Moje czwarte dziecko
Na Siennej było jak zwykle. Praca, dyżury i te nieszczęsne żółtaczki, które mnie nudziły, o czym wspominałam już wcześniej.
Na wiosnę 1979 roku zorientowałam się , że jestem w ciąży. Dyżury całodobowe, zaburzony rytm życia spowodował w moim organizmie zmiany hormonalne z całkowitym rozregulowaniem cykli miesięcznych. W tej sytuacji antykoncepcja była bardzo trudna, właściwie niemożliwa. I mając już troje podchowanych dzieci, nie planując dalszego rozwoju rodziny teraz byłam w stanie odmiennym.
Nie muszę ukrywać, że czułam się z tym nieporadnie. Dotyczyło to pewnej mierze lęku przed trudami , ale też złamania danego słowa. Otóż przychodząc na Sienną, zapewniałam, że to już koniec mojego rozmnażania się. Uwierzyli, zaakceptowali mnie, a ja teraz zawodzę. Nie wiedziałam, jak to powiem lekarzom, ordynatorom. Bałam się ich reakcji. Ale tutaj spotkała mnie miła niespodzianka. Gdy spotkałam na korytarzu mojego ówczesnego ordynatora dr Dębskiego, od razu nieomal szeptem mu wyznałam, że będę miała jeszcze jedno dziecko. Pan doktor serdecznie się ucieszył, objął kordialnie i wyściskał. Powiedział, że gdyby im się tak zdarzyło, to pomimo trzech już dorastających synów, zdecydowaliby się na kolejne dziecko.
Odetchnęłam i z optymizmem a nawet radością pomyślałam o swojej przyszłości.
Nie wiem jakie były komentarze poszczególnych ludzi z zespołu, wszak nie wszyscy mieli dzieci, albo mieli jedno lub dwoje a w dodatku moja ciąża sprawiała im problem dyżurowy i w ogóle personalny.
Oczywiście dyżurowałam do połowy ciąży, bo takie były przepisy.
Dziwne były, bo przecież wiadomo, jak ważny jest pierwszy okres ciąży i jakie mogą być powikłania. Ale kiedyś tak było, a jak opowiadali inni, nawet nie było zwolnień od dyżurów przez cały okres ciąż.
Posiedziałam jeszcze trochę w oddziale żółtaczkowym, ale po połowie ciąży postanowiłam zagrać.
Było to odruchowe i właściwie niczym nie uzasadnione.
No, właściwie uzasadnione jedynie tym, że mogłam wreszcie zrealizować swoje marzenie. Była nim praca w Oddziale Neuroinfekcji.
Któregoś więc dnia oznajmiłam , że obawiam się zakażeń w oddziale żółtaczkowym i bardzo proszę, by mnie przeniesiono do Oddziału Neuroinfekcji.
Ordynatorzy musieli mieć dużo dla mnie tolerancji, bo nie dyskutowali, nie przekonywali, że wszędzie się mogę zarazić, jeno po prostu przenieśli mnie tam, gdzie czułam się najlepiej.
I w ten sposób dostałam szansę spędzenia kilku ostatnich miesięcy u boku pani dr Czachorowskiej. Starałam się pracować najlepiej jak umiałam, ale już pod koniec ciąży byłam bardzo gruba, ledwie mieściłam się w maleńkiej szatni, gdzie się przebierały lekarki. Cierpliwie więc czekałam, aż ktoś tam się rozbierze i opuści to miejsce. Dopiero wówczas mogłam tam wejść.
W czasie przerw kawowych polegiwałam na kanapie dyżurnego i tak przetrwałam do terminu porodu…