, największym Dramacie tuż obok, gdy własna bezsilność paraliżuje, przeglądam stare blogowe wpisy. Może ucieczka w przeszłość jest metodą by choć na chwilę znaleźć się w innym miejscu i innym, dobrym wtedy czasie. Czy wówczas człek czuł że był szczęśliwy ?

Minęło już 10 lat od tego wpisu. Czy Gorzów nadal jest tak piękny, czy pozostał tylko we wspomnieniu tkliwym ?

wtorek, 17 stycznia 2012 6:54

Czterdzieści lat nieobecności w tym mieście spowodowało, że jego obraz w mojej pamięci się oddalał, stopniowo tracił barwy, upodabniał się do szarej znajomej fotografii. Ta fotografia starzała się ze mną, bladła i marniała.

Aż któregoś dnia obudziłam się z uczuciem przerażenia, że moja fotografia zniknie a ja już nigdy nie zobaczę Gorzowa.

I wtedy postanowiłam, że muszę tam pojechać. I spotkać się z miastem, w którym przyszłam na świat i dojrzewałam.

Z lękiem oczekiwałam tego spotkania.

Pragnęłam nie tylko obejrzeć stare kąty, ale również  miejsca nowe i ciekawe. W Internecie znalazłam potrzebne informacje, zamówiłam bilety do Teatru i miałam już plan bardzo krótkiego pobytu.

Jakże sentymentalna była podróż pociągiem. Tę trasę kiedyś tak często przemierzałam. To były powroty do domu. W tym domu czekali Rodzice . Wszystko minęło jak ulotna chwila. Teraz rozpoznawałam stacje, znajome widoki za oknem przynosiły falę wzruszeń…

I oto nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki otworzył się przede mną mój Gorzów.

Zatopiony w zielonych wzgórzach nie spał. Czekał…

Szłam swoimi ulicami, ostrożnie stawiając stopy na zachowanych dużych płytach granitowych, by nie przekroczyć granicy płyty. Tak jak w dzieciństwie…

A dookoła miasto tętniło życiem. Czułam  na sobie jego oddech. Widziałam  tłumy młodych ludzi, barwnie ubranych, pędzących w nieznanym mi kierunku.

Tutaj czas się nie zatrzymał…

Witały mnie stare kamienice i wille, niektóre pięknie odnowione. Znajdowałam ślady ich  dawnej świetności.

W Parku Wiosny Ludów, nad Kłodawką nadal rosły platany. Musiałam się upewnić, czy to te same. To niewiarygodne, że jeszcze były i zachowały dawną urodę. Tak jak kiedyś, ich konary pokryte gładką korą przypominały uniesione ramiona w jedwabnych rękawiczkach. Wydawało się, że w swoich srebrzystych obcisłych sukniach tylko na chwilę znieruchomiały w tańcu.

Gdy wczesnym świtem przemierzałam stare  uliczki, w poszukiwaniu dawnych działek, na głowę spadał lipowy nektar. Czułam dotyk wilgotnych liści i zanurzałam twarz w zapachach dzieciństwa, w niepowtarzalnym zapachu kwitnących lip…

Potem obejrzałam centrum Gorzowa. I tak myślałam. Mieszkam od lat w Warszawie i stale czytam w miejscowej prasie, że władze nadal się zastanawiają : jak połączyć miasto z rzeką, a może pomalować któryś z mostów by było weselej, a może zorganizować tańce na ulicy?

A w Gorzowie – miasto samo wylewa się spod kolorowego wiaduktu, poprzez  śliczne bulwary z tajemniczymi granitowymi wybrzuszeniami, które kojarzą się z leżącym na chodniku biustem, na barwny most z  bajkowym „pająkiem” nazwanym  Dominantą, po drugiej stronie wielkiej, szerokiej rzeki.

Warta, odwieczna towarzyszka miasta, była jak zwykle młoda, ruchliwa i przepiękna. A Gorzów przeglądał się w jej oczach. Zakochani i wierni…

Na bulwarze występowały jakieś dziecięce zespoły, a potem ta kolorowa dzieciarnia wysypała się na nadwarciańskie schody…

Podobał mi się koloryt mostu, dyskusyjna uroda nieprzydatnego „pająka” zwanego Dominantą. Czułam jak te kolory jeszcze nasilają, stymulują  moją radość.

Gdy z przyjaciółką wędrowałyśmy przez centrum miasta, usłyszałam głośną muzykę, która porywała nogi do tańca. Przez moment wydało mi się, że jestem w  La Boca, dzielnicy tanga w słodkim Buenos. Ale zobaczyłam Letnią. To Gorzów i niezapomniana kawiarnia mojej młodości. Taka sama od lat. I to w Letniej grali a  ludzie tańczyli prawie na ulicy. I ja uległam magii i zaczęłam pląsać, nie zważając na swoją „dojrzałą młodość”. Nieważne, kto grał i tańczył, było super!

A potem był spektakl w  ukochanym kiedyś Teatrze im Osterwy, który przed półwieczem był moim pierwszym oknem na świat. Cieszyłam się, bo poszłyśmy tam razem, kilka koleżanek ze szkolnej ławy. Usiadłyśmy przy niewielkim stoliku Sceny Letniej, zamówiłyśmy wino i rozpoczął się spektakl. Nie był to zwykły spektakl, ale samo wzruszenie. Jakby na specjalne zamówienie dokładnie w tym dniu grali  „Trzy razy Piaf”. Znakomite gorzowskie aktorki wyczarowały niepowtarzalny klimat. Zerkałam na koleżanki, one podobnie jak ja, ukradkiem ocierały łzy.

Następnego dnia odwiedziłyśmy kino o tajemniczej  nazwie  „60 krzeseł”. Na widowni były tylko dwie osoby – przyjaciółka i ja. I tym razem niespodzianka, film o Cyganach. Wróciło nasze dzieciństwo i trwające od tej pory nieustanne zauroczenie kulturą cygańską.

Byłyśmy też w miejscowym  klubie o budzącej wiele refleksji nazwie Lamus. Za czasów mojej młodości tego klubu nie było. Siedzieliśmy w wielkim rozbawionym tłumie młodych ludzi, gdy  niespodziewanie ponownie ujrzałam  młode aktorki z gorzowskiego teatru. Tym razem fenomenalnie mówiły i ilustrowały ruchem bajki Brzechwy.

Bardzo chciałam odwiedzić piwniczny Jazz Club o pięknej nazwie „Pod filarami”, ale niestety w tych dniach był nieczynny.  Po paru miesiącach moi nowi gorzowscy przyjaciele przywieźli mi pięknie opracowany album wydany z okazji 40 lecia klubu. Często go oglądam, poczytuję i spotykam się z dawnymi znajomymi, którzy działali w tym klubie. Albo nie żyją, albo zabrał ich nieznany mi świat…

Zapomniałabym opowiedzieć o spotkaniu z nowymi, gorzowskimi małymi pomnikami. Otóż podczas łazęgi po mieście, przyjaciółka pokazała mi  niewielkie pomniki ważnych dla tego miasta ludzi. Bardzo ładnie wykonane i rozmieszczone  w ciekawych miejscach, sprawiały wrażenie, że ci ludzie jeszcze żyją wśród mieszkańców i może tylko zostali zaczarowani w „znieruchomienie”. I wystarczy przystanąć w biegu, zagadać i na pewno zaczną opowiadać, opowiadać bez końca. O swoim życiu, o tym co robili i jak kochali swoje miasto…

Mój czas pobytu w Gorzowie był krótki, ale wspominać można długo…

Cieszę się, że zdążyłam odwiedzić moje miasto, odnaleźć stare ścieżki i poznać  nowy, pełen młodych ludzi, tętniący życiem Gorzów…

Jeszcze zdążyłam, bo przecież „upływa szybko życie”…

Ostatnie śliwki tego roku…

Zamieszczam ponownie ten tekst   ( dla mnie to jest też opowieść o ludziach i o życiu – nie tylko o śliwkach ) na prośbę a raczej sugestię Eli,   Przyjaciółki blogowej  ( chyba kiedyś opiszę niezwykłą  historię naszej znajomości ) –  która wczoraj na WhatsAppie  napisała do mnie tak : 

” Bardzo piękny refleksyjny tekst. Może wróci do nowego ” Spojrzenia” ? Wielu czytając pewnie się zaduma nad nieuchronnym przemijaniem i jego akceptacją … dla nich bardzo trudną … „

Moi Rodzice …Stefania z d. Jakubiec i Wacław Łukaszewiczowie …1932 rok… Wilno

 

Wrzesień 1, 2012 przez Zofia Konopielko

Bardzo lubiłam  późne jesienne śliwki. Dziwiłam się, że ich słodycz narastała z  wiekiem , a najsmaczniejsze były te brzydkie i  zupełnie pomarszczone..

