Ostatnie śliwki tego roku…

Zamieszczam ponownie ten tekst   ( dla mnie to jest też opowieść o ludziach i o życiu – nie tylko o śliwkach ) na prośbę a raczej sugestię Eli,   Przyjaciółki blogowej  ( chyba kiedyś opiszę niezwykłą  historię naszej znajomości ) –  która wczoraj na WhatsAppie  napisała do mnie tak : 

” Bardzo piękny refleksyjny tekst. Może wróci do nowego ” Spojrzenia” ? Wielu czytając pewnie się zaduma nad nieuchronnym przemijaniem i jego akceptacją … dla nich bardzo trudną … „

Moi Rodzice …Stefania z d. Jakubiec i Wacław Łukaszewiczowie …1932 rok… Wilno

 

Wrzesień 1, 2012 przez Zofia Konopielko

Bardzo lubiłam  późne jesienne śliwki. Dziwiłam się, że ich słodycz narastała z  wiekiem , a najsmaczniejsze były te brzydkie i  zupełnie pomarszczone..

Łączyła nas  tajemnica  wspólnej jesiennej pory urodzenia ,   delikatny koloryt tych owoców utrwalony  na akwareli namalowanej przez ojca jeszcze w czasach wileńskich , ale najbardziej  ogrody.

Po tylu latach widzę, jak by to było zaledwie wczoraj, ogrody na gorzowskich wzgórzach .       Chodziliśmy tam pieszo , posłusznie dreptałam obok ojca , długo oglądaliśmy  konie  za dużym ogrodzeniem , prowadziły nas małe, kręte uliczki otoczone ładnymi niewielkimi domami . I nagle otwierała się wielka zielona przestrzeń. Zawsze witała  fragmentem nagiego piaszczystego zbocza , dla dziecka jawiącego się  jak ogromna  piaskownica spływająca w dół .W ogrodach królowały dorodne drzewa,  najczęściej śliwy. Ich owoce spadały na kolana siedzących na trawie…

Kiedyś usłyszałam, że te ogrody już odeszły w przeszłość. Wybudowano tam wielkie domy. Nie chciałam  wracać do mojego miasta .

Ale jak wiadomo, najlepszym lekarstwem  jest czas. Odważyłam się . Pomyślałam, że domy , to tylko jakiś  znak czasu, ale ludzie? Jacy ludzie zamieszkali w tym magicznym śliwkowym raju? Czy są inni, czy czują się inaczej wiedząc, że mieszkają w moim zaczarowanym miejscu .

Poszłam  o świcie, żeby zobaczyć jak tam , na moich dawnych działkach , budzi się dzień. Stałam nieruchomo na skraju wzgórza.

Mieszkańcy pojawiali się stopniowo. Najpierw powoli wyłaniali się starsi panowie, wyprowadzali   swoje  psy, niektórzy leniwie wciągali dym z zapalonych pospiesznie papierosów , inni człapali po schodach z siatka pełną świeżych bułek.

Po niewielkiej pauzie, gdy słońce już stawało się widoczne ,  wielu  młodych ludzi  zwinnie zbiegało w dół , skacząc po dwa lub trzy stopnie na raz w dół, zapinając po drodze kurtki. Słychać było głośno zatrzaskiwane drzwi samochodów , już pracowały silniki i po chwili zaczęła panować wielka ciepła cisza.

Pomyślałam dziecięco rozczarowana , że mieszkający w moim zaczarowanym podziałowym miejscu  ludzie są zwykli , tacy jak wszędzie….

Ale nagle usłyszałam odgłos otwieranego okna. Spojrzałam na górne piętra .W otwartym oknie stała starsza smukła kobieta .W wielkim już słońcu na chwilę zamigotały szklane tafle okna, potem rozbłysły złote refleksy  na jej siwych włosach. Stała długo i patrzyła przed siebie. Co widziała? Nigdy tego nie zgłębię, nie dowiem się.

I zrozumiałam, że widok za oknem wielkiego bloku stojącego na szczycie wzgórz , zajmującego przestrzeń moich działek , jest tak piękny że może dawać radość , siłę , wiarę i nadzieję  ….

Że  spoglądanie na miasto ,  na dolinę wielkiej rzeki u stóp może być większym przeżyciem niż smakowanie późnych jesiennych śliwek….

 

Wspomniana w tekście akwarela namalowana przez mojego Tatę – Wacława Łukaszewicza w 1932 roku w Wilnie. Przywieziona przez Mamę po wojnie ….. ocalała pomimo pożogi i transportu w bydlęcym wagonie ….

 

 

Tekst własny zamieszczony przed laty w portalu MM Gorzów pod nickiem Łuka

Komentarz :

Wiktor Rosiński ( wnuk)  

Październik 18, 2018 o 2:33 pm

Piękne

Cukier sól i pieprz w jednym ….

Cukier sól i pieprz w jednym

 

Kochani

Po poprzednim  smętnym wpisie, który jednak miał znaczenie „ oczyszczające”,  bo po prostu wyrzuciłam z siebie tamto złe wspomnienie, wracamy do chwil radosnych, bo szkoda życia na smutę….

Nagle przypomniał mi się ten tekst , napisany wtedy gdy byłam jeszcze młoda , rozżarzona dysputami w nieistniejącej już naszej MM- ce i być może nawet piękna. J . Oczywiście to gruba przesada, bo było to może z 7 lat temu, ale fajnie tak o sobie myśleć, prawda? Tamtego portalu już nie ma, komuś przeszkadzał, albo tylko beztrosko zmieniono formułę na zwykły informacyjny jakich wiele. Tam pisywaliśmy wszystko co nam przyszło do głowy, a więc też teksty które miały charakter „ literacki”. Literacki to może to zbyt duże słowo, więc nazwijmy to  tematami dowolnymi….

I właśnie tam zamieściłam ten zapomniany i zaginiony już tekst  pod nickiem Łuka , który był  skrótem od nazwiska panieńskiego które pewnie znacie….

        Wiem, że gonia, której zdjęcia przywiodły mi pomysł i stały się „inspiracją” do tego wpisu ,  już zagląda do komputera, więc może przeczyta i się uśmiechnie. Tak goniu , niezwykłe , oryginalne śmieszne  były te Twoje zdjęcia z mojego Gorzowa, świadczyły o Twojej fantazji i uśmiechu . Tak, Gorzów to miasto gdzie się urodziłam i dojrzewałam….Wrócił do mnie dzięki Tobie….dziękuję…

Tak więc zapraszam…uśmiechnijmy się….

To co powyżej napisałam wczoraj.

       A dzisiaj,   żeby było śmieszniej, dzisiaj świtem zajrzałam ot, tak sobie do netu, czy wyszukiwarka znajdzie zadany temat „ kamienice gorzowskie Gaudi” i ….znalazłam. Tekstu nie ma, ale za to „ wisi” Forum Gazety Lubuskiej z maja 2010 roku.  

Jak bardzo się różnimy w tej naszej ukochanej Ojczyźnie. Gdzież nam np. do bliskich sąsiadów Czechów chociażby….

