Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 43 ). Delirium tremens mojego księgowego.


zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?

   Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz”  –  Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.

Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół  niedoli – i prowadzimy rozmowę.

Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :

 „ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.

Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.

Na korytarzu nikogo nie widzę.

Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.

Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:

 „ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.

Ja pytam:

„ A czem oni sowietujuccia?” .

On:

„ sowietujuccia  sztoby nas ubić”.

A za szto?

„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).

„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).

„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.

     Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.

Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.

Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:

„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).

Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.

Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.

Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.

Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.

Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.

Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.

Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?

Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.

Nigdzie go nie było.

Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.

Na dworze już dobrze rozwidniało .

Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.

Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.

Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.

I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.

Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.

Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.

Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu  u was się dzieje?

Konopielkę zabili pracownicy.

Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.

 A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.

Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.

 Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.

Mówią :

„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.

A on na to:

„ ty sam uszoł z uma ”.

Faktem jest, że stracił on rozum.

Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza  w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.

Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i  by tam się nim zajęli.

Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.

Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.

Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.

Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.

Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.

Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.

Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.

Było to  w rejonie.

Spotkanie było bardzo czułe.

Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.

 „ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).

Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł  ale w butelce nic nie zostało.

To było nasze ostatnie pożegnanie.

Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.

 Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i

 „ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”

jak on to mówił nie raz przy mnie. …

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 42 ). Ciąg dalszy „ wolności „ i przykra historia z księgowym


Minęło kilka dni, od kiedy wrzuciłam ostatni odcinek Pamiętnika, więc niewielkie przypomnienie. Jan po 10 latach katorgi i  bezsensownym przewożeniu przez oprawców przez całą  Rosję aż do krańca kontynentu, zakończył odbywanie wyroku. Ale upragniona wolność nie była taka prosta. Miał zakaz powrotu nie tylko do żony i synów, którzy już byli w Polsce, gdyż dawno zakończyła się wojna i ich rodzinne tereny stały się Białorusią – więc jak wielu mieszkańców kresów opuścili swoje gniazda i wyjechali do Polski –   ale też do swoich bliskich, którzy na Białorusi pozostali ( choć był to teren Związku Radzieckiego ). Musiał więc organizować swoje życie na miejscu ale stale żył nadzieją, że przezwycięży zakaz i  wróci do swoich …. Został księgowym w sowchozie Telemanna , ale nie potrafił liczyć na liczydłach , choć sam się uczył intensywnie i znalazł następcę . Był nim  Iwan Iwanowicz – dawny katorżnik, pijaczyna – bradiaga – basiak – jak się tam mawiało – czyli włóczęga. Jego atutem było to, że przed wojną pracował jako księgowy w znanej firmie. Wymagał starannych zabiegów higienicznych, by odzyskać odpowiedni wygląd …..

Oto ciąg dalszy Pamiętnika Jana :

Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.

Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.

Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej swojej posady.

Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?

Nadal wyglądał jak straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.

Tak to wszystko było zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.

Drogi tu były polne i z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.

Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie mogli uwierzyć.

Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.

Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli uwierzyć, że on będzie księgowym.

Drugi dzień musiałem poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.

Mieszkał on i żył przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.

 Felczer tego osiedla przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.

Dopiero po tym oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza  do swojej kantorki zbudowanej z desek.

A więc do mojego pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.

Między naszymi łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca, magazyniera.

To nasze „ biuro” znajduje się  tuż obok szopy, gdzie z braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.

Oni jeszcze  wypoczywają po pracy  na łóżkach bez materaców i pościeli. ….

Po tej kuracji lekarskiej Iwan Iwanowicz wyglądał już na normalnego sowieckiego obywatela.

Ten pamiętny dzień przeprowadzki do biura uczciliśmy szampańskim, przyniesionym przez mnie ze sklepu na prośbę mojego księgowego.

Przy okazji tej „ uroczystości” opowiedział mi o swoim życiu.

Urodził się w Tomsku, gdzie ukończył średnią szkołę .

Jako zdolnemu uczniowi powierzyła mu  władza sowiecka pracę w księgowości, w której okazał wybitne zdolności.

Władza wysuwała go w tym zawodzie na coraz  to wyższe stanowiska.

I wreszcie , jeszcze w  czasie II wojny światowej , mianowano go na  głównego księgowego na województwo.

W pracy tej był tak sprytny, że potrafił skryć 100 tys. rubli i schować, jak on mówił-  „ końce w wodzie”.

Podzielił się tą sumą  ze swoimi współpracownikami i sam zaczął hulać i pić.

 Rozpił się do takiego stopnia, że porzuciła go żona.