Łączyła nas  tajemnica  wspólnej jesiennej pory urodzenia ,   delikatny koloryt tych owoców utrwalony  na akwareli namalowanej przez ojca jeszcze w czasach wileńskich , ale najbardziej  ogrody.

Po tylu latach widzę, jak by to było zaledwie wczoraj, ogrody na gorzowskich wzgórzach .       Chodziliśmy tam pieszo , posłusznie dreptałam obok ojca , długo oglądaliśmy  konie  za dużym ogrodzeniem , prowadziły nas małe, kręte uliczki otoczone ładnymi niewielkimi domami . I nagle otwierała się wielka zielona przestrzeń. Zawsze witała  fragmentem nagiego piaszczystego zbocza , dla dziecka jawiącego się  jak ogromna  piaskownica spływająca w dół .W ogrodach królowały dorodne drzewa,  najczęściej śliwy. Ich owoce spadały na kolana siedzących na trawie…

Kiedyś usłyszałam, że te ogrody już odeszły w przeszłość. Wybudowano tam wielkie domy. Nie chciałam  wracać do mojego miasta .

Ale jak wiadomo, najlepszym lekarstwem  jest czas. Odważyłam się . Pomyślałam, że domy , to tylko jakiś  znak czasu, ale ludzie? Jacy ludzie zamieszkali w tym magicznym śliwkowym raju? Czy są inni, czy czują się inaczej wiedząc, że mieszkają w moim zaczarowanym miejscu .

Poszłam  o świcie, żeby zobaczyć jak tam , na moich dawnych działkach , budzi się dzień. Stałam nieruchomo na skraju wzgórza.

Mieszkańcy pojawiali się stopniowo. Najpierw powoli wyłaniali się starsi panowie, wyprowadzali   swoje  psy, niektórzy leniwie wciągali dym z zapalonych pospiesznie papierosów , inni człapali po schodach z siatka pełną świeżych bułek.

Po niewielkiej pauzie, gdy słońce już stawało się widoczne ,  wielu  młodych ludzi  zwinnie zbiegało w dół , skacząc po dwa lub trzy stopnie na raz w dół, zapinając po drodze kurtki. Słychać było głośno zatrzaskiwane drzwi samochodów , już pracowały silniki i po chwili zaczęła panować wielka ciepła cisza.

Pomyślałam dziecięco rozczarowana , że mieszkający w moim zaczarowanym podziałowym miejscu  ludzie są zwykli , tacy jak wszędzie….

Ale nagle usłyszałam odgłos otwieranego okna. Spojrzałam na górne piętra .W otwartym oknie stała starsza smukła kobieta .W wielkim już słońcu na chwilę zamigotały szklane tafle okna, potem rozbłysły złote refleksy  na jej siwych włosach. Stała długo i patrzyła przed siebie. Co widziała? Nigdy tego nie zgłębię, nie dowiem się.

I zrozumiałam, że widok za oknem wielkiego bloku stojącego na szczycie wzgórz , zajmującego przestrzeń moich działek , jest tak piękny że może dawać radość , siłę , wiarę i nadzieję  ….

Że  spoglądanie na miasto ,  na dolinę wielkiej rzeki u stóp może być większym przeżyciem niż smakowanie późnych jesiennych śliwek….

 

Wspomniana w tekście akwarela namalowana przez mojego Tatę – Wacława Łukaszewicza w 1932 roku w Wilnie. Przywieziona przez Mamę po wojnie ….. ocalała pomimo pożogi i transportu w bydlęcym wagonie ….

 

 

Tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka

Komentarz :

Wiktor Rosiński ( wnuk)  

Październik 18, 2018 o 2:33 pm

Piękne

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się

środa, 04 stycznia 2012 7:55

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Cukier sól i pieprz w jednym ….

Cukier sól i pieprz w jednym

 

Kochani

Po poprzednim  smętnym wpisie, który jednak miał znaczenie „ oczyszczające”,  bo po prostu wyrzuciłam z siebie tamto złe wspomnienie, wracamy do chwil radosnych, bo szkoda życia na smutę….

Nagle przypomniał mi się ten tekst , napisany wtedy gdy byłam jeszcze młoda , rozżarzona dysputami w nieistniejącej już naszej MM- ce i być może nawet piękna. J . Oczywiście to gruba przesada, bo było to może z 7 lat temu, ale fajnie tak o sobie myśleć, prawda? Tamtego portalu już nie ma, komuś przeszkadzał, albo tylko beztrosko zmieniono formułę na zwykły informacyjny jakich wiele. Tam pisywaliśmy wszystko co nam przyszło do głowy, a więc też teksty które miały charakter „ literacki”. Literacki to może to zbyt duże słowo, więc nazwijmy to  tematami dowolnymi….

I właśnie tam zamieściłam ten zapomniany i zaginiony już tekst  pod nickiem Łuka , który był  skrótem od nazwiska panieńskiego które pewnie znacie….

        Wiem, że gonia, której zdjęcia przywiodły mi pomysł i stały się „inspiracją” do tego wpisu ,  już zagląda do komputera, więc może przeczyta i się uśmiechnie. Tak goniu , niezwykłe , oryginalne śmieszne  były te Twoje zdjęcia z mojego Gorzowa, świadczyły o Twojej fantazji i uśmiechu . Tak, Gorzów to miasto gdzie się urodziłam i dojrzewałam….Wrócił do mnie dzięki Tobie….dziękuję…

Tak więc zapraszam…uśmiechnijmy się….

To co powyżej napisałam wczoraj.

       A dzisiaj,   żeby było śmieszniej, dzisiaj świtem zajrzałam ot, tak sobie do netu, czy wyszukiwarka znajdzie zadany temat „ kamienice gorzowskie Gaudi” i ….znalazłam. Tekstu nie ma, ale za to „ wisi” Forum Gazety Lubuskiej z maja 2010 roku.  

Jak bardzo się różnimy w tej naszej ukochanej Ojczyźnie. Gdzież nam np. do bliskich sąsiadów Czechów chociażby….

Może ten pseudoartykuł w niewinnej MM-ce  był efektem mojej „ głupawki”, zamieszczonej przeze mnie w fajnej wtedy kategorii, którą utworzyła redakcja a zatytułowanej  „ Uśmiechnij się „.  ale i nawet „ głupawka” może być powodem do swoistej „ odskoczni” od śmiertelnie poważnego kamiennego dookolnego świata, do świata pogody ducha,  relaksu a czasem nawet uśmiechu choćby z politowania ….wszak uśmiech ma wagę złota….

 „Boki zrywać „ pozostaje…..

A oto wszystkie zachowane komentarze zamieszczone na Forum Gazety Lubuskiej  które wisi w necie , wypisane jak widać w  „ 05 maj 2010 – 12:49 „ , które skopiowałam w całości.

Maker

bardziej idiotycznej wiadomości dawno nie czytałem…

Kolejne pierdoły z MM?

G- man

Rozumiem że tzw „dziennikarze obywatelscy” są tańsi w utrzymaniu, ale są to rzeczy do omówienia w osiedlowym sklepiku a nie regionalnej gazecie

 Socjolog

zgadzam się z poprzednikiem, wy tym ludziom chyba nie płacicie, oni muszą wam dopłacać za te głupoty bo inaczej byście ich tu nie pokazywali, to jedyne wytłumaczenie

 – Gość-

TAK TAK A CHROBREGO TO LA RAMBLA! A GDYBY TAK ŁUKA NAWIĄZAŁA KONTAKT Z ROZUMEM! WARTO SPRÓBOWAĆ

 Gonia

Wszyscy tak śmiertelnie poważni, nie zauważyliście , że artykuł pisany był w kategorii – uśmiechnij się -? Widać uśmiech, to coś dla Was nieznanego…

 -he He –

Co za pierdołu !
dziennikarze z lubuskiej nie sa zdolni do mentalnej akceptacji fonntanny a piszą o Gaudim.
Panie i panowie z lubuskiej : Gaudi i jego futurystyczny i nowatorski styl architektoniczny gdyby był realizowany w gorzówku to wasze artykuły odsadzały by go od czci i rozumu. Wy nie możecie skumać Dominanty, fontanny a chcecie skumać domy/budowle bez kątów i rogów ?
Nie silcie się na inteligencje bo dostamniecie przepukliny !

 

Koniec komentarzy. Non comment….mili moi….

 

Dzięki temu, że co u mnie dziwne, zapobiegliwie skopiowałam ten niby artykuł, gdyż lojalnie uprzedzono nas, że wszystko zostanie wycięte po zlikwidowaniu MM- Gorzów. Zdążyłam ….