Może ten pseudoartykuł w niewinnej MM-ce  był efektem mojej „ głupawki”, zamieszczonej przeze mnie w fajnej wtedy kategorii, którą utworzyła redakcja a zatytułowanej  „ Uśmiechnij się „.  ale i nawet „ głupawka” może być powodem do swoistej „ odskoczni” od śmiertelnie poważnego kamiennego dookolnego świata, do świata pogody ducha,  relaksu a czasem nawet uśmiechu choćby z politowania ….wszak uśmiech ma wagę złota….

 „Boki zrywać „ pozostaje…..

A oto wszystkie zachowane komentarze zamieszczone na Forum Gazety Lubuskiej  które wisi w necie , wypisane jak widać w  „ 05 maj 2010 – 12:49 „ , które skopiowałam w całości.

Maker

bardziej idiotycznej wiadomości dawno nie czytałem…

Kolejne pierdoły z MM?

G- man

Rozumiem że tzw „dziennikarze obywatelscy” są tańsi w utrzymaniu, ale są to rzeczy do omówienia w osiedlowym sklepiku a nie regionalnej gazecie

 Socjolog

zgadzam się z poprzednikiem, wy tym ludziom chyba nie płacicie, oni muszą wam dopłacać za te głupoty bo inaczej byście ich tu nie pokazywali, to jedyne wytłumaczenie

 – Gość-

TAK TAK A CHROBREGO TO LA RAMBLA! A GDYBY TAK ŁUKA NAWIĄZAŁA KONTAKT Z ROZUMEM! WARTO SPRÓBOWAĆ

 Gonia

Wszyscy tak śmiertelnie poważni, nie zauważyliście , że artykuł pisany był w kategorii – uśmiechnij się -? Widać uśmiech, to coś dla Was nieznanego…

 -he He –

Co za pierdołu !
dziennikarze z lubuskiej nie sa zdolni do mentalnej akceptacji fonntanny a piszą o Gaudim.
Panie i panowie z lubuskiej : Gaudi i jego futurystyczny i nowatorski styl architektoniczny gdyby był realizowany w gorzówku to wasze artykuły odsadzały by go od czci i rozumu. Wy nie możecie skumać Dominanty, fontanny a chcecie skumać domy/budowle bez kątów i rogów ?
Nie silcie się na inteligencje bo dostamniecie przepukliny !

 

Koniec komentarzy. Non comment….mili moi….

 

Dzięki temu, że co u mnie dziwne, zapobiegliwie skopiowałam ten niby artykuł, gdyż lojalnie uprzedzono nas, że wszystko zostanie wycięte po zlikwidowaniu MM- Gorzów. Zdążyłam ….

 

Kolejne epokowe odkrycie–niektóre  kamienice Gorzowa  projektował sam Antoni Gaudi :)))

 gaudi 1.jpg

 

Gaudi 13.jpg

Wstęp

 

gonia, dziennikarka społeczna ze słynnego w całym świecie portalu MM-G. przysłała mi parę zdjęć  gorzowskich kamienic. Nigdy ich nie widziałam i nie wiem przy której ulicy

” wyrosły”…Ale jestem pewna, że projektował je sam Antoni Gaudi – najsłynniejszy kataloński architekt, franciszkanin, prawdopodobnie mason a być może przyszły święty.

 

(==Do kategorii „uśmiechnij się”.

==Współautor: zdjęcia Gonia; informacje o A. Gaudi zWikipedii

==Podpisy pod zdjęciami : Niezwykłe kamienice Gorzowa)

 

Tekst

 

gonia, nasza Koleżanka z MM-ki chciała mi poprawić nastrój .

Dlatego  przysłała mi  kilka zdjęć  mojego Gorzowa.

 

Nie tylko odzyskałam dobry humor ale najnormalniej przeżyłam szok.

 

Nagle wydało mi się , że jestem w Barcelonie. Ten niepowtarzalny styl kamienic , łagodne wygięcia okien, dachów….

Od razu wiedziałam, że to Gaudi….:)

Poczułam podniecenie, jakże znajome dziennikarzom śledczym…

Rozpoczęłam więc swoje prywatne dochodzenie 🙂

 

Zajrzałam do Wikipedii.

Przeczytałam , że  Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym .

Istnieją też autentyczne podejrzenia, że był  masonem, co może  tłumaczyć jego tajemny związek z Gorzowem. Wszak w Gorzowie ( a właściwie jeszcze wtedy niemieckim Landsbergu ) przy obecnej ul. Sikorskiego była najprawdziwsza loża masońska!

 

Dowiedziałam się , że w 1910 roku  zakończył realizację barcelońskich projektów Casa Mila i Casa Batalio. Ale dopiero od 1914 roku poświęcił resztę swojego życia barcelońskiej  katedrze Sagrada Familia.

Cóż więc robił  w okresie pomiędzy 1910 a 1914 r.?….

Myślę, że właśnie wtedy realizował projekty gorzowskich kamienic 🙂

 

Podobno od 1992 roku trwa proces beatyfikacji A. Gaudiego. Może  kiedyś jego święte relikwie zostaną umieszczone w największym ołtarzu Katedry gorzowskiej….rozmarzyłam się….

Jakież ja mam teraz piękne sny. To są sny  o Wielkiej Przyszłej Sławie  mojego Gorzowa …

 

Gdy będziecie   zmęczeni życiem i  znudzeni  codziennością, zapraszam na   ulice przedstawione na tych zdjęciach Gorzowa . Zatrzymajcie się  . Rozejrzyjcie dookoła. A zobaczycie te piękne kolorowe trochę zwariowane domy.

Może na pobliskiej ławeczce  będzie już czekał ten bardzo stary Katalończyk..

Zwykle tam przesiaduje i obserwuje przechodniów . Jest uśmiechnięty i zadowolony. To może być  sam Wielki  Gaudi ….:

 

Namawiałam gonię do „wysmażenia” odpowiedniego pionierskiego artykułu w MM-ce i tym samym uzyskaniu miana  Wielkiego Odkrywcy. Ale  nie miała ochoty. Chyba wolała  „nurkować” w starych gorzowskich szpargałach w celu potwierdzenia  wyników mojego dochodzenia :).

Więc napisałam sama. Na wysłanie do MM-ki  tego artykułu  autorka zdjęć długo nie chciała wyrazić zgody, bo jak wiadomo jest skromna i nieśmiała.

 

I tak jakoś minął pierwszy kwietnia…:)

 

Koniec .

 

Gaudi 10.jpg

 

Gaudi 12.jpg

 Zdjęcia mojego Gorzowa, które wykonała przysłała i wreszcie zgodziła się na ich zamieszczenie moja Przyjaciółka na dobre i na złe, poznana dzięki MM- Gorzów, które już umarło, ale my żyjemy. My z tego dawnego portalu , a jest nas całkiem pokaźna grupa. Są to ludzie w jakimś sensie podobni, ciekawi świata, postrzegający go nieomal identycznie, z poczuciem humoru i potrzebą uśmiechu….

 

No tak  mili moi, nie tylko kategoria w MM- ce Uśmiechnij się, ale też zauważyłam , o czym zapomniałam, że był to w dodatku Prima Aprilis. !

 

 

A na poważnie teraz garść informacji wydobytych z bardzo wielu zawartych w Wikipedii nt.

Antoniego Gaudi. Ot tak wrzucam, jeśli kto chce, niech czyta. Dla mnie ciekawe. I  warto było napisać tą „ głupawkę ” by uzupełnić wiedzę…..

