Minęło kilka dni, od
kiedy wrzuciłam ostatni odcinek Pamiętnika, więc niewielkie przypomnienie. Jan
po 10 latach katorgi i bezsensownym
przewożeniu przez oprawców przez całą
Rosję aż do krańca kontynentu, zakończył odbywanie wyroku. Ale
upragniona wolność nie była taka prosta. Miał zakaz powrotu nie tylko do żony i
synów, którzy już byli w Polsce, gdyż dawno zakończyła się wojna i ich rodzinne
tereny stały się Białorusią – więc jak wielu mieszkańców kresów opuścili swoje
gniazda i wyjechali do Polski – ale też do swoich bliskich, którzy na
Białorusi pozostali ( choć był to teren Związku Radzieckiego ). Musiał więc
organizować swoje życie na miejscu ale stale żył nadzieją, że przezwycięży
zakaz i wróci do swoich …. Został
księgowym w sowchozie Telemanna , ale nie potrafił liczyć na liczydłach , choć
sam się uczył intensywnie i znalazł następcę . Był nim Iwan Iwanowicz – dawny katorżnik, pijaczyna –
bradiaga – basiak – jak się tam mawiało – czyli włóczęga. Jego atutem było to,
że przed wojną pracował jako księgowy w znanej firmie. Wymagał starannych
zabiegów higienicznych, by odzyskać odpowiedni wygląd …..
Oto ciąg dalszy
Pamiętnika Jana :
Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.
Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.
Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej
swojej posady.
Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?
Nadal wyglądał jak
straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.
Tak to wszystko było
zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.
Drogi tu były polne i
z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.
Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie
mogli uwierzyć.
Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.
Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli
uwierzyć, że on będzie księgowym.
Drugi dzień musiałem
poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.
Mieszkał on i żył
przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i
doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.
Felczer tego osiedla
przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.
Dopiero po tym
oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza
do swojej kantorki zbudowanej z desek.
A więc do mojego
pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.
Między naszymi
łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca,
magazyniera.
To nasze „ biuro”
znajduje się tuż obok szopy, gdzie z
braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.
Oni jeszcze wypoczywają po pracy na łóżkach bez materaców i pościeli. ….
Po tej kuracji lekarskiej Iwan Iwanowicz wyglądał już na
normalnego sowieckiego obywatela.
Ten pamiętny dzień
przeprowadzki do biura uczciliśmy szampańskim, przyniesionym przez mnie ze
sklepu na prośbę mojego księgowego.
Przy okazji tej „
uroczystości” opowiedział mi o swoim życiu.
Urodził się w Tomsku,
gdzie ukończył średnią szkołę .
Jako zdolnemu
uczniowi powierzyła mu władza sowiecka
pracę w księgowości, w której okazał wybitne zdolności.
Władza wysuwała go w
tym zawodzie na coraz to wyższe
stanowiska.
I wreszcie , jeszcze
w czasie II wojny światowej , mianowano
go na głównego księgowego na
województwo.
W pracy tej był tak
sprytny, że potrafił skryć 100 tys. rubli i schować, jak on mówił- „ końce w wodzie”.
Podzielił się tą
sumą ze swoimi współpracownikami i sam
zaczął hulać i pić.
Rozpił się do takiego stopnia, że porzuciła go
żona.
Do obozu trafił za
to, że kiedyś nieumiejętnie „schował” 5
tys. rubli .
Dostał pięć lat
łagru, które odpracował w tym Kazachstanie.
I teraz już przez
kilka tygodni szukał pracy, przebywając- śpiąc w stogach i żywiąc się czym
popadło.
Słuchając opowieści
Iwana Iwanowicza myślałam, do czego może doprowadzić człowieka picie alkoholu?.
Jeszcze do tych refleksji
wrócę.
A teraz parę słów o interesantach.
Mało przychodziło ludzi do tej kantorki, bo mało było
obywateli w ogóle w tej okolicy.
Mnie już tu znali.
Przychodzili po
wypłaty, ale nowego księgowego jeszcze nie widzieli.
Jeden z interesantów
otwiera drzwi do kantorki i zobaczywszy
siedzącego za stołem już mu znanego jako „ basiaka” , cofa się nic nie mówiąc.
Widząc tę sytuację,
wychodzę z kantorki także, by wyjaśnić zainteresowanemu.
A to była kobieta,
która nieraz widziała obecnego głównego księgowego w stogu siana i nazywała go
„ basiak”.
Wyjaśniłem jej, że ja
już nie jestem tym księgowym , ale ten pan siedzący za stołem naprzeciwko
drzwi.
A ona- interesantka
na to:
„ Kakajże eto durak jewo naznaczył na etu
dołżność?” .
Odpowiadam, że rejonowe władze.