 

Kolejne epokowe odkrycie–niektóre  kamienice Gorzowa  projektował sam Antoni Gaudi :)))

 gaudi 1.jpg

 

Gaudi 13.jpg

Wstęp

 

gonia, dziennikarka społeczna ze słynnego w całym świecie portalu MM-G. przysłała mi parę zdjęć  gorzowskich kamienic. Nigdy ich nie widziałam i nie wiem przy której ulicy

” wyrosły”…Ale jestem pewna, że projektował je sam Antoni Gaudi – najsłynniejszy kataloński architekt, franciszkanin, prawdopodobnie mason a być może przyszły święty.

 

(==Do kategorii „uśmiechnij się”.

==Współautor: zdjęcia Gonia; informacje o A. Gaudi zWikipedii

==Podpisy pod zdjęciami : Niezwykłe kamienice Gorzowa)

 

Tekst

 

gonia, nasza Koleżanka z MM-ki chciała mi poprawić nastrój .

Dlatego  przysłała mi  kilka zdjęć  mojego Gorzowa.

 

Nie tylko odzyskałam dobry humor ale najnormalniej przeżyłam szok.

 

Nagle wydało mi się , że jestem w Barcelonie. Ten niepowtarzalny styl kamienic , łagodne wygięcia okien, dachów….

Od razu wiedziałam, że to Gaudi….:)

Poczułam podniecenie, jakże znajome dziennikarzom śledczym…

Rozpoczęłam więc swoje prywatne dochodzenie 🙂

 

Zajrzałam do Wikipedii.

Przeczytałam , że  Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym .

Istnieją też autentyczne podejrzenia, że był  masonem, co może  tłumaczyć jego tajemny związek z Gorzowem. Wszak w Gorzowie ( a właściwie jeszcze wtedy niemieckim Landsbergu ) przy obecnej ul. Sikorskiego była najprawdziwsza loża masońska!

 

Dowiedziałam się , że w 1910 roku  zakończył realizację barcelońskich projektów Casa Mila i Casa Batalio. Ale dopiero od 1914 roku poświęcił resztę swojego życia barcelońskiej  katedrze Sagrada Familia.

Cóż więc robił  w okresie pomiędzy 1910 a 1914 r.?….

Myślę, że właśnie wtedy realizował projekty gorzowskich kamienic 🙂

 

Podobno od 1992 roku trwa proces beatyfikacji A. Gaudiego. Może  kiedyś jego święte relikwie zostaną umieszczone w największym ołtarzu Katedry gorzowskiej….rozmarzyłam się….

Jakież ja mam teraz piękne sny. To są sny  o Wielkiej Przyszłej Sławie  mojego Gorzowa …

 

Gdy będziecie   zmęczeni życiem i  znudzeni  codziennością, zapraszam na   ulice przedstawione na tych zdjęciach Gorzowa . Zatrzymajcie się  . Rozejrzyjcie dookoła. A zobaczycie te piękne kolorowe trochę zwariowane domy.

Może na pobliskiej ławeczce  będzie już czekał ten bardzo stary Katalończyk..

Zwykle tam przesiaduje i obserwuje przechodniów . Jest uśmiechnięty i zadowolony. To może być  sam Wielki  Gaudi ….:

 

Namawiałam gonię do „wysmażenia” odpowiedniego pionierskiego artykułu w MM-ce i tym samym uzyskaniu miana  Wielkiego Odkrywcy. Ale  nie miała ochoty. Chyba wolała  „nurkować” w starych gorzowskich szpargałach w celu potwierdzenia  wyników mojego dochodzenia :).

Więc napisałam sama. Na wysłanie do MM-ki  tego artykułu  autorka zdjęć długo nie chciała wyrazić zgody, bo jak wiadomo jest skromna i nieśmiała.

 

I tak jakoś minął pierwszy kwietnia…:)

 

Koniec .

 

Gaudi 10.jpg

 

Gaudi 12.jpg

 Zdjęcia mojego Gorzowa, które wykonała przysłała i wreszcie zgodziła się na ich zamieszczenie moja Przyjaciółka na dobre i na złe, poznana dzięki MM- Gorzów, które już umarło, ale my żyjemy. My z tego dawnego portalu , a jest nas całkiem pokaźna grupa. Są to ludzie w jakimś sensie podobni, ciekawi świata, postrzegający go nieomal identycznie, z poczuciem humoru i potrzebą uśmiechu….

 

No tak  mili moi, nie tylko kategoria w MM- ce Uśmiechnij się, ale też zauważyłam , o czym zapomniałam, że był to w dodatku Prima Aprilis. !

 

 

A na poważnie teraz garść informacji wydobytych z bardzo wielu zawartych w Wikipedii nt.

Antoniego Gaudi. Ot tak wrzucam, jeśli kto chce, niech czyta. Dla mnie ciekawe. I  warto było napisać tą „ głupawkę ” by uzupełnić wiedzę…..

 AntoniGaudaiFotografia.jpg

Antoni Gaudi, zdj z Wikipedii

 

 Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym.

Ponoć jako dziecko długo chorował na zapalenia stawów i właściwie nie opuszczał domu. Jak analizują rozwój jego twórczości biografowie, prawdopodobnie wówczas wytworzył w sobie niespotykaną wyobraźnię, co pozwalało mu potem stwarzać przełomowe projekty w architekturze. W związku z tą chorobą zrezygnował ze spożywania mięsa i został wegetarianinem ale też lekarze zalecali mu długie spacery, które odbywał sam. Tak więc już od dzieciństwa był samotnikiem. Jednakże miał bardzo żywiołowy charakter ale  stwarzał wrażenie człowieka zanurzonego we własnym świecie. …

Gdy miał 11 lat wysłano go do szkoły pijarów i edukacji w tym miejscu zawdzięczał zaangażowanie religijne , bo jak mówił , tam poznał prawdziwe wartości nauki chrześcijańskiej. Nie był zbyt dobrym uczniem, ale chętnie ilustrował gazetki szkolne czy wykonywał dekoracje. Jednak jeszcze w szkole wraz z kolegami dokonali znaczącej próby zaprojektowania restauracji klasztoru w Poblet. Ten projekt stał się impulsem do wyjazdu do Barcelony , gdzie się przeniósł w 1876 roku wraz z ojcem i siostrzenicą, gdyż reszta rodziny zmarła. Jednocześnie podjął  studia w Escuda Tecina Superior de Arquitectura, a z uwagi na problemy finansowe jednocześnie pracował. Był asystentem znanych katalońskich architektów  m.in. Martorellego , który wprowadził Gaudiego „ na salony „ architektury.   Projekty i świetny rysunek zdobyły uznanie na uczelni  i w 1878 r. Antoni Gaudi uzyskał dyplom i rozpoczął pracę w zawodzie.

Początkowo brał każde zlecenia projektowe, tak więc spod jego ręki wychodziły projekty kiosków, bramy wjazdowe, płoty i mury. 

Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 r.  gdzie także prezentował projekt osiedla domków robotniczych, który niestety nie został zrealizowany w praktyce. Oba te projekty rozsławiły Gaudiego. Otrzymał zlecenie zaprojektowania gazowych świateł ulicznych dla Barcelony, jednak różnice zdań w czasie prac projektowych spowodowały, że miasto zrezygnowało w ogóle ze współpracy z tym architektem.

Przełomowym zdarzeniem w jego życiu okazało się spotkanie z barcelońskim przemysłowcem Eysebim Guellem, który docenił jego oryginalny talent i finansował wykonanie szeregu jego projektów, aż do 1918 r. kiedy to ów przemysłowiec zmarł.

Jednak już „ rozkręcona” popularność i sława była przyczynkiem do zapraszania Gaudiego przez wielu przemysłowców i kościół . Projektował więc m. in. pałac biskupi w Astordze i budynki dla zakonu św. Teresy.

W sumie wykonał ok. 20 poważniejszych projektów, realizowanych przeważnie w Barcelonie i nieopodal tego miasta.

W 1883 roku przyjął zlecenie budowy świątyni pokutnej Sagrada Familia, ale do 1914 roku , czyli aż przez 31 lat niespecjalnie zabierał się do pracy. Być może nie pasowało mu, że miał ukończyć gotowy projekt Villara. Jednak po 1914 roku poświęcił się wyłącznie tej świątyni a nawet w niej zamieszkał. I jak powiedział „ może nie ostatniej zbudowanej, lecz zapewne pierwszej z nowej generacji”. 

Zmarł w 1926 roku, trzy dni po potrąceniu przez tramwaj. Zgodnie z własnym życzeniem został pochowany w świątyni Sagrada Familia….