 AntoniGaudaiFotografia.jpg

Antoni Gaudi, zdj z Wikipedii

 

 Antoni Gaudi ( 1852-1926) był katalońskim franciszkaninem, ale dla nas, zwykłych zjadaczy chleba ale też koneserów sztuki był przede wszystkim architektem i inżynierem secesyjnym.

Ponoć jako dziecko długo chorował na zapalenia stawów i właściwie nie opuszczał domu. Jak analizują rozwój jego twórczości biografowie, prawdopodobnie wówczas wytworzył w sobie niespotykaną wyobraźnię, co pozwalało mu potem stwarzać przełomowe projekty w architekturze. W związku z tą chorobą zrezygnował ze spożywania mięsa i został wegetarianinem ale też lekarze zalecali mu długie spacery, które odbywał sam. Tak więc już od dzieciństwa był samotnikiem. Jednakże miał bardzo żywiołowy charakter ale  stwarzał wrażenie człowieka zanurzonego we własnym świecie. …

Gdy miał 11 lat wysłano go do szkoły pijarów i edukacji w tym miejscu zawdzięczał zaangażowanie religijne , bo jak mówił , tam poznał prawdziwe wartości nauki chrześcijańskiej. Nie był zbyt dobrym uczniem, ale chętnie ilustrował gazetki szkolne czy wykonywał dekoracje. Jednak jeszcze w szkole wraz z kolegami dokonali znaczącej próby zaprojektowania restauracji klasztoru w Poblet. Ten projekt stał się impulsem do wyjazdu do Barcelony , gdzie się przeniósł w 1876 roku wraz z ojcem i siostrzenicą, gdyż reszta rodziny zmarła. Jednocześnie podjął  studia w Escuda Tecina Superior de Arquitectura, a z uwagi na problemy finansowe jednocześnie pracował. Był asystentem znanych katalońskich architektów  m.in. Martorellego , który wprowadził Gaudiego „ na salony „ architektury.   Projekty i świetny rysunek zdobyły uznanie na uczelni  i w 1878 r. Antoni Gaudi uzyskał dyplom i rozpoczął pracę w zawodzie.

Początkowo brał każde zlecenia projektowe, tak więc spod jego ręki wychodziły projekty kiosków, bramy wjazdowe, płoty i mury. 

Jego projekt gabloty dla sklepu fabrykanta rękawiczek doczekał się premiery na Wystawie Światowej w Paryżu w 1878 r.  gdzie także prezentował projekt osiedla domków robotniczych, który niestety nie został zrealizowany w praktyce. Oba te projekty rozsławiły Gaudiego. Otrzymał zlecenie zaprojektowania gazowych świateł ulicznych dla Barcelony, jednak różnice zdań w czasie prac projektowych spowodowały, że miasto zrezygnowało w ogóle ze współpracy z tym architektem.

Przełomowym zdarzeniem w jego życiu okazało się spotkanie z barcelońskim przemysłowcem Eysebim Guellem, który docenił jego oryginalny talent i finansował wykonanie szeregu jego projektów, aż do 1918 r. kiedy to ów przemysłowiec zmarł.

Jednak już „ rozkręcona” popularność i sława była przyczynkiem do zapraszania Gaudiego przez wielu przemysłowców i kościół . Projektował więc m. in. pałac biskupi w Astordze i budynki dla zakonu św. Teresy.

W sumie wykonał ok. 20 poważniejszych projektów, realizowanych przeważnie w Barcelonie i nieopodal tego miasta.

W 1883 roku przyjął zlecenie budowy świątyni pokutnej Sagrada Familia, ale do 1914 roku , czyli aż przez 31 lat niespecjalnie zabierał się do pracy. Być może nie pasowało mu, że miał ukończyć gotowy projekt Villara. Jednak po 1914 roku poświęcił się wyłącznie tej świątyni a nawet w niej zamieszkał. I jak powiedział „ może nie ostatniej zbudowanej, lecz zapewne pierwszej z nowej generacji”. 

Zmarł w 1926 roku, trzy dni po potrąceniu przez tramwaj. Zgodnie z własnym życzeniem został pochowany w świątyni Sagrada Familia….

 

I jeszcze słów parę o jego twórczości. Początkowo, zgodnie z duchem epoki pomysły czerpał z neogotyku. Budowle nosiły  ślady gotycko- mauretańskie ( te style w Hiszpanii łączyły się często z uwagi na wieloletnie panowanie w niej Arabów ) , ale jego szczególnym obiektem jest Casa Vicens w Barcelonie, dom dla bogatego przedsiębiorcy. W tym projekcie widać bowiem zapowiedź nowego stylu, nad którym Gaudi pracował.

Jego styl określa się jako bardzo rzeźbiarski i secesyjny. Wykorzystywał łuki paraboliczne, fantastyczne formy , zawiłe desenie oraz kształty występujące w przyrodzie. Niekiedy nawiązywał do płynności podwodnego świata. Dziś jest uważany za prekursora architektury biomorficznej.

Z czasem Gaudi zaczął mocniej eksperymentować , tworząc model przestrzenny budynku wykorzystywał regułę tzw. równowagi krzywej łańcuchowej i badał na nim siłę grawitacji. Przy okazji testował wytrzymałość różnych materiałów m.in. bazaltu czy granitu. Eksperymentował też z różnymi rodzajami oświetlenia i „dla osiągnięcia ciekawszego efektu używał do projektowania luster czy fotografii „.  Proponował inne, nie euklidesowskie  układy geometrii . A zdobienia powierzchni wykorzystywał kataloński styl mozaiki zwany trencadis. Z tego okresu pochodzą jego najbardziej dojrzałe dzieła np. Colonia Guell, Casa Mila czy Sagrada Familia.

Nic więc dziwnego, że Gaudi był dla niektórych twórcą co najmniej  kontrowersyjnym, był powszechnie krytykowany w społeczeństwie i prasie a także budził zachwyty. Jednym słowem  nikt nie mógł pozostawać obojętny gdy widział jego zrealizowane dzieła.

Analizowali jego zjawiskowość nawet filozofowie. Jeden z nich, Francesco Pujols tak napisał:

W pracach Gaudíego zdumiewało to, że choć nikogo nie zachwycały, jednak nikt nie ośmielił się powiedzieć tego wprost, ponieważ jego styl sam się broni.

Jako ciekawostkę można podać to, że był nacjonalistą katalońskim. W swoich budowlach nawiązywał do tradycji katalońskiej ( szczególnie gotyku ) i często umieszczał na nich symbole katalońskie. Któregoś dnia został aresztowany za odpowiadanie policjantowi po katalońsku , gdyż mówił tylko w tym języku, nawet w rozmowie z królem Alfonsem III. A były to czasy, gdy władze ustaliły, że język ten jest nielegalny…

Wśród wielu niezrealizowanych prac Gaudiego jest projekt drapacza chmur- Hotelu Attraction w Nowym Jorku.

Był inspiratorem wielu różnych architektów, których nazwiska można znaleźć w Wikipedii, więc nie będę przytaczała….

Rok 2002 ( czyli 150 lat po urodzeniu Antoniego Gaudiego) władze Barcelony ogłosiły Międzynarodowym  Rokiem Gaudiego.