Pytam ją , w jakiej przychodzi sprawie?.
A ona na to:
„ Mnie nużno sztoby zapłacili za uborku wozle bani”.
„ W takom słuczai wchodzicie w kantorku i wam wypłacit nowy buchalter”.
Weszła i otrzymała należną zapłatę.
Odchodziła, ale widać było, że ją kiedyś
mocno nastraszył , bo i teraz na widok jego jest pod wrażeniem tego strachu.
Współpraca
i współżycie z Iwanem Iwanowiczem.
Nowy księgowy, mój
następca przybył do pracy w końcu lipca
1954 roku.
Był to okres upałów dochodzących do 50 stopni.
Przy takiej
temperaturze nie można było pracować na budowie kamiennego domu, ani też w
kamieniołomach, znajdujących się o 4-5 km. odległych od budowy.
Dlatego też praca
posuwała się bardzo powoli.
Robotnicy wychodzili
do niej w godzinach od 6- tej rano i od 16- tej do 20- wieczorem.
Nawet w moim
magazynie zbitym z desek trudno było wytrzymać.
Nieczynne o tej porze
roku piece żeliwne stojące tu były tak
nagrzane, że dotknąć było trudno.
Trzodę chlewną
zganiano z pola do obór, w czasie południowej temperatury, przy której jajko w
piasku można było upiec.
Wszyscy ludzie byli
opaleni na czarno.
Tak wysoka
temperatura panowała przeważnie w miesiącach lipcu i sierpniu.
Bieda była, gdy w
tych miesiącach nie pokropił deszcz.
Zboże i trawy
wysychały.
A pożary tam i ówdzie
powstawały. Kto był żyw, spieszył do gaszenia tego żywiołu.
Takim rokiem klęski był rok 1955.
Natomiast rok 1954
był rokiem urodzaju pszenicy.
Taka była jej
obfitość, że nie było gdzie podziewać.
Sypano ją w kopy na gołym polu.
Każdy zapobiegliwy
kołchoźnik i sowchoźnik nagromadził tego dobra na trzy- cztery lata.
Nas, urzędników , w porze urodzaju , ganiano do pracy na
przesypywanie zsypanego ziarna w różnych budynkach mających dachy, albo nawet
zsypanego zboża na polu.
Nowy księgowy i ja
także, braliśmy udział w ratowaniu złota kazachstańskiego – pszenicy.
Oprócz społecznej pracy wykonywaliśmy i swoje obowiązki
związane z naszym zawodem. Iwan Iwanowicz sporządzał listy płac, a ja jeździłem
do rejonu po różne materiały: jak wapno, farby, oleje ( pokost) , eternit (
szyfer) na pokrycie dachów.
Ponadto przywoziłem ubrania dla robotników , pościel, łóżka
itp. rzeczy.
Gdy ja niemal każdego
dnia wyjeżdżałem po coś do rejonu, Iwan Iwanowicz prosił mię o przywiezienie „
półlitrówki”.
Przywoziłem.
Z początku za moją
gotówkę, a gdy otrzymał pobory, zwracał mi pożyczkę.
Był sklepik w naszym
osiedlu.
Można było w nim kupować chleb biały, słoninę, śledzie.
Oprócz tego pojawiały się i materiały odzieżowe bez dużego
wyboru.
Wódka i wino rzadko pojawiały się w tym magazynie- sklepiku.
Czasami z rejonu
Osakorowki, z hurtowni przywozili beczkę wina albo kilka skrzynek wódki.
Ten dzień, w którym
przywieziono wódkę albo nawet wino w beczce , był dniem „ święta”. Kto mieszkał
w tym osiedlu był pijany.
Praca była przerwana
z chwilą pojawienia się tego srebrnego i złotego drinka- trunku- wina i wódki.
Tylko jedna księgowa
sowchozu Telmana i ja byliśmy w tym dniu trzeźwi.
Iwan Iwanowicz także
dopadł do tego „ zbawienia” wypicia stu gram.
Jakieś dzieciaki
przybiegły do kantorka i powiadomiły mię, że księgowy leży pijany niedaleko sklepiku.
Poszedłem tam i
znalazłem go rzeczywiście pijanym.
Na moje pytanie:
„ Szto z taboj?”
Iwan Iwanowicz odpowiedział:
„ Niemnożka
polecziłsia i powidzkiemu za mnogo tego leku upotrebił”.
Mówię mu:
„ Idziemy damoj.
Pomagi podniaccia”.
Podaję rękę.
Opiera się o moje ramię i krok po kroczku idziemy.
Doszliśmy do swojej kantorki i tu przeciągam go przez próg.
Wódkę niedopitą wyciąga z kieszeni i stawia na stole.
