W marcowym Wieńcu Zdroju.

SAM_9431.JPG

Nieomal w sercu Wieńca Zdroju

 

SAM_9437.JPG

Wszędzie o krok od sanatorium i zabiegowni lasy

 

SAM_9419.JPG

jeszcze bezkwiatowy, bo marcowy parczek w centrum, sosny wszędzie, w tle nowy, jeszcze nie oddany do użytku obiekt

 

SAM_9405.JPG

I słońce maluje sosny

 

 

 

Ta opowieść czekała cierpliwie, aż się nieco przeterminowała. Bo działo się to w marcu, a teraz już kwiecień. Najpierw wtłoczyła się na strony tego blogu Japonia, nabrzmiewając bez końca nieomal ożywającymi w miarę pisania wspomnieniami, potem Jackowe wirtualne spotkania. Ale cierpliwość popłaca. Właściwie nic to z płaceniem nie ma wspólnego, ale takie powiedzenie przyszło mi do głowy, gdy sięgnęłam po nieco już zapomniany Wieniec. I od razu wrócił, maleńki , ciepły, urokliwy…..a zaczęło się tak:

Któregoś pewnie jesiennego dnia nasza bardzo bliska Basieńka, od urodzenia włocławianka wspomniała o niedalekim uzdrowisku z niezwykłymi solankami, pięknie położonym pomiędzy starymi sosnami i teraz rozbudowywanym z iście europejskim rozmachem. Nazwy nie podała, ale pobudziła moją ciekawość. A głównie te wielkie lasy pobudziły. Bo tęsknimy za naszym nadbużańskim miejscem, ale domek tam lodowaty i o tej porze roku zamieszkanie niemożliwe. Tak więc były w nas sosny i tęsknota .

I właściwie nazajutrz , gdy nasza mazowiecka melancholia z  oknem i dzień wczesnomarcowy zajrzałam do netu. Wujowi google zadałam pytanie: uzdrowisko Włocławek. I cóż się ukazało moim zdumionym oczom. Wuj od razu pokazał na  Wieniec Zdrój.

A dlaczego się zdumiałam i w dodatku od razu zabiło mi serce? Otóż przez ponad dwadzieścia lat pracy w CZD wypisywałam skierowania do sanatorium moim małym pacjentom. Mieliśmy jakby przydzieloną miejscowość , którą należało wpisać. Był to Wieniec Zdrój. Jakoś nie miałam okazji by sprawdzić gdzie dokładnie leży ani też zapytać rodziców jak tam jest.

I teraz okazja przyszła do mnie sama via Basieńka.

Gdy przeczytałam Wieniec Zdrój , od razu jakby wróciły klimaty pracy o której już zupełnie zapomniałam. I moje dzieci i ich rodzice- jak wielu pamiętam. Niektórzy jeszcze teraz się odzywają , mam już „ poradniane wnuczęta”, dzwonią, maile piszą oczywiście z prośbą o jakąś poradę. I jest wtedy miło.

Wracam więc do Wieńca- ładna nazwa, dźwięczna, chociaż Mirek miał wątpliwości czy ładna. Miał jakieś inne skojarzenia. Od razu uspokoiłam, że nie ma związku z tym ostatecznym, przyjął to i szybko zapomniał o poprzednim myśleniu.

Jak zwykle w takich sytuacjach gdy rodzi się chęć wyjazdu w określone miejsce, siadłam do komputera i wyszukałam oferty pobytu, net wyznaczył trasę, napisałam, odpowiedziano, że mają miejsce, potwierdziłam i po pewnym czasie wystartowaliśmy. Trochę na przekór temu, co się działo w domu- wnuki chorowały, pomagać należało, a my do sanatorium.

Córka wprawdzie sugerowała, że jakoś da radę, ale pojechaliśmy z niepokojem.

Wybraliśmy trasę dłuższą, bo 215 km od Warszawy, ale dwoma autostradami. Najpierw A2, która okazała się pomimo niedzieli pełna tirów najczęściej z plakietką Rus, gnających do Niemiec , na szczęście po odbiciu w Strykowie na A1, byliśmy nieomal sami na tej trasie. Pomni poprzedniej jesiennej jazdy z Jastarni , zatrzymaliśmy się jeszcze przy A2 na kawkę, małe co nieco i oczywiście siusianie. I dobrze się stało, bo od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal na dużym, bliższym Łodzi  odcinku A1 nie ma możliwości pokuszania. Są przygotowane parkingi, niektóre już nawet czynne, ale bez jedzonka.

Tak więc nasyceni, odświeżeni pognaliśmy dalej. Niebawem pokazała się informacja, że już będzie węzeł Włocławek Zachód . Tam zjechaliśmy na krajową , ruch samochodowy był już większy, ale podróż była krótka, po niewielkim zawirowaniu na przedmieściach Włocławka i zasięgnięciu języka u miłego pana oczekującego na przystanku autobusowym zawinęliśmy na trasę do Wieńca. Po chwili otworzyły się przed nami wielkie lasy, zanurzyliśmy się z rozkoszą. I nawet widok szpitala z zagęszczeniem parkujących samochodów nie popsuł nastroju. My mknęliśmy w kierunku Wieńca Zdroju. Wiedziałam, że trzeba pilnie uważać gdzie skręcić , bo jest tak mały , że można przegapić. Ale nie przegapiliśmy. Dostojnie wjechaliśmy na uliczki naszego uzdrowiska.