W 1887 roku zespół Alan Parsons Project zadedykował swoją płytę temu słynnemu architektowi nazywając ją „Gaudi”.

I jeszcze jedno, co zupełnie nie przystaje do jego szaleńczych wizji architektonicznych , przez całe swoje życie był  bardzo pobożny, zostawił wiele  świadectw swojej zaangażowanej ponoć wiary że od 1992 roku trwa jego proces beatyfikacyjny….no cóż, boskie młyny mielą powoli…..może się doczekamy, może nie….to już nie nasz problem.

 

CasaMila.jpg

 

DziedziniecCasaMila.jpg

 Casa Mila w całej okazałości i jej dziedziniec…zdj z netu

 

Tak więc reasumując namieszałam tu dużo cukru, soli i pieprzu . Czy potrawa smakuje ?

Pewnie nie, ale przynajmniej było inaczej…..

A tymczasem mój nadbużański las pachnie cudnie po pierwszych letnich deszczach, bo wszak już mamy lato, ziemia oddycha pełną piersią, zadowolona jest moja fasolka zielona jeszcze liściasta tylko na grządkach, pan kukuł kuka jak szalony , bo jak wiadomo tylko on a nie ona wydaje te typowe dźwięki by zauroczyć jakąś narzeczoną czy potencjalną matkę jego dzieci…dzień wyraźniej krótszy…..telewizor z jakiegoś powodu nie odbiera, więc pełen relaks, oddech od wieści ze złego świata….tylko łagodność, dobro, urok i uśmiech….miłego dnia Wszystkim ..

 

 

 

 

Nasza Kostusia….

piękno.JPG

Amfiteatr gorzowski, festiwal cygański Romane Dyvesa. 2009. My na widowni….

 

ładna zapatrzone i zasłuchane.JPG

na widowni, obok , zasłuchana Kostusia….

 

 

Dzisiaj z telefonem Bożeny przyszedł  dzień inny, refleksyjny smutkiem. Jedyny taki. Wczoraj  nasza, zda się niezniszczalna koleżanka Teresa Łakoma- Koryluk, zwana Kostusią wybrała Wolność Wieczną Młodość i Radość w innym, nieznanym nam jeszcze, ponoć Lepszym Świecie.

I cóż nam robić. Łzy są zbyt banalne chociaż chciałoby się płakać, po prostu zwyczajnie po ludzku płakać. Opłakiwać. Ale nie jest to łatwe, na razie serce ściśnięte i słów brak.

I dlatego otwieram księgę  życia, księgę naszej młodości.

     I wracam do Gorzowa, gdzie młodość uwieczniona, utrwalona w myślach oczach i sercu.

I radość młodzieńcza. I uśmiech. I jakieś zdjęcia, stale żywe.

     Jesteśmy w LO na Zawarciu . To nic , że pół wieku temu. Wielka sala gimnastyczna i dyr. Herma krzyczy- Kostusia Kostusia, szybciej ,  tam podawaj tę piłkę. Był naszym wiernym kibicem, gdy grałyśmy w koszykówkę. W drużynie kapitanem jest Kostusia. Dominuje wzrostem, zwinnością zręcznością i celnością udanych wrzutów do kosza.  Wysoka delikatne jak trzcina, jasnowłosa, wiecznie roześmiana to dziewczyna. Bardzo przez wszystkich lubiana, ba kochana. Bo jak nie kochać takiego roześmianego Promyka.To były nasze najwspanialsze chwile, ze sportem, radością potem na czole i pod owłosionymi pachami, bo wtedy nikt ich nie golił.

To było dopiero potem. Gdy spotkanie po 40 latach w Gorzowie koleżeńskie, takie jak kiedyś. Wiecznie młodzieńcze i radosne. Uciecha, bo właśnie Romane Dyvesa. Festiwal cygański. Siedziałyśmy obok,i  czułam Jej ciepło pulsujące obok. Patrzyłam jak ogląda i słucha. Złapałam w oko obiektywu Jej twarz i mam Ją na zawsze. Zachwycałyśmy się wtedy spódnicami wirującymi i kolorytem cygańskim i muzyką. Tak , teraz też słyszę jak grają Cyganie i widzę jak tańczą na estradzie gorzowskiego amfiteatru pod ciemniejącym już niebem i światłem gwiazd. Grają dla Ciebie Kostusiu swoje cygańskie pieśni.

Następnego dnia ostatnie moje przedwyjazdowe spotkanie z koleżankami. Szybko minęły te trzy pobytu w mieście, gdzie się urodziłam. Za szybko. Na zdjęciu został balkon u Bajki z widokiem na Park Wiosny Ludów, ukwiecony, wonny ziołami posianymi w skrzynkach i my, trzy gidie wiecznie młode. I nasze pożegnanie już właściwie nocne na dworcu.

A potem jeszcze ostatnie spotkanie w Warszawie, zawsze  wesołe, rozchichotane Teresą. Dla nas Kostusią. Zawsze Kostusią.

I jeszcze były  rozmowy telefoniczne, głos pogodny,  niefrasobliwy i uczucie, że to nigdy się nie zmieni. Lubiłam te rozmowy o wszystkim i o niczym właściwie. Tego będzie brakowało. Ale to nic. Zapraszam Ciebie Kostusiu na kawkę, pogadamy, powspominamy. Będzie jak kiedyś. Może wpadniesz, będę czekała….

….tylko dlaczego wiatr nagle odwrócił tę stronę naszej księgi z młodości . I zamknął tamtą, z pięknymi wspomnieniami….

Teraz pożegnania nadszedł czas. Nie na zawsze, tylko na chwilę, na małą chwilę. Będziesz czekała na nas ze swoim uśmiechem i organizowała jakieś piwo.  Przybędziemy…..

 

balkon Basi (2).JPG

 

balkon Basi.JPG

 

balkon Basi (2).JPG

 

 

O minimuzeum gorzowskim w Michałowicach

Przedtem było o znaczku pocztowym z moim Gorzowem który stał się Kluczem do Krainy Dzieciństwa ….

SAM_1919.JPG

Zdjęcie wykonane przez Wiktora( lat 7). Jego mama i zbiory gorzowskie….

 

 

      Tak więc Gorzów do mnie wrócił, przyleciał z pocztą i zamieszkał w moim domu obok granitowych kostek  z rozbieranych ulic Gorzowa, fragmentów starych murów, kamieni z tej ziemi  starannie zbieranych przez gorzowską przyjaciółkę gonię.

Poznałyśmy się dzięki portalowi MM ( Moje Miasto) Gorzów , który  niestety w swojej uroczej  dyskusyjnej swobodnej formie umarł śmiercią  naturalną . A może nie naturalną, tylko brutalnie przerwano jego uroczy klimat zmieniając na siłę formułę na wszechogarniającą jednakową w całym kraju redakcyjną nudę. Szkoda, ale takie jest życie. Zabiera to co dobre i nie ma już powrotu….