 

I jeszcze słów parę o jego twórczości. Początkowo, zgodnie z duchem epoki pomysły czerpał z neogotyku. Budowle nosiły  ślady gotycko- mauretańskie ( te style w Hiszpanii łączyły się często z uwagi na wieloletnie panowanie w niej Arabów ) , ale jego szczególnym obiektem jest Casa Vicens w Barcelonie, dom dla bogatego przedsiębiorcy. W tym projekcie widać bowiem zapowiedź nowego stylu, nad którym Gaudi pracował.

Jego styl określa się jako bardzo rzeźbiarski i secesyjny. Wykorzystywał łuki paraboliczne, fantastyczne formy , zawiłe desenie oraz kształty występujące w przyrodzie. Niekiedy nawiązywał do płynności podwodnego świata. Dziś jest uważany za prekursora architektury biomorficznej.

Z czasem Gaudi zaczął mocniej eksperymentować , tworząc model przestrzenny budynku wykorzystywał regułę tzw. równowagi krzywej łańcuchowej i badał na nim siłę grawitacji. Przy okazji testował wytrzymałość różnych materiałów m.in. bazaltu czy granitu. Eksperymentował też z różnymi rodzajami oświetlenia i „dla osiągnięcia ciekawszego efektu używał do projektowania luster czy fotografii „.  Proponował inne, nie euklidesowskie  układy geometrii . A zdobienia powierzchni wykorzystywał kataloński styl mozaiki zwany trencadis. Z tego okresu pochodzą jego najbardziej dojrzałe dzieła np. Colonia Guell, Casa Mila czy Sagrada Familia.

Nic więc dziwnego, że Gaudi był dla niektórych twórcą co najmniej  kontrowersyjnym, był powszechnie krytykowany w społeczeństwie i prasie a także budził zachwyty. Jednym słowem  nikt nie mógł pozostawać obojętny gdy widział jego zrealizowane dzieła.

Analizowali jego zjawiskowość nawet filozofowie. Jeden z nich, Francesco Pujols tak napisał:

W pracach Gaudíego zdumiewało to, że choć nikogo nie zachwycały, jednak nikt nie ośmielił się powiedzieć tego wprost, ponieważ jego styl sam się broni.

Jako ciekawostkę można podać to, że był nacjonalistą katalońskim. W swoich budowlach nawiązywał do tradycji katalońskiej ( szczególnie gotyku ) i często umieszczał na nich symbole katalońskie. Któregoś dnia został aresztowany za odpowiadanie policjantowi po katalońsku , gdyż mówił tylko w tym języku, nawet w rozmowie z królem Alfonsem III. A były to czasy, gdy władze ustaliły, że język ten jest nielegalny…

Wśród wielu niezrealizowanych prac Gaudiego jest projekt drapacza chmur- Hotelu Attraction w Nowym Jorku.

Był inspiratorem wielu różnych architektów, których nazwiska można znaleźć w Wikipedii, więc nie będę przytaczała….

Rok 2002 ( czyli 150 lat po urodzeniu Antoniego Gaudiego) władze Barcelony ogłosiły Międzynarodowym  Rokiem Gaudiego.

W 1887 roku zespół Alan Parsons Project zadedykował swoją płytę temu słynnemu architektowi nazywając ją „Gaudi”.

I jeszcze jedno, co zupełnie nie przystaje do jego szaleńczych wizji architektonicznych , przez całe swoje życie był  bardzo pobożny, zostawił wiele  świadectw swojej zaangażowanej ponoć wiary że od 1992 roku trwa jego proces beatyfikacyjny….no cóż, boskie młyny mielą powoli…..może się doczekamy, może nie….to już nie nasz problem.

 

CasaMila.jpg

 

DziedziniecCasaMila.jpg

 Casa Mila w całej okazałości i jej dziedziniec…zdj z netu

 

Tak więc reasumując namieszałam tu dużo cukru, soli i pieprzu . Czy potrawa smakuje ?

Pewnie nie, ale przynajmniej było inaczej…..

A tymczasem mój nadbużański las pachnie cudnie po pierwszych letnich deszczach, bo wszak już mamy lato, ziemia oddycha pełną piersią, zadowolona jest moja fasolka zielona jeszcze liściasta tylko na grządkach, pan kukuł kuka jak szalony , bo jak wiadomo tylko on a nie ona wydaje te typowe dźwięki by zauroczyć jakąś narzeczoną czy potencjalną matkę jego dzieci…dzień wyraźniej krótszy…..telewizor z jakiegoś powodu nie odbiera, więc pełen relaks, oddech od wieści ze złego świata….tylko łagodność, dobro, urok i uśmiech….miłego dnia Wszystkim ..

 

 

 

 

Chaotycznie opowiedziana historia o…..

 

P5021582.JPG

Zdj, własne. Niebo nad Skalitem ….

 

 

Chaotycznie opowiedziana historia o…

 

Nazywał się pan ….

Długo się wahałam, czy podać jego nazwisko

Ale wreszcie postanowiłam

najpierw że tak

a potem że nie

pozostało więc to Nie

On już dawno nie żyje

Gdy czytam w publikatorach

Że nie żyje

Obojętność

 

Dobrze pamiętam

Tę niewielką postać

Blondynek łysiejący chyba

Zdolny bardzo i zasłużony dla miasta ponoć

Aż chcieli ulicę nazwać jego imieniem

 

A ja pamiętam jego dłoń

Zły dotyk

Taki na całe życie

I można powiedzieć

Że potężniejący w miarę upływu lat

 

Bo wtedy miałam może 12 lat

I niczego nie wiedziałam o świecie

Naiwna zachwycona magią nagle odsłoniętych strun i młoteczków

Naszego pianina

Na którym wygrywałam co się dało

I najpierw tego nie lubiłam

Tak dalece

Że przesuwałam wskazówki zegarka

Który stał na pianinie

przyjechał z Mamą z wileńszczyzny

Wskazówki codziennie

Stopniowo po kilka minut

Do przodu

Aż z tego zrobiła się godzina

I Mama się zorientowała

Pewnie podpatrzyła

I była bura

I zegarek od tej pory

Nietknięty

 

I tylko ta ręka

Gdy stałam zauroczona obok

Wpatrzona w kamerton

Którym podawał dźwięk

By potem podkręcać odpowiednio

Strunę

Moja struna dotknięta

 dłonią

Która nagle po mojej lewej nodze

Spod kolana

Po tylnej części uda

Sunęła w górę

Aż pod majtki

 

Wtedy odskoczyłam

I uciekłam z tego miejsca czarownego

Nic nie wiedziałam o świecie

Bo miałam niespełna 12 lat

To były późne lata 50 ubiegłego wieku

I mój Gorzów

I to pozostało

A może dlatego że teraz się mówi

Albo i nie

Bo gdy się jeszcze nie mówiło

Nie wiadomo dlaczego nie chciałam

Dotyku obcych dłoni tam

Teraz wiem dlaczego

Dziecko molestowane tak ma

 

Potem zapomniałam

Pozornie

Chłopakowi który chciał więcej

Nie umiałam powiedzieć

Bo może nawet nie wiedziałam

dlaczego

Bo wtedy się o tym nie mówiło

Kręciłam zmyślałam

Płakałam nawet

Aż poszedł szukać swojego szczęścia

gdzie indziej

i

pewnie znalazł

a myślałam

że razem będziemy przenosić góry

w jednym zawodzie

przecież

 

Przełamałam się wreszcie

I zapomniałam na długie lata

I nawet zaczęłam grać na pianinie

Emocjonalnie

Burzliwie

Może żeby zagłuszyć

Tamto

A może

Tylko własną burzę

Dojrzewania uciszyć

 

Ale on ten blondynek

Ze złą dłonią

Czy brudnym sercem

Czy wreszcie beztroską

Jakąś niezrozumiałą

był zawsze przy mnie

no nie zawsze

bo czasami nie

 

wrócił przed laty

ten zły dotyk wrócił

bez emocji

nie nieprawda

bo z wstrętem

i oburzeniem

jak można

tak

dotykać dziecko

 

tego nikt nie wie

i nikt nie odpowie

jak można…

 

P6050064.JPG

 

mam 6 lat, zdj Taty z albumu rodzinnego

Zdjęcie-0667.jpg

10 lat mam , zdj Taty

 

budzik Babci Stefy1.JPG

 Budzik przywieziony przez Mamę z wileńszczyzny. Teraz u naszej córki, zdj własne.

Niemy świadek tamtego czasu….

 

 

 

 

 

” Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej”

Pod  tutejszym wpisem sprzed kilku dni  zatytułowanym  „Rozmowa” wielu moich przyjaciół zamieściło swoje opinie , zwykle wspierające, które dodały mi sił i spowodowały, że  odzyskałam radość życia. Dzięki Kochani.

W jednym z komentarzy Grażyna tak  napisała: „ dlaczego sam mądrala nie pisze…”

Wtedy się odezwał Sylm, mój Rozmówca. Pewnie nie wytrzymał, albo dopiero zajrzał do blogu.