Dookoła wielkie ale przyjazne pnie sosnowe z koronami sięgającymi nieba, całość położona jakby wyżej, na niewysokiej płaskiej rozległej wydmie, a powietrze kryształ.  W centrum znajduje się ogrodzony park a właściwie parczek z licznymi nasadzeniami róż i innych krzewów, o tej porze roku jeszcze uśpionych. Wszędzie mieszkają sosny, także w tym parku. Zauważyłam też świeże nasadzenia świerkowe. Nie wiem co planują właściciele uzdrowiska, jaką zmianę , bo gdy umrą wiekowe sosny, wyrosną świerki i wtedy żal będzie. Ale co tam, po nas choćby potop…..Dookolne lasy przetykane  drzewami liściastymi teraz jeszcze bezlistnymi były przejrzyste, świetliste. Jedynie wielkie jałowce ciemniały u  stóp leśnych strzelistych wielkoludów. Było cudnie, przecudnie…

Noclegi w Uniejowie.

Zakotwiczyliśmy się w mrocznym Kasztelu. Położony obok dość ruchliwej szosy i wjazdu na teren Term, kiedyś pewnie spełniał funkcje obronne, teraz jednak nie daje możliwości pełnego wypoczynku. Ten obiekt jest bardzo ładny, starannie zaprojektowany , pewnie wiernie zrekonstruowany i wykończony z pietyzmem. Zachwycają stylowe detale i ogólnie wart obejrzenia. Ale niestety dla nas , już starszych ludzi był zbyt ponury. Maleńkie okienka, wpuszczające niewiele światła, łoże z baldachimem i inne szczegóły powodowały w nas nastrój smutku, zupełnie inny niż taki, jakiego oczekiwaliśmy.

Wobec tego szybko rozejrzeliśmy się po okolicy .

Budowane są dwa duże pensjonaty nad Wartą z widokiem na Zamek, może ukończą je za rok.

Obejrzane przez nas kwatery, może nie wszystkie, ale te położone w przyzwoitej odległości od Term nam nie odpowiadały, stare budynki wprawdzie zaadoptowane zwykle zalatywały starzyzną.

Ktoś nam doradził, byśmy się zwrócili do Sióstr zakonnych, u których znaleźliśmy spokój i ciszę wśród kwitnących sadów. Nowiutkie wnętrza, wielkie szerokie, nisko schodzące nad podłogę okna zauroczyły.

 Pokoje na dole miały łazienki wspólne, ale było ich kilka.  Wybraliśmy pokoje na drugim piętrze, każdy  wyposażony w węzeł sanitarny.

Śliczna i świetnie wyposażona wspólna kuchnia połączona z jadalnią zachęcała do spożywania tam posiłków.

Można było też wyjść do bardzo zadbanego  ogrodu, gdzie był stół , krzesła i wśród cudnej kwietnej zieleni kontemplować, rozmawiać itp.

Klimat tego miejsca sprzyjał odpoczynkowi, bo w tam w ogóle nie było telewizorów i odbiorników radiowych. Początkowo to nas trochę zirytowało, ale po kilku dniach pobytu okazało się, że było to wybawienie- oderwanie się od tych mediów , problemów zewnętrznych, kotłowaniny politycznej.

Siostra Milena, przełożona, była bardzo miła, gościnna i zawsze pomocna. Pytaliśmy o pobyt z małymi dziećmi, Siostra wskazała większy pokój z łóżeczkiem i zapraszała młode rodziny. Jednym słowem miejsce to możemy polecać bez żadnego zawahania się.

Do parku, Zamku i Term odbywaliśmy uroczy 10 minutowy spacerek  przez Rynek i kładkę na Warcie …

 

 

Widok na Wartę, Termy z kładki łączącej miasteczko z częścią historycznie ważną i rekreacyjną.

 

A może do Uniejowa.

Dla mnie, urodzonej nad Wartą Uniejów ma specjalne znaczenie. To miasteczko położone nad tą samą rzeką co mój rodzinny Gorzów naprawdę może zauroczyć.

Całkiem niedawno usłyszałam w radio audycję nt nowego , mającego zaledwie rok, polskiego uzdrowiska o nazwie Uniejów. Prawdę mówiąc mam spore zaległości w zwiedzaniu Polski i nazwę tę usłyszałam po raz pierwszy.  Gdy zajrzałam do atlasu, znalazłam je bardzo blisko Warszawy, ok. 150 km na zachód.

 I jak tu nie pojechać, sprawdzić to o czym mówią dziennikarze. Decyzja była prosta. Wyszukałam w necie informacji nt możliwości noclegu. Proponowane tam miejsca Hotelowe w Zamku, w Domu Pracy Twórczej i Kasztelu miały wysokie ceny, ale po cichu myślałam o znalezieniu taniej kwatery. Zarezerwowałam więc nocleg w najtańszym spośród trzech wymienionych- Kasztelu i wybraliśmy się w drogę.