A portal ten był dla nas okazją do pogadania, pisania na dowolne tematy  i przyniósł trwałe przyjaźnie, niemożliwe chociażby z powodu różnic wieku w realu. I to jest niezaprzeczalna wartość, którą cenię najwyżej jak tylko można…..Musiałam o tym pogadać, bo żal gdzieś muszę wylewać i tęsknoty za byłym czasem też. I tę czułość, gdy słyszę przez telefon głos ludzi których polubiłam. I zawsze wtedy widzę ich zaangażowanie rozdyskutowanie i otwieranie mi nowych horyzontów w dawnej MM –ce kontynuowane w innych miejscach netu.

Wracam więc od goni i mojego minimuzeum gorzowskiego. A było tak.

Pamiątki w nim zgromadzone  zabierała z miejsc  szczególnie mi bliskich . Wyobrażam sobie z jakim trudem  taszczyła je  w plecaku ta delikatna, miniaturowa dziewczyna . I ostatecznie z równym poświęceniem dostarczyła do  Michałowic, pokonując dzielące nas ponad 500 km. Bywała tu kilkakrotnie, a to z drzewkami wyhodowanymi z nasionka- najpierw  kasztankiem i lipką a potem klonikiem, które teraz cieszą oko w naszym ogródku i wszyscy liczni domownicy wiedzą, że w Gorzowie się urodziły, tak jak ich babcia. I literaturę przywoziła, programy z gorzowskich wystaw , foldery, wycinki prasowe czy wreszcie wydawnictwa związane z historią miasta, wydarzeniami kulturalnymi czy pięknymi zdjęciami.

W ten sposób  powstało gorzowskie minimuzeum , taka mazowiecka michałowicka filia. Tworzą je drzewka w przydomowym ogródku, wydawnictwa na półkach i kamienne zbiory które przycupnęły na podściennym skraju krętych na schodów wiodących na poddasze naszego domku , a także na podłodze tegoż poddasza. Kiedy kiedyś się nimi nadmiernie zainteresował mały wtedy najmłodszy wnuczek, Patek, jego starszy o 4 lata brat- Witon poważnie go wyhamował, mówiąc, że nie wolno dotykać, bo to gorzowskie muzeum babci….

      I codziennie oglądam to wszystko , drzewka zajęte jesiennym zrzucaniem liści i szykowaniem do zimowego snu na razie milczą. Wiem, że przemówią z wybuchem wiosny. Wydawnictwa grzecznie czekają na ogląd, nie narzucają się, ale są pewne, że niebawem sięgnę po nie i poszybuję razem z nimi.

A kamienie zaglądają mi w oczy i pytają, czy pamiętasz?….

 

SAM_1928.JPG

 

SAM_1930.JPG

 

SAM_1934.JPG

 

SAM_1936.JPG

 

P1202192.JPG

 Wszystkie zdjęcia wykonał Wiktor( lat 7). gonia opisała kamienie. Te z  K- z rozbieranej nawierzchni ul. Kosynierów Gdyńskich, sprzed mojego pierwszego gorzowskiego domu….

 

Zwykły znaczek pocztowy.

SAM_1882.JPG

 

 

Przed laty  dostałam  list z  Gorzowa.

Gdy wzięłam do ręki  kopertę odruchowo spojrzałam na znaczek. I zaskoczenie radosne, niedowierzające i oglądanie przez lupę . I przyszła radość, jak ze spotkania ze starym bardzo lubianym znajomym, ba, nawet większa. Jak ze spotkania ukochanej Bardzo ważnej osoby, bo na znaczku ulokowało się mikrozdjęcie mojej gorzowskiej Katedry.

I gdy tak stałam rozmarzona,  znaczek przemówił.   Poczułam bijące od niego ciepło, wędrujące do dłoni, potem do serca i ostatecznie logujące się w głowie. Tak, ciepło bijące od znaczka zalogowało się w mojej głowie i wylogować nie chciało. Zresztą  nie chciałam by tak się stało. Tak było mi dobrze. I jest dobrze.

I patrzyłam na list ze znaczkiem który mi opowiadał o Gorzowie. Gdy się zmęczył, odkleiłam go starannie , nad parą, jak uczył Tato.

Od tej chwili znaczek zamieszkał w moim portfelu. I jest tam stale. Widzę go od razu  gdy szukam pieniędzy, biletów WKD czy innych dokumentów i wzrok zawieszam.

     Bo ten znaczek stał się i nadal jest  kluczem do Zielonej Krainy mojego Dzieciństwa .

Kluczem do Powrotu . Tam gdzie były wszystkie  Pierwsze Zachwyty …

Bo tam, w  Gorzowie wszystko było dla mnie pierwsze i zostało najpiękniejsze.

 

Miasto zatopione we wzgórzach .

Pachnące kolorowe ogrody.

Szeroka rzeka o imieniu Warta.  

Most, betonowe balustrady z falbankami.

Każda falbanka to balkonik.

Balkonik z nisko posadowioną we wnętrzu nieco wklęsłą  ławką.

I zimno betonu pod pupą.  

Rozproszone mgliste światło fantazyjnej lampy

Romantyczność

A rzeka daleko w dole

Obojętna

zajęta swoim połyskiem, pluskiem i dźwiganiem fal w siną dal….   

      

     Piękne kamienice, przepastne bramy i niezwykłe do nich wjazdy, chodniki z wielkich gładkich płyt granitowych.

     Podwórkowe przesiadywanie z Bajką na jedynym bzie nad wielkim śmietnikiem  przy ul. Kos. Gdyńskich i obserwowanie szczura.

     Wyprawy do pobliskiego parczku, przy ul .Estowskiego, gdzie krzaki wabiły a nich ukryte  zwalone chropawe płyty nagrobne z literami w rowkowatych zawijasach zapraszały  do  zabawy w dom. Radosne spokojne zabawy w dom , bez wyobraźni, że to świat umarłych .

    Dworzec i szyny  kolejowe prowadzące do  wielkiego nieznanego świata….

    Codzienne, samotne, bardzo mroczne dreptania o świcie, gdy przychodziła pora na roraty. Ciemne ruiny spalonych już po wojnie domów wzdłuż ul. Wasilewskiej, obecnie zwanej Sikorskiego. Zawsze tam były. Od naszego urodzenia. Taki normalny nasz, powojenny pejzaż.

Jednak na końcu ulga , że już Katedra . Na pozór wyniosła , mało przyjazna , z wieżą niby wielki stary jednooki groźny woj, ale wiadomo, że w niej ciepło świec, zapach kadzideł i mruczenie wiernych ….

    I  sąsiadujący z kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich, park Wiosny Ludów  z wierzbopłaczącą wyspą na stawie . I  platany  w nim w tańcu zastygłe i czerwono kwitnące kasztanowce …

    I jeszcze gorzowskie pierwsze moje kwiaty. Magnolie niby wielkie białe zda się papierowe ptaki nagle siadające na nagich zimowych jeszcze gałęziach dużych drzewokrzewów.

I wyprawy z Panią Zielińską na wzgórzowy rozległy stary cmentarz Ewangelicki na forsycje. Najpiękniejsze , gdy w lutym zebrane jako nagie patyczki, potem jeszcze długo śpiące  w wazonie i nagle rozkwitające wesołą radosną żółcią oświetlającą ponure mieszkanie.

     I patrzę na ten gorzowski znaczek pocztowy zamknięty w portfelu. Niby zwykły. I nie wierzę, że tyle w nim się mieści wspomnień, obrazów, zapachów i tyle czułości.