I oto wczoraj  znalazłam taki oto Jego komentarz:

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.
Sylm”

„Te rozmowy to ze mną. Codzienne, w słońcu i na mrozie. A kiedyś „mądrala” też napisał. Coś o jakimś letnim. Podobno tekst się jakimś cudem uchował. Może Zosineczka zamieści. Pozdrawiam blogerkę i jej wiernych czytelników.

Sylm”

Odpisuję więc tutaj :

Zosineczka dziękuje za pozdrowienia i za chwilę  zamieści  to, co uratowała przed zagładą.

Pewnie Sylmie ( mój znakomity i bardzo mi bliski kolego z LO) chciałeś udowodnić, że nie tylko jesteś „ mądralą” ale masz całkiem dobre pióro. Wielka szkoda, że nie dajesz się namówić do dalszego pisania. Ale cóż, podobnie jak poglądów, czy odczuć narzucić komuś  pisania się nie da. Po prostu nie i już…..

 

Ale po kolei.       

   W  2008 a może 2009 roku dowiedziałam się, że istnieje portal MM- moje miasto- Gorzów. Odezwały się dawne sentymenty do miasta w którym się urodziłam i dojrzewałam. Najpierw ostrożnie tam zaglądałam, by się zorientować o czym ludzie piszą. Okazało się, że jest fajnie, czasami przytulnie, czasami bojowo. Można było zamieszczać różne teksty, niekoniecznie  związane z Gorzowem. Po prostu każdy pisał jak chciał i co chciał ( oczywiście w ramach przyzwoitości i pod kontrolą profesjonalnych redaktorów). Powstawała miła historia ludzkich zainteresować umiejętności „ literackich”, etc. Tym chętniej przystąpiłam  do grupy piszącej i komentującej.        

    W pewnym momencie na naszym gwiaździstym MM kowym firmamencie pojawiał się nowy obiekt. Od razu wzbudził wielkie zainteresowanie czytelników i komentatorów oraz nadzieje, że będzie pisał dalej. Ale nie miał ochoty. No cóż, znane są w historii literatury osoby, które błysnęły tylko jedną powieścią, a potem zamilkły. Jak np. E.J. Bronte  i jej „Wichrowe wzgórza”….:)

 

Niestety po pewnym czasie zmieniono nazwę i formułę portalu . Stał się zwykłym, jakich wiele, portalem informacyjnym i dla nas już nie było tam miejsca.

O planowanej zmianie uczciwie nas poinformowano , można było się powtórnie zalogować. Ale i tak większość naszych „ artykułów” uleciała w niebyt.

Udało mi się skopiować kilka ciekawszych, i dzięki temu przedłużyłam im życie, chociaż ukryte w moim komputerze.

I pozostali mi przyjaciele z tamtych czasów, wartość nad wartościami. …

 

To tyle tytułem wstępu.

 

A teraz przyszła pora na  uratowany od zagłady tekst Sylma, wspomnianej  MM kowej gwiazdy…Zapraszam więc do czytania….

 Letnia.JPG

Gorzów,nasza Letnia trwa….zdjęcie własne z 2008 roku

 

 

 

6.10.2009 MM G.

 

„ Letni tryptyk czyli wspomnienie z Letniej

 

 

Czerwiec 1968.

 

Słoneczny dzień. Siedzę w Letniej i czekam. Na Nią. Zwykle umawialiśmy się w Nowej, dziś chciała w Letniej. Nie zastanawiam się dlaczego.

 

Już widzę jak nadchodzi. Śliczna w jasnej sukience. Pewnie moja. Trzy miesiące wcześniej, w Wielkanoc wszystko jej powiedziałem. Nie usłyszałem „nie”.

 

Już jest. Powitanie, siadamy. Brzydki stolik pospawany z stalowych prętów z mozaikowym blatem, równie ohydne krzesełko. Co tam, ważne, że już jest, że przyszła. Przed nami trzy miesiące wakacji. Będzie dobrze.

 

Cóż to? Na palcu złoty krążek. Obrączka. Skąd? Dlaczego nie powiedziała, że to już niedługo?

Jeszcze próbujemy rozmawiać. Głupie pytania, głupie odpowiedzi. Bez sensu. Nie ma już ŁU., jest KONO.

Wychodzimy. Każde z nas idzie w innym kierunku, do swojego życia. Na długo.

 

1968–2008.

 

Przez wiele lat nie wchodzę do Letniej. Jest jak bolący ząb, którego dotyka się językiem, żeby przekonać się czy jeszcze boli. Spoglądam przez szyby, czy na lewo od wejścia stoi jeszcze ten stolik, świadek tamtego zdarzenia sprzed lat.

Długo stał. Czasy się zmieniały, a on trwał. Wreszcie zniknął. Wtedy wszedłem i zamówiłem wódkę.

 

Czerwiec 2008.

 

Stoimy przed wejściem do Letniej. Przyjechała po latach do Gorzowa .Już nie pasuje do nas określenie „ludzie w średnim wieku”. Ten etap za nami. Letnia to punkt, z którego przed 40 laty wyruszyliśmy do dorosłego życia. Koło się zamknęło.

 

Jest wczesne popołudnie. Ponury deszczowy dzień. Na tarasie gwarno. Piwo leje się strumieniami. Małozębne pani uwodzą podobnych do nich panów. Uwiedziony stawia piwo, kupuje papierosy.

 

Chcę wejść do środka, na lewo tam, gdzie był tamten stolik, którego już nie ma. Nie chce.. Pewnie, Letnia to nie La Bocca. „

 

 

I jeszcze mój ulubiony  komentarz, jeden z wielu  :

Dobre bo osobiste, opowiedzianą historię każdy może przełożyć emocjonalnie na własne doświadczenia „sercowe” a wiadomo nic nie przejmuję jak coś co się samemu doświadczyło. Prawdopodobnie każdy ma taki swój stolik i swoją „Letnią”. Będąc praktycznie od zawsze mieszkańcem Gorzowa (z kilkuletnią przerwą) mam dużo miejsc, które powodują u mnie szczególne emocje i mieszanki odczuć, człowiek to nie tylko ciało, nie tylko teraźniejszość, to strasznie zawiła mieszanka wspomnień i różnych uczuć – o tym przypomina nam autor. Idąc przez miasto spoglądam, tu była kiedyś moja szkoła, tu całymi popołudniami kapaliśmy z kolegami piłkę, a tu z mamą nauczycielka szedłem na lody po pochodzie 1-wszo majowym. To już nie te miejsca, ale wspomnienia jakże żywe.

Pozdrawiam,
Muminek

Piramidy i Gorzów.

Kochani moi.

Na chwilę przerywam listopadowe ckliwości a także lęki o naszą kulę ziemską .

By zmienić nastrój  chcę Was zaprosić do innego świata.

Świata fikcji a może prawdy . Można mieć wątpliwości jak jest ale miło wierzyć że jest to drugie. Przefrunęłam wiele portali w necie i odkryłam, że wyznawców różnych kosmicznych teorii jest wielu.

Ale po kolei  , najpierw wstęp by wyjaśnić dlaczego dzisiaj  takie moje pisanie .

Otóż przed kilku laty, gdy jeszcze byłam Łuką i zamieszczałam  jakieś kawałki w nieistniejącym  portalu MM Gorzów, przyszedł do mnie ten temat.

Stało się to za sprawą jednego z komentatorów mojego artykułu o „ Szlaku Jedwabnym „ . Już nie pomnę w jakim kontekście, rzucił on, że jeszcze piramid w Gorzowie brakuje. Czy jakoś tak. Ów chyba bezrefleksyjny żarcik zasiał we mnie chęć rozwinięcia tematu. Po czym wystąpiło kiełkowanie w mojej głowie i wydałam taki „plon”.

Najpierw mój wewnętrzny imperatyw zmusił mnie  do szperania w necie, zebrania różnych wiadomości i wydania ” dzieła „ które będzie dalej przedstawione.

Niestety likwidatorzy tamtego portalu skasowali  tamte wpisy i to, co było najfajniejsze , ślady naszych potyczek słownych. Szkoda.

Czegóż nie było w tej naszej  MM-ce. Co pewien czas, po chwili spokoju następował  okres  kiedy to ludziska rozpoczynali kłótnie o sprawy nie zawsze merytorycznie ważne, rzucali mięsem  złośliwości, emocje szybowały w niebo, by potem osiadać spokojnie na płaskiej powierzchni naszego MM- kowego świata.  Wspominam tamte czasy z przyjemnością , ba, nawet czułością, zresztą jak wszystko to, co minęło i jest  niepowtarzalne .

Może przydługie te wyjaśnienia, ale tak mam. Zresztą mnie znacie.

