
Nieomal w sercu Wieńca Zdroju

Wszędzie o krok od sanatorium i zabiegowni lasy

jeszcze bezkwiatowy, bo marcowy parczek w centrum, sosny wszędzie, w tle nowy, jeszcze nie oddany do użytku obiekt

I słońce maluje sosny
Ta opowieść czekała cierpliwie, aż się nieco przeterminowała. Bo działo się to w marcu, a teraz już kwiecień. Najpierw wtłoczyła się na strony tego blogu Japonia, nabrzmiewając bez końca nieomal ożywającymi w miarę pisania wspomnieniami, potem Jackowe wirtualne spotkania. Ale cierpliwość popłaca. Właściwie nic to z płaceniem nie ma wspólnego, ale takie powiedzenie przyszło mi do głowy, gdy sięgnęłam po nieco już zapomniany Wieniec. I od razu wrócił, maleńki , ciepły, urokliwy…..a zaczęło się tak:
Któregoś pewnie jesiennego dnia nasza bardzo bliska Basieńka, od urodzenia włocławianka wspomniała o niedalekim uzdrowisku z niezwykłymi solankami, pięknie położonym pomiędzy starymi sosnami i teraz rozbudowywanym z iście europejskim rozmachem. Nazwy nie podała, ale pobudziła moją ciekawość. A głównie te wielkie lasy pobudziły. Bo tęsknimy za naszym nadbużańskim miejscem, ale domek tam lodowaty i o tej porze roku zamieszkanie niemożliwe. Tak więc były w nas sosny i tęsknota .
I właściwie nazajutrz , gdy nasza mazowiecka melancholia z oknem i dzień wczesnomarcowy zajrzałam do netu. Wujowi google zadałam pytanie: uzdrowisko Włocławek. I cóż się ukazało moim zdumionym oczom. Wuj od razu pokazał na Wieniec Zdrój.
A dlaczego się zdumiałam i w dodatku od razu zabiło mi serce? Otóż przez ponad dwadzieścia lat pracy w CZD wypisywałam skierowania do sanatorium moim małym pacjentom. Mieliśmy jakby przydzieloną miejscowość , którą należało wpisać. Był to Wieniec Zdrój. Jakoś nie miałam okazji by sprawdzić gdzie dokładnie leży ani też zapytać rodziców jak tam jest.
I teraz okazja przyszła do mnie sama via Basieńka.
Gdy przeczytałam Wieniec Zdrój , od razu jakby wróciły klimaty pracy o której już zupełnie zapomniałam. I moje dzieci i ich rodzice- jak wielu pamiętam. Niektórzy jeszcze teraz się odzywają , mam już „ poradniane wnuczęta”, dzwonią, maile piszą oczywiście z prośbą o jakąś poradę. I jest wtedy miło.
Wracam więc do Wieńca- ładna nazwa, dźwięczna, chociaż Mirek miał wątpliwości czy ładna. Miał jakieś inne skojarzenia. Od razu uspokoiłam, że nie ma związku z tym ostatecznym, przyjął to i szybko zapomniał o poprzednim myśleniu.
Jak zwykle w takich sytuacjach gdy rodzi się chęć wyjazdu w określone miejsce, siadłam do komputera i wyszukałam oferty pobytu, net wyznaczył trasę, napisałam, odpowiedziano, że mają miejsce, potwierdziłam i po pewnym czasie wystartowaliśmy. Trochę na przekór temu, co się działo w domu- wnuki chorowały, pomagać należało, a my do sanatorium.
Córka wprawdzie sugerowała, że jakoś da radę, ale pojechaliśmy z niepokojem.
Wybraliśmy trasę dłuższą, bo 215 km od Warszawy, ale dwoma autostradami. Najpierw A2, która okazała się pomimo niedzieli pełna tirów najczęściej z plakietką Rus, gnających do Niemiec , na szczęście po odbiciu w Strykowie na A1, byliśmy nieomal sami na tej trasie. Pomni poprzedniej jesiennej jazdy z Jastarni , zatrzymaliśmy się jeszcze przy A2 na kawkę, małe co nieco i oczywiście siusianie. I dobrze się stało, bo od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal na dużym, bliższym Łodzi odcinku A1 nie ma możliwości pokuszania. Są przygotowane parkingi, niektóre już nawet czynne, ale bez jedzonka.
Tak więc nasyceni, odświeżeni pognaliśmy dalej. Niebawem pokazała się informacja, że już będzie węzeł Włocławek Zachód . Tam zjechaliśmy na krajową , ruch samochodowy był już większy, ale podróż była krótka, po niewielkim zawirowaniu na przedmieściach Włocławka i zasięgnięciu języka u miłego pana oczekującego na przystanku autobusowym zawinęliśmy na trasę do Wieńca. Po chwili otworzyły się przed nami wielkie lasy, zanurzyliśmy się z rozkoszą. I nawet widok szpitala z zagęszczeniem parkujących samochodów nie popsuł nastroju. My mknęliśmy w kierunku Wieńca Zdroju. Wiedziałam, że trzeba pilnie uważać gdzie skręcić , bo jest tak mały , że można przegapić. Ale nie przegapiliśmy. Dostojnie wjechaliśmy na uliczki naszego uzdrowiska.
Dookoła wielkie ale przyjazne pnie sosnowe z koronami sięgającymi nieba, całość położona jakby wyżej, na niewysokiej płaskiej rozległej wydmie, a powietrze kryształ. W centrum znajduje się ogrodzony park a właściwie parczek z licznymi nasadzeniami róż i innych krzewów, o tej porze roku jeszcze uśpionych. Wszędzie mieszkają sosny, także w tym parku. Zauważyłam też świeże nasadzenia świerkowe. Nie wiem co planują właściciele uzdrowiska, jaką zmianę , bo gdy umrą wiekowe sosny, wyrosną świerki i wtedy żal będzie. Ale co tam, po nas choćby potop…..Dookolne lasy przetykane drzewami liściastymi teraz jeszcze bezlistnymi były przejrzyste, świetliste. Jedynie wielkie jałowce ciemniały u stóp leśnych strzelistych wielkoludów. Było cudnie, przecudnie…