Tyle kadrów jak ze starej celuloidowej taśmy wolno przesuwanej z szumem projektora ukrytego za okienkiem, kadrów wydobywanych ze smugi światła z wirującymi w nim drobinami kurzu w skrzypieniu foteli ulubionych gorzowskich kin – Słońcu czy Kolejarzu….

Obrazy mojego dzieciństwa i Gorzowa są na tym filmie, kadry wychodzące z mgły i przechodzące w dal …..i nic to, że takiego mostu już nie ma, kina odeszły w niepamięć mieszkańców, płyty nagrobne zabrano i ulice nie takie , ale jeszcze żyje pamięć …dopóki żyję i mam klucz do tej Krainy Dzieciństwa. Klucz- zwykły znaczek pocztowy w portfelu…..

 

List do Nieznajomej

WzgĂłrzaZoknaWieĹźy.jpgWidok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko…

 

 

Grzebiąc w komentarzach blogowych, które trzeba wyłuskać bo się same nie pokazuję, nagle stanęłam przed wielką niespodzianką. Otóż wśród takich raczej związanych z reklamowaniem się ich autora miałam w dłoni prawdziwą perełkę. Może to fajnie, że w ogóle komentarzy u mnie niedostatek, bo mogę się delektować takimi, które są niezwykłe. Z powodu treści, ale też z powodu, że ktoś nieznany mi, przeczytał i znalazł tam „kawałek „siebie. To wielka przyjemność mieć gdzieś bratnią duszę.

Tym razem pod moim wpisem „ Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie” napisała do mnie tajemnicza Elżbieta. Odpisałam, podałam adres mailowy. Na razie czekam. Natomiast nie mogę się oprzeć wewnętrznemu imperatywowi by komentarz ten zamieścić w całości. Oto on, soczysty obrazowy i zadziwiające, że w tak niewielu słowach zawiera tyle emocji, też mi bliskich….

„.Gorzów. Trzyletni, niechciany epizod, który stał się przygodą życia, do którego z nostalgią od lat powracam .

Wczesne lata 50-te,Ojciec i nakaz pracy. Miałam niepełna 13 lat. Szkoła przy Estkowskiego, liceum na Zawarciu. Ukochane „górki” na które biegaliśmy, wprost z mieszkania na 3 piętrze (przy Drzymały), długim pomostem. Piękna, kameralna pływalnia i miasto dziwne, bo bez pamięci i ludzie odcięci od korzeni. Taki to był czas..

Wróciłam po latach. Pamiętałam miasto okaleczone przez wojnę , ale ze śladami dawnej zamożności i” urody”. Zobaczyłam chaotyczne „blokowisko” w centrum , coraz bardziej niszczejące secesyjne kamienice, zerwany pomost i zdewastowane „górki”. Patrzyłam na to ze ściśniętym sercem…

…i mimo wszystko wciąż tam powracam. Kilkakrotnie. Wirtualnie niemal codziennie. Ostatnio „spotkałam” Panią. Koleżankę ze szkół i ze studiów. Serdecznie Panią pozdrawiam z Poznania. Życzę wiele radości. Dużych i drobnych. Takich zwykłych, codziennych.

Elżbieta

Ps. Pogodę sprawdzam …w Gorzowie. Pada deszcz ? Za godzinę, dwie będzie padać w Poznaniu! „

      Pięknie to ujęłaś  Elżbieto, ja też często wracam do Gorzowa, oczywiście wirtualnie . Staram się widzieć tam tylko to co piękne. Inaczej się nie da. Postrzegam Gorzów przez swoiste różowe okulary zamazujące to, co nieurodziwe, zaniedbane. I widzę mój Gorzów i moją szaroburą tam młodość, ale pełną uroku i niewinności….

Nieznajoma Elu pozdrawiaj swój Poznań, gdzie moje trzy lata urodziwe były, choć trudne, medyczne. Popatrz, nomen omen- moje poznańskie tak jak Twoje gorzowskie trzyletnie…..

Pozdrawiam Ciebie daleką i nieznaną…

 

nadchodzi noc nad G.1.jpg

I nadszedł wieczór…zdjęcie z tego samego okna…

Obraz powracający o świcie.

 

poświata i księżyc, Fuji.jpg

 

 

 

Są wczesne lata pięćdziesiąte poprzedniego już stulecia. I jest Gorzów.

Bardzo mała dziewczynka budzona jeszcze w głębi nocy, bo grudniowe dni późno przychodzą . Jej matka lubiąca dobrą organizację dnia, góralka beskidzka, zaplata dwa cienkie płowe warkoczyki na głowie córki. Tak ciasno, że  oczy trudno zamykać.

  Dziewczynka sama chce wychodzić w tę panującą jeszcze noc, jest straszno ale jakże intrygująco. I idzie, jak w czarnym tunelu, w  ciemnościach  dawnej ulicy Wasilewskiej (obecnej Sikorskiego), drogą wśród zburzonych i wypalonych kamienic prosto do katedry, trzymając w małej dłoni grubą zapaloną świecę- nazywaną wtedy gromnicą. Nie widzi gwiazd ani księżyca, tylko ten wątły palący się płomień.

Bo właśnie zaczął się Adwent i o 6 rano odprawiane są  roraty, taka msza grudniowa bardzowczesnoporanna.

Katedra jest tak samo mroczna jak ten zaczynający się dzień, nasączona zapachem kadziła, modłami i cichym śpiewem wiernych. Nie widzi ludzi , wpatrzona w piękny ołtarz i księdza w fioletach zapomina o świecie. 

A potem  wraca, nie oglądając się bo za nią  ciemny, straszny niby jednooki woj w hełmie, zarys wieży katedralnej , lękliwie przemyka  obok  ruin. I cieszy się , gdy widzi  zapalone  już światła  w istniejących domach, świadczące o tym, że żyją tam ludzie. I skręca w prawo w ul. Kos. Gdyńskich.  Teraz  wpatruje się w chodnik. Tam leżą  duże poniemieckie płyty granitowe. Ulubione. Jak zwykle ostrożnie stawia kroki , by nie postawić stopy w przestrzeni między płytami, bo to może oznaczać zatopienie w wyimaginowanym bezbrzeżnym oceanie.

I jest już w domu…uskrzydlona z powodu dokonanego wyczynu.

I tak jest codziennie, przez miesiąc poprzedzający wielkie i kolorowe święta Bożego Narodzenia.

Taki to właśnie niepowtarzalny już obraz, wraca do mnie o świcie…. ciemnym, grudniowym

Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie.