Do obozu trafił za to, że kiedyś nieumiejętnie „schował”  5 tys. rubli .

Dostał pięć lat łagru, które odpracował w tym Kazachstanie.

I teraz już przez kilka tygodni szukał pracy, przebywając- śpiąc w stogach i żywiąc się czym popadło.

Słuchając opowieści Iwana Iwanowicza myślałam, do czego może doprowadzić człowieka picie alkoholu?.

Jeszcze do tych refleksji wrócę.

A teraz parę słów o interesantach.

Mało przychodziło ludzi do tej kantorki, bo mało było obywateli w ogóle w tej okolicy.

Mnie już tu znali.

Przychodzili po wypłaty, ale nowego księgowego jeszcze nie widzieli.

Jeden z interesantów otwiera drzwi do kantorki  i zobaczywszy siedzącego za stołem już mu znanego jako „ basiaka” , cofa się nic nie mówiąc.

Widząc tę sytuację, wychodzę z kantorki także, by wyjaśnić zainteresowanemu.

A to była kobieta, która nieraz widziała obecnego głównego księgowego w stogu siana i nazywała go „ basiak”.

Wyjaśniłem jej, że ja już nie jestem tym księgowym , ale ten pan siedzący za stołem naprzeciwko drzwi.

A ona- interesantka na to:

 „ Kakajże eto durak jewo naznaczył na etu dołżność?” .

Odpowiadam, że rejonowe władze.

Pytam ją , w jakiej przychodzi  sprawie?.

A ona na to:

„ Mnie nużno sztoby zapłacili za uborku wozle bani”.

„ W takom słuczai wchodzicie w kantorku  i wam wypłacit nowy buchalter”.

Weszła i otrzymała należną zapłatę.

      Odchodziła, ale widać było, że ją kiedyś mocno nastraszył , bo i teraz na widok jego jest pod wrażeniem tego strachu.

    Współpraca i współżycie z Iwanem Iwanowiczem.

  Nowy księgowy, mój następca przybył do pracy w końcu lipca 1954 roku.

 Był to okres upałów dochodzących do 50 stopni.

Przy takiej temperaturze nie można było pracować na budowie kamiennego domu, ani też w kamieniołomach, znajdujących się o 4-5 km. odległych od budowy.

Dlatego też praca posuwała się bardzo powoli.

Robotnicy wychodzili do niej w godzinach od 6- tej rano i od 16- tej do 20- wieczorem.

Nawet w moim magazynie zbitym z desek trudno było wytrzymać.

Nieczynne o tej porze roku piece żeliwne stojące tu  były tak nagrzane, że dotknąć było trudno.

Trzodę chlewną zganiano z pola do obór, w czasie południowej temperatury, przy której jajko w piasku można było upiec.

Wszyscy ludzie byli opaleni na czarno.

Tak wysoka temperatura panowała przeważnie w miesiącach lipcu i sierpniu.

Bieda była, gdy w tych miesiącach nie pokropił deszcz.

Zboże i trawy wysychały.

A pożary tam i ówdzie powstawały. Kto był żyw, spieszył do gaszenia tego żywiołu.

Takim  rokiem klęski był rok 1955.

Natomiast rok 1954 był rokiem urodzaju pszenicy.

Taka była jej obfitość, że nie było gdzie podziewać.

 Sypano ją w kopy na gołym polu.

Każdy zapobiegliwy kołchoźnik i sowchoźnik nagromadził tego dobra na trzy- cztery lata.

Nas, urzędników , w porze urodzaju , ganiano do pracy na przesypywanie zsypanego ziarna w różnych budynkach mających dachy, albo nawet zsypanego zboża na polu.

Nowy księgowy i ja także, braliśmy udział w ratowaniu złota kazachstańskiego – pszenicy.

Oprócz społecznej pracy wykonywaliśmy i swoje obowiązki związane z naszym zawodem. Iwan Iwanowicz sporządzał listy płac, a ja jeździłem do rejonu po różne materiały: jak wapno, farby, oleje ( pokost) , eternit ( szyfer)  na pokrycie  dachów.

Ponadto przywoziłem ubrania dla robotników , pościel, łóżka itp. rzeczy.

Gdy ja niemal każdego dnia wyjeżdżałem po coś do rejonu, Iwan Iwanowicz prosił mię o przywiezienie „ półlitrówki”.

Przywoziłem.

Z początku za moją gotówkę, a gdy otrzymał pobory, zwracał mi pożyczkę.

 Był sklepik w naszym osiedlu.

Można było w nim kupować chleb biały, słoninę, śledzie.