Kończąc te wywody muszę nadmienić, że po przedstawieniu wiedzy zdobytej w necie, wrzuceniu własnych zdjęć piramid, doszłam do wniosku, że  wszystko jest możliwe-mój  Gorzów, w nim piramidy i mieszkańcy szukający tam ukojenia.

Wszystkie złe myśli a nawet postępki  zostaną złagodzone przez szczególną aurę  wnętrza piramid , skąd już tylko kontakt z kosmosem…i nastąpi kraina łagodności….

Przed piramidami i  Sfinksem w Gizie ( zdj. własne)

Piramidy i Gorzów

W 1976 roku sonda Viking wykonała serię zdjęć powierzchni Marsa. Znaleziono  kilka regularnych tworów przypominających piramidy.   Obiekty te są położone  na 30 stopniu szerokości geograficznej Marsa , prawie tak, jak egipskie piramidy w Gizie – dzielnicy Kairu   A ich układ   , podobnie jak egipskich , jest podporządkowany stałym liczbom- Pi i Fi . Czy to przypadek ?

Podobno  NASA celowo ukrywa  wiedzę o Marsie i piramidach . I dowiemy się o nich dopiero wtedy, gdy dotrzemy na tę planetę.

A czy tylko zwykłym zbiegiem okoliczności można nazwać fakt, że  słowo Kair w języku

Arabów celeutyckich oznacza Mars?

Niektórzy te informacje nazywają  piramidalnym zbiegiem okoliczności. Ale inni uważają  , że są piramidalną bzdurą. Nie wiadomo kto ma rację.

               Przenosimy się więc na naszą planetę, do Egiptu.

Na skraju wielkiego Kairu, w Gizie , w pobliżu Nilu znajdujemy ogromne piramidy.

Ponoć kiedyś były śnieżnobiałe alabastrem ze złotymi wierzchołkami  .

To Wielka Piramida Cheopsa ( wys 147 m , podstawa boku 227 m) , Chefrena (wys 138m) i Mykerinosa ( wys 62m). Zbudowano je w 2560 r.p.n.e.

       Są położone  w zadziwiającej harmonii z układem gwiezdnym i  zbudowane jakby wg jakiegoś nieziemskiego planu , zachowując tzw. złotą proporcję.

      Egipcjanie zostawili nam hieroglifowe zapisy każdej dziedziny życia swojej 3000 letniej historii. Zadziwiające , że nie ma tam wzmianki o tych piramidach . Dlaczego o nich nie pisano ? Tego nikt nie wie…..

        Na  Ziemi  , wielu miejscach  znajdujemy piramidy. Na mapie świata układają się one  w łańcuch opasujący naszą planetę.

W Sakkarze, niedaleko Kairu jest schodkowa Piramida Dżesera ( z 2650 r.p. n..e); inna egipska piramida  w formie tzw łamanej ,  znajduje się Dahszur .

    Piramidy są w Sudanie ( z VI- IV w.p.n.e)

    W Iraku pozostały piramidy z okresu  niezwykłej cywilizacji Sumerów sprzed 6000 lat .

     W Chinach jest niedostępna dla zwiedzających , Biała Piramida  zachowująca tzw . złotą proporcję charakterystyczną dla piramid Egipskich .

     Piramidy  znajdujemy w Indonezji .

     Piękne schodkowe piramidy, zbudowane przez Majów w IV wieku p.n.e. i później przez Azteków możemy oglądać  w Ameryce  Południowej i Środkowej – na terenie Meksyku,  Boliwii i Peru . Niedawno znaleziono piramidę na dnie jeziora Titicaca w Peru.

                 Zainteresowanie piramidami jest na całym świecie duże. Organizowane są wielkie wyprawy w okolice, np. Bośni , do Włoch  gdzie szczególny kształt terenu lub twory skalne mogą przypominać piramidy. Te tereny są chętnie odwiedzane przez turystów

         Wierząc w magiczną  moc piramid , budowano  je w różnych okresach historycznych na terenie Polski . Jest ich kilka :

  • Słynna Piramida w Rapie (z 1811r)  jest  grobowcem  pruskiego rodu von Fahrenheit   zaprojektowana przez duńskiego rzeźbiarza Thorvaldsena.
  • Piramida w Lipie, z 1200 roku , jest   częścią  średniowiecznego zamku templariuszy . Prawdopodobnie było tam obserwatorium astronomiczne.
  • W Krynicy , samotnie na wzgórzu  stoi piramida zwana  Wieżą Ariańską. Tam   pochowano  arianina, ponieważ nie  wolno było na cmentarzu.
  • Możemy obejrzeć piramidy  w Zagórzanach, Poźrzadle , Burdzach , Łaziskach, Karczewie, Międzybrodziu , Rożnowie.

                            Ale  dlaczego jeszcze  nie ma  piramid w  Gorzowie ?

Przecież piramida jest miejscem gdzie od wieków  panowały  niezbadane siły .

Nadal nie wiadomo dlaczego , w komorach grobowych starych piramid  nie mumifikowały się  ani nie ulegały rozkładowi umieszczone tam ciała zmarłych .

A niedawne doświadczenia wykazały, że umieszczane tam zużyte żyletki ulegały wyostrzeniu.

      Jak twierdzą niektórzy,  w piramidach gromadzona jest energia z kosmosu a potem przekazywana znajdującym się tam ludziom .

Przebywanie w piramidzie może być jedną z alternatywnych terapii XXI wieku .

 Może więc  któregoś dnia  o świcie ,  hen za Kanałem Ulgi ,  zobaczymy  lśniące  białą  lub złotą poświatą  dziwne budowle.

Harmonijnie zbudowane wielkie ostrosłupy.

To na pewno będą piramidy  przeniesione do Gorzowa z kosmosu.

Kto zechce , może tam pójść.

Różni ludzie wybiorą różne piramidy. Odpowiednie dla nich .

W ich wnętrzu rozsiądziemy się wygodnie.

I  będziemy czerpać równowagę , kosmiczny spokój i siłę…….

 Zmienimy się i pozostaniemy  młodzi , piękni  i łagodni 🙂

Kair w dole.  Zdj. własne.

 

Oczekiwanie

Leonardo_da_Vinci_-_AnnunciazioneZwiastowanie.jpg

Zwiastowanie. Ponoć pierwszy obraz Leonardo da Vinci (1472-75)

 

 

Jeszcze Matka Boska jest w ciąży. Zadziwiająco ludzkiej jak na niepojęte Niepokalane Poczęcie. Od ponad 30 lat  wiem co czuła czekając na poród. Miałam tak cztery razy. I radość że dziecko porusza się w łonie i oczekiwanie na poród pomimo wiedzy o mającym nadejść bólu. Bo najważniejsze było spełnienie macierzyństwa. Przytulenie do pachnącego mlekiem oseska. Na krótko tylko , bo potem przychodziły problemy o których się nie myśli. Wtedy tylko przytulenie…..

Wybaczcie tę dygresję i niejaką butę porównania z tym co czuła Maryja. Może to nawet świętokradztwo. Mam nadzieję, że niebiosa w swojej łaskawości mi wybaczą.

Zwiastowanie pięknie przedstawił Leonardo da Vinci na swoim chyba pierwszym obrazie. Maryja na nim już raczej brzemienna dowiaduje się, że urodzi Boże Dziecię ….prawda to, czy legenda. Nieważne. Wiara to nie wiedza udowodniona, namacalna. Tajemne piękno wiary….

Dzisiaj jest taka pora Oczekiwania, czyli Adwentu. Jak co roku.

Lubię te krótkie  dni. Gdy  jesień zmęczona swoim złotym szałem zasypia.

Wtedy otulona ciemnością bezpiecznie przytulam się do świata. Nie jest już tak  jaskrawy, wyrazisty, drapieżny. Wydaje się daleko i właściwie jakby nie istnieje. I wtapiają się w mroczne tło wszystkie równie mroczne problemy. Polityka, rozmyślania co nas czeka i takie inne podniety zamierają. Jest ciepło i cicho.

     Pomaga mi w tym zapomnieniu codzienności powrót do obrazów i zapachów dzieciństwa.

I jestem w moim Gorzowie, gdzie przyszłam na świat. Właśnie nadchodzi tak jak teraz- Adwent. Piękna to i tajemna nazwa zaczerpnięta z łaciny. Oznacza zbliżanie się. Uwielbiam oczekiwanie, zawsze, do dziś. Jest ciekawsze i piękniejsze niż spełnienie. I dotyczy to nie tylko ważnych wydarzeń życiowych ale też zwykłych np. wycieczek. Te przygotowania, skupienia, wybory wciągają, pochłaniają myślenie. I zanim dojdzie do realizacji jest czas oczekiwania z możliwością  zmiany decyzji. Czyli istnieje wybór. A wybór to wolność. Potem przychodzi to, na co się czekało. I wtedy wszystko jest dokonane i jednoznaczne. Tak, zdecydowanie bardziej lubię oczekiwanie….Odbiegłam od tematu. A ta dygresja oczywiście nie dotyczy spełnienia macierzyństwa.Bo tego nie planowałam, nie dokonywałam wyborów, przyjmowałam z radością pomieszaną z pokorą….