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

Zdjęcie od goni z kasztanowcami czerwono kwitnącymi

 

parkGorzĂłwStare.jpg

 

 

ParkRóşStare.jpg

Stare gorzowskie pocztówki z portalu fotopolska.eu. W tamtych czasach Gorzów nazywał się Landsberg a.Warthe i tak nazwa tu figuruje

 

 

 

W centrum miasta  na powierzchni 4.7 ha, pomiędzy ulicami Kosynierów Gdyńskich ( gdzie był mój pierwszy dom), Sikorskiego( za moich czasów zwany ul. Wandy Wasilewskiej), Strzelecką, Wybickiego i Łokietka  w 1913 r. poprzedni mieszkańcy miasta- Niemcy założyli park. Teraz jest już nasz, pomimo tego, że pamiętamy. Ot takie koleje losu…

W uroczy sposób zagospodarowano  teren  wówczas podmokły wokół istniejącego stawu i przepływającej przez jego wody rzeczki Kłodawka. W okresie międzywojennym i krótko po wojnie mieściło się tu zoo.  Czytam w necie , że w okresie „1960-1964 park przeszedł gruntowną modernizację i renowację”. Niewiele pamiętam z tego okresu, bo już mieszkaliśmy u podnóża wzgórza, gdzie koszary usadowiono  przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i biegałam  do zawarciańskiego LO . Do tego parku zaglądałam niezbyt często. Pomnę jedynie usypany  wtedy płaski szeroki wał na obrzeżu( przedtem chyba była tam wilgotna trawiasta nieciekawa niecka) i jakieś instalacje huśtawkowe dla dzieci. I nowe nasadzenia kasztanów . Park Róż położony obok powoli się degradował. Obserwowałam ze smutkiem jak znikały białe pergole a z nimi feerie pnących róż, fontanna wyschła i jedynie nikłe krzaczki różane oraz to co miałam zapamiętane pod powiekami przypominało dawną świetność.

   Gdy odwiedziłam moje miasto rodzinne po 40 latach nieobecności od razu pobiegłam do tego parku. I znalazłam swoje dziecięce ślady, chociaż już wierzb płaczących na wyspie nie ma. Trudno się dziwić, bo na zdjęciu które zamieściłam w poprzednim wpisie, zdjęciu z lat ubiegłego wieku widoczny tam pień wierzby jest wyraźnie spróchniały. Trochę żal, że nie posadzono nowego takiego samego drzewa, ale cóż, panta rei , rośnie inne drzewo okazałe i smukłe . Ale na otarcie moich łez  znalazłam te same, teraz już wiekowe przepiękne platany . Tak jak kiedyś zgodnie z pięknym projektem okalają położoną wzdłuż rzeczki Kłodawki aleję spacerową. Teraz we wspomnieniach wracam do tych platanów.  Nie wiem czy wtedy, jako dziecko tak je postrzegałam . Ale gdy dziś oglądam zdjęcia sprzed 6 lat, nieodmiennie przychodzi do mnie to samo skojarzenie jak wtedy gdy je zobaczyłam po latach. To wielkie  damy w srebrnych obcisłych sukniach z wąskimi rękawami, które zastygły w tajemnym tańcu czekając na muzykę. Cudne są. I trzeba stanąć i czekać. Może zatańczą. I stałam długo i czekałam…. I choćby tylko dla nich warto odwiedzić Gorzów. Dorodnie rosną też kasztanowce. Zawsze tam były. Otaczały staw.  Obsypane oryginalnym bo nie zwyczajowo białym ale różowym kwieciem widać na zdjęciu, które dostałam od goni. Te kasztany pamiętałam od zawsze. Ilekroć gdzieś byłam wiosną, rozglądałam się czy ujrzę podobne. I rzadko to się zdarzało. Gdy opuszczałam Gorzów, nasadzono nowe też tego gatunku i teraz pięknie wyrosły. Są wielkie i dojrzałe…prawie tak jak my….

      I jeszcze jeden spacer, w stronę ulicy Sikorskiego, gdzie przy wejściowej bramie niegdyś posadowiono na palach wbitych w dno Kłodawki restaurację o romantycznej nazwie Wenecja. Już kiedyś opisałam nasze pierwsze klasowe tam wyjście gdy nasza nowa wychowawczyni pani Halina Majchrzycka, kobieta wielkiej elegancji zauważyła, że jesteśmy zielone ofermy i uznała, że należy wprowadzić nas w wielki świat. Mój Boże, przecież mieliśmy już może po 15 lat bo byliśmy w Liceum. I ona zarządziła to wyjście i przybyliśmy w mundurkach i droga od drzwi restauracji do przeciwległego końca Sali wydawała się w długa jak wieczność i usiedliśmy przy stolikach i już nie wiem co, chyba herbatę piliśmy. Niezręczni, zieloni. Czy śmiać się czy płakać nad nami. Nie wiem. Patrząc na dzisiejszą młodzież. A może to właśnie było fajne, że smakowaliśmy życie powoli mając czas na rozkoszowanie się i zapamiętanie takich wydarzeń , pierwszych nowych niezwykłych.  Wenecji już dawno nie ma. Pewnie zgniły pale a odbudować nie miał kto. Ale naprzeciwko wybudowano okazałą bibliotekę o ładnej , nie zaburzającej oglądu parku bryle. A przy niej pomniczek poetki cygańskiej – Papuszy, która spędziła wiele lat w Gorzowie. To wszystko jest dla mnie nowe, ale od razu stało się  bliskie sercu.

    Pomimo tego, że Gorzów niewiele przypomina miasto z czasów mojego dzieciństwa , rozrósł się na okoliczne wzgórza, park nadal pozostaje związany ze ścisłym  centrum. Stąd niedaleko do XIV wiecznej Katedry i moich ulic magicznych kiedyś….i dlatego przedtem napisałam o smutnej michałowickiej ulicy Parkowej i o wrażeniach z gorzowskiego dzieciństwa i bajkę o wyspie na stawie. Tak sobie napisałam, właściwie dla siebie, by utrwalić to co piękne i zamknąć w słowach to co moje…

 

 

Twoja wyspa.jpg

Zdjęcie od goni. Aktualnie tak wygląda wyspa , w tle czerwono kwitną kasztanowce

 

P6160912.JPG

Gmach biblioteki( dla mnie nowy). Zdj własne z 2008 r.

 

Papusza,jeden ze zwykłych pomników (dla ludzi).jpg

Cygańska poetka Papusza przysiadła nieopodal biblioteki( zdj własne z 2008 r.)

 

PlatanyG1.JPG

 

 

PlatanyG..JPG

 

 

P6160933.JPG

Platany w tańcu. Zdj własne z 2008 r.

Mój Gorzów, wierzby płaczące które nie płakały i Park Wiosny Ludów zwany teraz parkiem róż

 

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

 

Wiosenne zdjęcie od goni. Park Wiosny Ludów w Gorzowie ze stawem i domem gdzie mieszka Bajka….to tam była wąska brama i metalowe schodki prowadzące nieomal do wierzb płaczących na wyspie…

 

 

Był Gorzów, lata 50 ubiegłego wieku. Były wierzby. Po raz pierwszy przez nas oglądane, zapamiętane jak pierwsze zakochanie. Nazwano je płaczącymi, nie wiem dlaczego. Bo te , które zapamiętałam rosły na wyspie w Parku Wiosny Ludów. Nigdy nie widziałyśmy ich łez. Były tak piękne, że przychodzą do mnie w snach….

     Wymykałyśmy się potajemnie, opuszczając nasze podwórko przy ul. Kos. Gdyńskich 106 zamknięte dwoma rzędami monumentalnych kamienic.

Z tego podwórka do parku Wiosny Ludów wiodła wąska mroczna brama , wydrążona w przyparkowej linii kamienic. Trochę bałyśmy się tej bramy, bo była ciemna, ale ciekawość tego, co zobaczymy w  parku była większa niż lęk.