Oprócz tego pojawiały się i materiały odzieżowe bez dużego wyboru.

Wódka i wino rzadko pojawiały się w tym magazynie- sklepiku.

Czasami z rejonu Osakorowki, z hurtowni przywozili beczkę wina albo kilka skrzynek wódki.

Ten dzień, w którym przywieziono wódkę albo nawet wino w beczce , był dniem „ święta”. Kto mieszkał w tym osiedlu był pijany.

Praca była przerwana z chwilą pojawienia się tego srebrnego i złotego drinka- trunku- wina i wódki.

Tylko jedna księgowa sowchozu Telmana i ja byliśmy w tym dniu trzeźwi.

Iwan Iwanowicz także dopadł do tego „ zbawienia” wypicia stu gram.

Jakieś dzieciaki przybiegły do kantorka i powiadomiły mię, że księgowy  leży pijany niedaleko sklepiku.

Poszedłem tam i znalazłem go rzeczywiście pijanym.

Na moje pytanie:

 „ Szto z taboj?”

Iwan Iwanowicz odpowiedział:

„ Niemnożka polecziłsia i powidzkiemu za mnogo tego leku upotrebił”.

Mówię mu:

„ Idziemy damoj. Pomagi podniaccia”.

Podaję rękę.

Opiera się o moje ramię i krok po kroczku idziemy.

Doszliśmy do swojej kantorki i tu przeciągam go przez próg.

Wódkę niedopitą wyciąga z kieszeni i stawia na stole.

Sam pada na łóżko i zaczyna głośno chrapać.

Połowę półlitra sprzątam ze stołu i chowam go w apteczce.


Nie minęło parę godzin od jego spania, gdy Iwan zerwał się z pościeli i czegoś zaczął szukać. Zaglądał w każdy kąt, pod materac, w kosz na śmieci.

W końcu pyta mię, gdzie ja podziałem jego „ lubimuju”- jeszcze pół butelki wódki.

Tłumaczę mu, że butelkę próżną, która stała na stole, wyrzuciłem za kantorkę.

„ Eta łoż, wy jejo gdzie to spratali , no gdzie?”

 „ proszu rasmotrieć, , możet wy jejo postawili w apteczkie”.

W mig odnajduje wódkę i oczom nie wierzy- wódka jest i nie ruszana.

Chwycił ją i pociągnął co najmniej 50 gram.

Zagryzł suchą rybą – obłą.

To była jego ulubiona zakąska.

Nie zawsze przywożono wódkę do sklepu w każdym tygodniu.

 Dlatego Iwan Iwanowicz robił zawsze zapas jej w swojej kantorce.

Kiedy zarobił rubli- dostawał pensję miesięczną- to często kupował tego lekarstwa większą ilość.

I tak w miesiącu listopadzie zakupił pełną skrzynkę tego boskiego napoju.

Na pytanie moje, czy ty będziesz z niej- wódki, kaszę gotował, czy co?

Odparł:

 „ Nie podśmiewajsia iz mienia. Jeju skoro nie dowiezut, dojechać nie budzie możnost

 Były takie dni, kiedy wódki nie było i  ten „ gławbucha” ( księgowy )  nie chciał robić listy do opłacania wykonanych robót.

Ze złości rozrzucał swoje dokumenty i kategorycznie oświadczał, że jeśli pracownicy nie znajdą dla niego pięćdziesięciu gram gorzałki, nie wypłaci im należności, nie zrobi listy zapłaty.

Po całym osiedlu szukali tej „ upragnionej” i wreszcie zdobyto.

Po wypiciu zaczął pracować jak trzeźwy.

Pieniędzy u niego było pod dostatkiem .

Co najmniej 100 rubli otrzymywał od każdego pracownika, bo on im dopisywał do wydobytych kamieni, jeszcze na 400 – 500 rubli.

A więc robotnikowi opłacało się dać te 100 rubli za czterysta dopisanych.

     Iwan Iwanowicz był dobrym człowiekiem.

Współczuł biedakom i dawał im dary w postaci rubli. Ale nie ze swojej kieszeni.

Do mnie był dobrze ustosunkowany.

Gdy zdawał bilanse przypominał mi, że teraz należy podać jemu rzeczy brakujące, zepsute, zaginione, by on mógł je spisać, by nie było braków w magazynie.

Przy tym nauczył mię, jak zestawiać bilans, żeby był prawidłowy.

Poznając jego sztuczki przy układaniu bilansu, też się nauczyłem  robić bilans krótko i poprawnie – gdyby przyszło się pracować w dziedzinie księgowości.