Sam pada na łóżko i zaczyna głośno chrapać.
Połowę półlitra sprzątam ze stołu i chowam go w apteczce.
Nie minęło parę godzin od jego spania, gdy Iwan zerwał się z
pościeli i czegoś zaczął szukać. Zaglądał w każdy kąt, pod materac, w kosz na
śmieci.
W końcu pyta mię, gdzie ja podziałem jego „ lubimuju”-
jeszcze pół butelki wódki.
Tłumaczę mu, że butelkę próżną, która stała na stole,
wyrzuciłem za kantorkę.
„ Eta łoż, wy jejo gdzie to spratali , no gdzie?”
„ proszu rasmotrieć,
, możet wy jejo postawili w apteczkie”.
W mig odnajduje wódkę i oczom nie wierzy- wódka jest i nie
ruszana.
Chwycił ją i pociągnął co najmniej 50 gram.
Zagryzł suchą rybą – obłą.
To była jego ulubiona zakąska.
Nie zawsze przywożono
wódkę do sklepu w każdym tygodniu.
Dlatego Iwan Iwanowicz robił zawsze zapas jej
w swojej kantorce.
Kiedy zarobił rubli-
dostawał pensję miesięczną- to często kupował tego lekarstwa większą ilość.
I tak w miesiącu
listopadzie zakupił pełną skrzynkę tego boskiego napoju.
Na pytanie moje, czy
ty będziesz z niej- wódki, kaszę gotował, czy co?
Odparł:
„ Nie podśmiewajsia iz mienia. Jeju skoro nie
dowiezut, dojechać nie budzie możnost
Były takie dni, kiedy wódki nie było i ten „ gławbucha” ( księgowy ) nie chciał robić listy do opłacania wykonanych
robót.
Ze złości rozrzucał swoje dokumenty i kategorycznie
oświadczał, że jeśli pracownicy nie znajdą dla niego pięćdziesięciu gram
gorzałki, nie wypłaci im należności, nie zrobi listy zapłaty.
Po całym osiedlu
szukali tej „ upragnionej” i wreszcie zdobyto.
Po wypiciu zaczął
pracować jak trzeźwy.
Pieniędzy u niego
było pod dostatkiem .
Co najmniej 100 rubli
otrzymywał od każdego pracownika, bo on im dopisywał do wydobytych kamieni,
jeszcze na 400 – 500 rubli.
A więc robotnikowi
opłacało się dać te 100 rubli za czterysta dopisanych.
Iwan Iwanowicz był dobrym człowiekiem.
Współczuł biedakom i
dawał im dary w postaci rubli. Ale nie ze swojej kieszeni.
Do mnie był dobrze
ustosunkowany.
Gdy zdawał bilanse przypominał mi, że teraz należy podać
jemu rzeczy brakujące, zepsute, zaginione, by on mógł je spisać, by nie było
braków w magazynie.
Przy tym nauczył mię, jak zestawiać bilans, żeby był
prawidłowy.
Poznając jego sztuczki przy układaniu bilansu, też się
nauczyłem robić bilans krótko i
poprawnie – gdyby przyszło się pracować w dziedzinie księgowości.
Nauczyłem się od niego wielu „mądrych” chwytów – w pracy
księgowego.
Pewnego razu,
gdy księgowi układali bilans roczny, wstąpiłem do biura i dowiedziałem się, że
księgowość łamie głowę nad bilansem i nie mogą dać rady.
Bilans się nie schodził, nie zgadzał.
Po przyjeździe do siebie opowiedziałem Iwanu Iwanowiczowi.
A on na to:
” puść wypijut po sto
gram, a ja pomogu jewo sostawić”.
Przy tym przekazałem
jemu prośbę gławbucha- głównego księgowego, żeby on jutro ze mną przyjechał do niego.
Prośbę z ochotą
przyjął i jutro byłem z nim u głównego księgowego.
Ten opowiedział mu, w
czym rzecz.
Iwan Iwanowicz
poprosił o wszystkie dokumenty, otrzymał je i zaczął w nich szperać szukając
błędów.
Prędko je znalazł- za
dwadzieścia minut zestawił nowy bilans.
Podał go
„gławbuchowi”.
Ten długo szukał
sztuczek Iwana Iwanowicza, ale nie znalazł nic do zarzucenia.
W końcu powiedział:
„ Choroszaja gołowa,
no duraku popała” ( pijanicy się dostała).
Porządnie obleli ten
bilans koniaczkiem, także ledwie żywego przywiozłem do Telmana. Sławą się okrył
mój Iwan Iwanowicz.
A przysłowie:
„ Chroszaja gołowa, no duraku popała”, po dziś
dzień jest powtarzana przez mnie i moich bliskich.
c.d.n.