W biegu przemierzałyśmy więc wąski kanał bramy i hamowałyśmy na szczycie pięknych metalowych schodów, by połykać widok wyspy. Była okrągła i wyglądała jak zielona bajkowa kopuła.

Na górnej platformie schodów był pierwszy postój. Stamtąd widok był najpiękniejszy .Po nasyceniu wzroku, spływałyśmy w dół , bezpośrednio nad staw.

    Ten staw i okalający go park był wielkim okiem Gorzowa.

To oko było jedyne takie na świecie, żadne miasto nie patrzyło na świat Pana Boga w taki zielonobłękitny sposób.

Wszyscy święci mieszkający w niebie , przeglądali się w tym lustrze wodnym .

    Woda była jak migotliwa, jak zmieniająca barwy tęczówka, a wyspa stanowiła źrenicę.

Wyspa , wierzbową kopułą nakryta, wczesną wiosną pokrywała się pachnącą świeżą sukienką. Pewnie ofiarowaną przez niebnych darczyńców.

Potem zieleń stopniowo dojrzewała, nabierała soczystości i zmieniała się w jednolity szumny gąszcz.

Nie zastanawiałyśmy się co ukrywa, może Bajka czasami opowiadała o Wodnych Pannach, które widywała ze swojego balkonu usytuowanego bezpośrednio nad parkiem.

Któregoś dnia ktoś postawił na brzegu wyspy niewielki drewniany domek, w którym zamieszkały łabędzie. Łabędzie widziałyśmy obie z Bajką, były rzeczywiste. Przyjaźniły się z Pannami Wodnymi , bo któż by prał śnieżno białe suknie łabędzi, jak nie te pracowite panny.

   Któregoś dnia ktoś nam powiedział, że na wyspie rosną wierzby płaczące i to właśnie ich gałęzie  tworzą  zadziwiającą nas kopułę.

Od razu się zainteresowałyśmy.

Dlaczego tak je nazwano, dlaczego  płaczące.

Przecież zawsze były radosne, witały nas szumem wiotkich bardzo długich gałązek.

Słońce często je odwiedzało, siadało okrakiem na wierzchołkach i ześlizgiwało się w dół jak po zboczu wielkiej stogi siana, z której zjeżdżałam na wsi w górach. Czasami bawiło się z gałązkami w chowanego, bo znikało i pokazywało się w innym miejscu wierzby.

Wiatr też przylatywał, zwabiony perspektywą wspólnej zabawy.

Siadałyśmy na trawiastym brzegu stawu i patrzyłyśmy jak wiatr szarpie gałązki wierzbowe, pieszczotliwie zaplata i rozplata warkocze. Jak czasami myje im włosy, pochylając konary i zanurzając włosy wierzby w tafli wodnej.

     Gdy opadały liście, czar naszej wyspy wyprowadzał się do ciepłych krain. A wtedy dla nas były  najważniejsze zabawy na lodzie i śniegu…

 

Zamurowano naszą bramę wiodącą do parkowego raju, zniknęły schodki , a tamte wierzby płaczące   przychodzą do mnie w snach.

 

 

WierzbyJa12LatMama.jpg

Zdjęcie wykonał mój Tato. Jest rok 1957. Jestem z Mamą w naszym parku…

 

 

WierzbyDorosłaJaMama.jpg

Też z Mamą, tylko 10 lat później…jeszcze żyje wierzba płacząca na wyspie…

 

 

WierzbyMarysiaJa10lat.jpg

Zabawy z nieżyjącą już Marysią Zielińską na zamarzniętym stawie, obok wyspy.

 

 

WierzbyMarysiaJaśnieżki.jpg

Na zamarzniętym stawie z Marysią, po lewej dom Bajki…

Te wszystkie stare zdjęcia wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz.

Zaproszenie na wycieczkę do mojego Gorzowa…

W 2008 roku, po 40 latach nieobecności  zajrzałam do Gorzowa,  miasta w którym przyszłam na świat  i mieszkałam do matury. Właśnie była pełnia lata i Gorzów tonął w zieleni. Były więc zdjęcia i wspomnienia dawnych słodkich czasów młodości. Pomimo upływu lat miasto nadal wydało mi się bardzo piękne i naprawdę warte obejrzenia….zapraszam Wszystkich Bliskich i Dalekich do mojego Gorzowa…a ja będę marzyła….

 

 

 

0.jpg

Trasa do Gorzowa z Warszawy wiedzie wzdłuż doliny Warty….

 

 

1.JPG

 

Tajemnicze jezioro w okolicach Gorzowa….

 

 

2.JPG

 

Widok z zachodniego wzgórza na dawne koszary saperów. Mieszkałam przy obecnej ulicy Orląt Lwowskich u podnóża dużego wzniesienia gdzie usytuowano ten obiekt…Nadal prowadzą tam piękne schody ….och ,te wspomnienia dziecięcych zabaw na zboczach wówczas porośniętych kosodrzewiną…

 

 

2,1.JPG

Wzgórzowy widok przybliżony obiektywem….Kościółek na Zawarciu, nieopodal którego moje liceum….

 

 

3.JPG

 

I widok na sąsiednie wzgórze, XIV wieczną katedrę w której otrzymałam Chrzest, Komunię I i Bierzmowanie….gdy byłam dzieckiem wydawała mi się dziwnym jednookim wojem….

 

3,1.jpg

Gdy wracałam z Bajką, przyjaciółką z młodości z naszego zawarciańskiego Liceum, odsłoniło się centrum miasta, a niebo było łaskawe, bo założyło specjalny makijaż….

 

3,2.jpg

A to widok z mostu drogowego. Ileż razy go przemierzałam idąc do LO( do 1965 roku). Pomimo tego, że był tramwaj, zawsze chodziłam pieszo, bo tak lubiłam. Warta przepastnie cudna a w tle most kolejowy, unikatowy, bo zbudowany na łuku. Pamiętam ten czas, gdy go odbudowywano. Tato był wtedy Naczelnikiem Oddziału Drogowego PKP i odpowiadał za ten  remont. Ileż tam zostało zaklętych emocji lęków i radości…

 

3,3.jpg

 

Tego nie było za moich czasów. Bulwar i pomnik ….

 

 

3,4.JPG

A nad Wartą, na bulwarze, bawili się młodzi. Nawet przybyli górale. Prawda że Warta jest cudna? a w tle stary zabytkowy spichlerz…

 

 

3,5.JPG

 

 

3,6.JPG

 

Wdrapałam się na wieżę Katedry. I te dwa okna należały kiedyś do mieszkania dzwonnika. Ależ on miał widok ….

 

 

3.7.JPG

I spojrzenie w dół z katedralnej wieży . Jaka ładna ulica, okolona falbankami kwietników…

 

3,8.jpg

 

Wzgórza, wzgórza zielone…

 

 

3,91.jpg

 

 

3,9.jpg

I zapada noc nad Gorzowem, a ja samotnie stoję w oknie Hotelu Mieszko i oddycham gorzowskim powietrzem. Niedługo wyjadę, wyprawa była tylko dwudniowa ale zabiorę sobie zdjęcia, wspomnienia zawinę w kłębek i będę marzyła w takie zimowe nieprzyjazne dni. Gorzów to mój azyl, miejsce dzieciństwa i nikt mi tego nie odbierze…..