I kiedyś dzieciństwo . Urok oczekiwania. Właśnie Adwent . Dziś już spowszedniały przez ponad półwieczne powtarzanie, chociaż stale miły. Adwent to roraty. Nie zwykła msza poranna, a właśnie patetyczna przez niezrozumienie  nazwa roraty. Potem będzie  wybuch Bożego Narodzenia. Radość przygotowań, zapach ciasta w domu, choinka ozdoby na niej, prezenty, żłobek i w nim mały Jezus  dopiero co urodzony… …Ale wtedy, w moim Gorzowie, gdy mam może 7 lat o tym nie myślę. W ogóle dzieci chyba mniej myślą o przyszłości, zastanawiam się dziś….

i  mam te 7 czy 8 lat gdy nadchodzi adwent i  wybieram się z naszego poprzedniego mieszkania przy ul. Kosynierów Gdyńskich na roraty. Chcę zmierzyć się z tą dziwną ostrą tajemną nazwą, tej mszy ciemnością i porannym dygotem wynikającym z wydobycia się spod ciepłej kołdry. Tak jak postanawiam, idę sama, odrzucając propozycję Mamy, że weźmie za rękę i pójdziemy razem. Nie chcę. Chcę sama. Pewnie taka zosiasamosia była ze mnie, myślę teraz. Ale może dzieci tak mają, tylko lęk dorosłych hamuje ich inicjatywę, właściwie podcina skrzydła. Mama pozwala bym poszła sama, tak jak na upragniony wyjazd kolonijny gdy miałam 6 lat. Wtedy też oznajmiła, że nie odbiorą w razie tęsknoty , ba, nawet nie odwiedzą. Oczywiście pojechałam i było super. Dziś trudno pojąć, że Mama się wtedy  godzi na moją samotną wyprawę do kościoła.  Przecież jestem ich późnym powojennym dzieckiem, wymarzoną córeczką Taty. To dzisiaj raczej niewyobrażalne by małe dziecko samo wyruszało w miasto. Chyba tamte czasy były jakoś bezpieczniejsze….a może były też niebezpieczne, ale wieści nie docierały tak szybko, bo przecież tylko radio, jakieś gazety o internecie nikt nawet nie myślał….

Opuszczam więc nasze mieszkanie przy ul Kosynierów Gdyńskich i zanurzam się w ciemność swojej uliczki odmierzając kroki na dużych granitowych płytach chodnikowych , potem skręcam w lewo gdzie ulica szeroka, wtedy zwana Wandy Wasilewskiej a teraz Sikorskiego. To nic, że nazwa ulicy stała się niepoprawna politycznie, ja jeszcze tego nie wiem. To nastąpi potem. Zbliżam się do wejścia do Parku Wiosny Ludów. W jego czeluści czarne parkowe drzewa wyciągają ku niebu nagie konary strasząc dziewczynkę. Ale się nie daję,  przekraczam mostek na szumną gorzowską rzeczką Kłodawką, z posadowioną na palach  wielką stodolastą kawiarnią  Wenecją zwaną. A potem przemykam pod ocalałymi z pożogi wojennej domami, nie patrząc na to, co po prawej. Bo po prawej mroczne ruiny spalonych kamienic. Ten pejzaż jest zwykły. Po prostu tak jest i tyle. Urodziłam się w takim mieście. Wszystko było zastane i dla nas, dzieci normalne.

Idąc tą pustą o świcie i wyczernioną krótkim późnojesiennym dniem ulicę nie myślę  o tym, że domy po jej prawej stronie zostały spalone dwa tygodnie po „ wyzwoleniu” przez sowieckich żołdaków. Nie myślę o tym, bo jestem za mała, by wiedzieć czy tym się interesować .

Jestem też za mała by zderzać się z wyobrażeniem, że tu wszędzie unoszą się duchy. Duchy dawnych mieszkańców, Niemców wypędzonych po II wojnie światowej, bo ich zwyrodniali władcy nabroili. Nie tylko władcy, oni nabroili gdy wznosili ręce w nazistowskim powitaniu i maszerowali ulicami tego miasta w zwartych szeregach Hitlerjugend w takt znanego marszu Landsberskiego kompozytora Carla Teitke..

Tak więc korzystam z niewinności, nieświadomości dziecięcej i brną szeroką czarną ulicą do Katedry. Już widzę zarys jej XIV wiecznego cielska z  wieżą przypominającą hełm jednookiego woja. Jest straszna, ale wiem, że tam , w jej wnętrzu czekają światła świec i  zapachy słodkie kadzideł  i ludziska już tam zmierzają po nadzieję na lepszy czas…Adwent, roraty to nazwy romantyczne, melodyjne nieznane wtedy tajemne . Ksiądz cały w fioletach intonuje po łacinie, bo wtedy tylko łaciny używa, „rorate cæli desuper”.  A potem śpiew narodu do nieba się wznosi, ludzie  śpiewają to samo , ale już po polsku –

                   „ Niebiosa, rosę spuście nam z góry;
                    Sprawiedliwego wylejcie, chmury.
                    O wstrzymaj, wstrzymaj Twoje zagniewanie
                    I grzechów naszych zapomnij już, Panie!….”

I zapalają się świece, każdy zapala i staje się jasność.

Wonna w mroku, pierwsza ,  jak wtedy wszystko …..

 

 

stare10.jpg

Tak było w latach 50 ubiegłego wieku, gdy miałam te kilka lat . Szłam do tej Katedry na roraty , a po prawej stronie ulicy straszyły ruiny niemieckich domów spalonych przez sowietów 2 tygodnie po ” wyzwoleniu”

 

 

Zdjęcie-0819.jpg

 

Gdy miałam 18 lat byłam już studentką AM w Poznaniu. Wtedy zostałam matką chrzestną córki kuzyna, Witka ( tego urodzonego na Syberii), Małgosi Łukaszewicz. Ojcem chrzestnym był brat Kazi, żony Witka. Małgosia  jest lekarzem w Australii. Lubię to zdjęcie. Powaga czułość i radość na naszych twarzach. Tylko skupienie na tym maleństwie. Bez myślenia co nas czeka. I dobrze….

 

 

przed porodem Justyny,IX.69.jpg

 Trzy lata później moje Oczekiwanie. Cud macierzyństwa. Bo dziecko to cud…Ostatni miesiąc ciąży z Justynką w brzuchu. Wtedy nie było USG, płeć dziecka nie była znana przed porodem….dużo się zmieniło….dzieci wyrosły, mają swoje życie. A nam zostają zdjęcia i przywołane nimi wspomnienia….magia….

      .   

Gorzów, Landsberg, ludzie we mgle…..

 

 

P1060002.JPG

Pani prezes Naszej Chaty a za nią podąża jej grupa wędrowców….goniu, mniemam, że wyrażasz zgodę na zamieszczenie tu tego zdjęcia….

 

koszry i katedra.JPG

Panorama Gorzowa, po lewej czerwony dach moich koszar. Widok z sąsiedniego wzgórza położonego na zachód od miasta.Od tej strony, chociaż nieco bliższej nadchodzi gonia. ( moje zdj z 2009 r.)

P1202192.JPG

Ze zbiorów michałowickiego minimuzeum Gorzowa ( eksponaty od goni i przez nią podpisane). Kamienie z dziedzińca koszarowego, gdzie dociera gonia ze swojego domu idąc na zbiórkę  turystycznej grupy- Naszej Chaty. Droga wiedzie zboczem wzgórza, magicznymi schodami i dalej w dół, pod pomnik Mickiewicza….

 

 

 

Jak opowiadałam przedtem, właśnie przebywam na emigracji wewnętrznej i dzięki temu swobodnie krążę po moim Gorzowie. Nikt mnie nie ogranicza, nie narzuca swoich  poglądów ani nie straszy przyszłością.  Jest pięknie tu, w krainie wiecznego dzieciństwa. Zapraszam do niej przyjaciół, spotykam dobrych znajomych. Spotykam tych, których lubię,

Oto pojawia się na horyzoncie gonia, widzę jej niewielką sylwetkę , wiatr figluje w jej świetlistych blond włoskach. Ofiarował  tę przyjaźń los, kierując mnie przed laty do portalu MM Gorzów, którego już nie ma, ale zostali dobrzy znajomi, których nigdy bym nie poznała, chociażby z  powodu różnicy wieku.