Trasa nową S2 w kierunku Poznania niosła nas szybko i pewnie.

Jednak piękne polskie widoki zza okna samochodu psuły wszechobecne ekrany. Jazda pomiędzy nimi nie sprawiała przyjemności i w dodatku była zaburzona myśleniem- po co ustawiono ich tyle i kto na tym zarobił. Duże przestrzenie zupełnie puste, łąkowe, bez żadnego domostwa zamknięto w te okropne wytwory chorej wyobraźni. Ale cóż, może nie mieliśmy racji, może były jakieś cele wyższe, nie wiadomo…

Na trasie była tylko jedna bramka, więc za ok. 20 km zapłaciliśmy 4 złote. Gdzieś tam została za nami Łódź i wkrótce odbiliśmy w lewo , kierując się na wymarzony Uniejów.

Powitał nas piękną pogodą,  szerokim widokiem na dużą rzekę i zamkiem niespodziewanie wyrastającym ze starego parku.

 

 

Nadwarciański magiczny Uniejów. Widok ze strony miasteczka.

Na medycznej ścieżce. Internat z ginekologii i położnictwa.

Nastał grudzień, a moje drugie dziecko nie miało zamiaru się rodzić. Miałam już doświadczenie z Justyną, która urodziła się 2 tyg po terminie porodu. I  wtedy pomyślałam, że teraz będzie podobnie i powinnam wcześniej odbyć internat z ginekologii, który był zaplanowany na czas wiosenny. Wiedziałam, że w tym okresie , mając już dwoje małych dzieci moja tygodniowa nieobecność w domu będzie problemem. Udałam się więc do Kliniki przy ul. Karowej, gdzie otrzymałam przydział z prośbą o przyjęcie mnie właśnie teraz.  Udało się, wprawdzie przyjęli mnie z oporami, udowadniając, że z tak wielkim brzuchem nie uda mi się tych zajęć zakończyć. Zadowolona z możliwości zaliczenia internatu jeszcze przed porodem, spakowałam więc ciuchy na ten tydzień , pożegnałam rodzinkę i małą córeczkę i zapudliłam się w tej klinice.

Starałam się być na wszystkich zajęciach, mimo pewnych trudności z wciskaniem swojego brzucha we wszystkie drzwi. Ale czułam się dobrze, byłam przecież całkiem młodą kobiet a ten stan nie był przecież żadną chorobą.

Potem spotykałam na korytarzu Murzyna, który był tam asystentem i zawsze słyszałam od niego- Ty masz taki brzuch, że powinnaś rodzić, kładź się na oddział. Niewzruszenie odpowiadałam , że planuję urodzić w konkurencyjnej klinice przy ul. Starynkiewicza. Tam rodziłam Justynę a Klinika ta wśród pacjentek miała opinię lepszą niż ta, w której odbywałam internat. Słynęła ze stosowania metod przyspieszających tempo porodu oraz leków przeciwbólowych. Na Karowej preferowano porody naturalne, a kierujący Kliniką Prof. Roszkowski był niemiły i mimo niskiego wzrostu uzupełnianego wielkim białym stożkowatym czepcem na wzór ubioru lekarzy radzieckich, budził grozę. Gdy wpadał na porodówkę, przy pierworódce, która miała około 30 lat i powyżej nawet się nie zatrzymywał, zupełnie nie zważając na wijącą się nieszczęsną z bawolim wzrokiem pełnym nadziei utkwionym  w Profesora , przebiegał obok i  machał ręką, że jest za stara.

Zajęcia na położnictwie odbyłam starannie. Wzywano mnie do porodów równie często jak inne nie ciężarne koleżanki. Wprawdzie nie mieliśmy prawa aktywnie uczestniczyć w porodach. Byliśmy właściwie jedynie obserwatorami, ale akcja była dla nas tak niesamowita, że nawet koledzy nabierali powietrza i parli gdy miała to czynić rodząca. Widok był prześmieszny. Ale ja też tak reagowałam, usiłując wspierać nieszczęsną. Jedynie w gabinecie poradni ginekologicznej dopuszczano nas do badania pacjentek, co nie było dla nich miłe, ale cóż , nie miały wyjścia. Przecież przyszły do poradni przyklinicznej i studenci byli  nieodłącznym elementem w jej pejzażu.

Mimo przewidywań moich szefów, internat zaliczyłam zdając nawet końcowe kolokwium i opuściłam mury tej kliniki.

Tak się złożyło, że teraz moja synowa jest adiunktem w tej klinice a wszystkie nasze wnuki tam przychodziły na świat.

Piękna jest ta klinika,  mieści się w stylowym budynku ze zręcznie wkomponowaną nową częścią.  Magiczne jest do niej dojście. Z Krakowskiego Przedmieścia na wysokości Hotelu Bristol odbija ul. Karowa, która potem spada schodami po zboczu skarpy i doprowadza do tego szpitala.  U stóp tej skarpy rozkłada się śnieżny budynek a u jego stóp  pluszczcze szeroka Wisła i szumi Wisłostrada.