Gonia mieszka nieopodal mojej dawnej ulicy Orląt Lwowskich, ale za koszarowym wzgórzem. I dzisiaj lekka niczym ptak zbiega z niego jak co tydzień pod pomnik Mickiewicza, by spotkać się ze  grupą klubu Naszej Chaty , której jest prezesem i potem wędrować podgorzowskimi wzgórzami,  podziwiać urodę licznych  jezior pozostawionych przez lodowiec, zielonookich obramowanych rzęsami lasów……jak zwykle ma przy sobie aparat fotograficzny i potem wysyła mi zdjęcia. Wie jakie lubię, szczególnie smakowite są te na których  utrwala moje ukochane gorzowskie kąty . Zatrzymuje się na szczycie wzgórza pod dawnymi koszarami, gdzie teraz Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa.

Szkoła? Teraz jest tam jednak szkoła?

Tu się zatrzymuję i cofam w czasie. Bo wyczytałam w necie, że dawny burmistrz Landsberga ( obecnego Gorzowa) , Otto Gerloff, który sprawował swoją funkcję bardzo długo, bo w okresie 1915-1943 r.  proponował, by w latach 30 ubiegłego wieku na tym wzgórzu  wybudować właśnie szkołę. Jednak pomysł storpedowali nauczyciele, lękając się, że wiejące tu silne wiatry będą powodowały przeziębienia dzieciaków. Zabawne, prawda? Kto teraz tym się martwi? Na michałowickiej szkole strzelają w niebo jakieś masywne anteny przekaźnikowe i dzieciaki są osaczane niewidzialnymi ale na pewno wysoce szkodliwymi falami. Nikt się tym nie przejmuje….. jestem starej daty i widząc to, cierpnie mi skóra. Ale może przesadzam…..

Kończę tę dygresję, którą na pewno mi wybaczycie i wracam do Gorzowa .

Widzę jak gonia znajduje kamienie z właśnie rozbieranego dziedzińca koszarowego. Taszczy w plecaku i przywozi do mojego michałowickiego domku, gdzie tworzy minimuzeum gorzowskie. Na każdym litera k- co oznacza koszary. Widzę jak starannie  podpisuje …..

Gdy dzisiaj oglądam sobie  te kamienie nagle słyszę chichot. Rozglądam się, ale nikogo nie ma w domu.

I czuję, że znowu jestem w Gorzowie a właściwie w niemieckim Landsbergu. Są lata 30 ubiegłego wieku.

Z przyjemnością czytam to, co pisze Dariusz Barański w Gazeta. Gorzów cytując  zapiski Gerloffa ….

”  Landsberg, czyli nasz późniejszy Gorzów był miastem pięknym i wesołym. Stacjonowały tam liczne niemieckie wojska…”

„ Kiedyś do miasta przyjechał Erwin von Witzleben razem ze sztabem oficerów. Gościł na ratuszu i od początku miał dobre nastawienie do Landsberga. Jak sam opowiadał, przejeżdżał kiedyś przez miasto podczas manewrów i jego frankfurcki 8. pułk został bardzo serdecznie przyjęty przez mieszkańców, a gospodarz Piwnicy Rajców w podziemiach Sparkasse (dzisiejszy Urząd Miejski) przywitał go ze srebrnym kielichem wybornego wina. Powiedział sobie wtedy: ” Gdy tylko będę mógł o tym decydować, pierwszym miastem, które otrzyma garnizon, będzie właśnie Landsberg – miasto przyjazne”.

Gdy  von Witzleben został feldmarszałkiem, mógł urzeczywistnić tamto postanowienie. Nowe koszary miały powstać nieopodal starych. Ale wieloletni burmistrz Landsberga- Otto Gerloff miał inny plan lokalizacji. Gdy upadł pomysł wybudowania szkoły w jego ulubionym  miejscu na wzgórzu, wymyślił by tu posadowić nowe koszary.

      Właśnie dzisiaj na to landsberskie, jeszcze wtedy nagie wzgórze wieloletni burmistrz miasta- prawnik, historyk i regionalista w jednym-   Otto Gerloff   przywiódł  niemieckiego feldmarszałka- Erwina von Witzleben . I to oni chichoczą …

 „ jadąc na to wzgórze, przypomniał sobie opowieść o diable, który prowadzi na wysoką górę, by pokazać piękno tej ziemi”…….

”- Generał ujrzał na górze spory teren z pięknym widokiem na dolinę Warty.

Wróciliśmy bez słowa i dwa dni później dostałem list, że wojsko rezygnuje z rozbudowy starych koszar i dla dwóch batalionów będzie budować nowe nad Lugestraße ( obecnie Orląt Lwowskich )- wspominał burmistrz……i stało się. :

   To tyle na temat historii . I oglądam pocztówkę ze zdjęciem koszar z tego okresu ( Niemcy lubili pocztówki, na których dokumentowali najpiękniejsze widoki miasta, jest ich wielkie mnóstwo, na wielu są ludzie w strojach z epoki- cudne- żal, że teraz już tylko maile….). W koszarowych oknach piękne kwiaty  i hitlerowskie znaki nad wejściem…

A przecież i Gerloff i feldmarszałek pomimo tego, że byli aktywni i zajmowali ważne stanowiska w Rzeszy , byli przeciwni nazizmowi:  

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” . Ta struna fortepianowa mnie prześladuje, cóż za pomysł…..wyrafinowany, chyba długa śmierć, bo nie dochodzi do szybkiego przerwania rdzenia. I skojarzenie z tym narodem który kochał muzykę….brrr……..

Patrzę na zdjęcie burmistrza Landsberga- Otto Gerloffa.  Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do odejścia z urzędu . 1 grudnia 1943 roku  przestał być burmistrzem miasta . Później osiadł w Aschau Am Chiemsee (Niemcy), gdzie zmarł w 1956 roku.

Takie losy, ludzkie losy….dobrze, że człek nie zna przyszłości. Może żyć normalnie, nawet cieszyć się życiem. Tak, cieszyć się życiem, dopóki trwa…..

Ale dzisiaj jeszcze tamci  nie wiedzą co będzie dalej, nawet chyba nie myślą , najpierw chichoczą stojąc na nagim jeszcze wzgórzu, potem patrzą w dal gdzie połysk szerokiej Warty w  zielonej kwietnej  dolinie. I milczą zachwyceni…..

Gonia właśnie zatrzymuje się w tym miejscu gdzie stali, a teraz byłe koszary. Wyjmuje aparat, robi zdjęcia, potem  wysyła. Dzięki goniu, mówię…..

Mgła otula dolinę Warty, widać tylko piękne elementy, najbliższe………magiczne….mgliste…..tylko mgła……mgła otula horyzont i tamten czas….

koszary.jpg

 

Koszary w 1935 r, nazistowskie oznaczenia i kwiaty w oknach….stara pocztówka z Landsberga

 

Erwin vinWitzleben przed sądem po zamach na hitlera 1944.jpg

Erwin von Witzleben „ Brał udział w zamachu 20 lipca( rok 1944, zamach na Hitlera-moje uzup.) , zatrzymany przez Gestapo, wydalony z Wehrmachtu , 7 sierpnia postawiony przed Trybunałem Ludowym i skazany na śmierć. Celem upokorzenia go przed wprowadzeniem na salę sądową, sędzia zagorzały nazista, nakazał  mu oddać pasek od spodni i szelki. Tak więc składając wyjaśnienia przed sądem, oskarżony musiał przytrzymywać spodnie rękami, co uwidoczniono na zdjęciu, które pozwoliłam sobie skopiować i tu zamieścić. Otrzymał karę śmierci. Wyrok wykonano 8 sierpnia 1944 r poprzez powieszenie na strunie fortepianowej” .

gerloff_otto.jpg

Otto Gerloff, burmistrz Landsberga w latach 1915-1943 r. Ładna twarz, musiała się podobać mieszkańcom, ale najważniejsze, że miał romantyczną duszę,  wyobraźnię i skuteczność. W latach kiedy rządził miastem wybudowano wiele obiektów przydatnych i malowniczych. Pisał o swoim mieście, wspominał . Naziści, których nienawidził, zmusili go do ustąpienia ze stanowiska/ Oba zdjęcia z wikipedii

101_3542_1280x960.jpg

Ozdobna barierka oddzielająca dawne koszary od stoku wzgórza . Nie ma już mojej kosodrzewiny, ale mgła jak kiedyś……Zdjęcie od goni.

101_3543_1280x960.jpg

 I widok w dół gdzie we mgle ulica  Bohaterów Warszawy, opasująca wzgórze i dalej moja dawna  wtedy Nowotki, a teraz Orląt Lwowskich…moje kosodrzewiny już umarły, ale i tak jest pięknie…..zdjęcie od goni