Nauczyłem się od niego wielu „mądrych” chwytów – w pracy księgowego.

      Pewnego razu, gdy księgowi układali bilans roczny, wstąpiłem do biura i dowiedziałem się, że księgowość łamie głowę nad bilansem i nie mogą dać rady.

Bilans się nie schodził, nie zgadzał.

Po przyjeździe do siebie opowiedziałem Iwanu Iwanowiczowi.

A on na to:

 ” puść wypijut po sto gram, a ja pomogu  jewo sostawić”.

Przy tym przekazałem jemu prośbę gławbucha- głównego księgowego, żeby on jutro ze mną  przyjechał do niego.

Prośbę z ochotą przyjął i jutro byłem z nim u głównego księgowego.

Ten opowiedział mu, w czym rzecz.

Iwan Iwanowicz poprosił o wszystkie dokumenty, otrzymał je i zaczął w nich szperać szukając błędów.

Prędko je znalazł- za dwadzieścia minut zestawił nowy bilans.

Podał go „gławbuchowi”.

Ten długo szukał sztuczek Iwana Iwanowicza, ale nie znalazł nic do zarzucenia.

W końcu powiedział:

„ Choroszaja gołowa, no duraku popała” ( pijanicy się dostała).

Porządnie obleli ten bilans koniaczkiem, także ledwie żywego przywiozłem do Telmana. Sławą się okrył mój Iwan Iwanowicz.

A przysłowie:

 „ Chroszaja gołowa, no duraku popała”, po dziś dzień jest powtarzana przez mnie i moich bliskich.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 39 ). Początek „ wolności. „

zdjęcie własne….. droga przed Janem ?

Na podwórko zajechała ciężarówka z k u p c e m   p r e d s i e t a t i e l e m .

Obstąpili tego kupca – predsiedatiela moi koledzy i prowadzą rozmowę o warunkach pracy w kołchozie .

Pomyślałem, że nie pojadę do kołchozu krów paść, dość ich napasłem się, gdy miałem 9-12 lat.

Postanowiłem oddalić się na godzinkę do sklepu, by coś kupić do jedzenia.

Póki zaszedłem i wróciłem, maszyna do kołchozu odjechała.

Nie przejąłem się tym.

Ale oto spotyka mnie kapitan, z którym prowadziłem niedawno ostrą rozmowę.

On do mnie:

„ wy szto, nie wyjechał  w kołchoz?” .

Mówię:

„Ja do kołchozu nie pojedu na rabotu, ja ujedu w budownictwo”.

 „ My tibia automatom zagonim”- odpowiedział i opuścił mnie.

Przyjeżdżają nowi zwolnieni.

Ja ich głowy doprowadzam do porządku – strzyżę im włosy.

Zarabiam.

Dają po 50 kopiejek, a niektórzy nawet i po rublu.

Nie spieszę się do pracy.

Nazajutrz rano przyjeżdża inna maszyna – po towar – po kupno nowych ludzi.

Prędko załatwiono – zrobiono spis i ja stoję przy samochodzie gotowy do wyjazdu.

Odczytuje predsiedatiel posadzonych w samochodzie.

Mnie w spisie nie było, więc sam  nie napraszam się.

Odjechali, a ja znowu spaceruję po podwórku.

Zauważył to mój „przyjaciel” – kapitan i krzyczy:

„dlaczego ja nie pojechałem na budownictwo”.

Odpowiadam, że mnie w spisie nie było.

Znowu podcinam włosy nowoprzybyłym zwolnionym.

Kopiejki i rubelki płyną do portfela.

Mam za co żyć.

Wreszcie na trzeci dzień przybywa ciężarówka z sowchozu Telmana w czakrowskim rejonie- 150 km od Karagandy.

Rozpytuję, co tam będą za roboty.

 Odpowiadają:

budownictwo szkół , domów mieszkalnych itd.

Jednym słowem – biorę budownictwo.

Jadę – postanowiłem.

Zabieram moją walizkę i pakuję się do samochodu – do szoferki – pozwala mi szofer.

Ruszamy.

Samochód podrzuca mocno, bo tam nie ma dróg bitych, albo wysypanych , ale drogi takie jak je czort stworzył , wyboje okropne.

Na siedzeniu podskakuję, uderzając głową o sufit szoferki.

A gdy tak mocno jęknąłem od bólu uderzając głową, szofer z uśmiechem i ironią mówi:

„ Gorzej bywa”.

Pierwsze dni w sowchozie Telmana

Mimo złej drogi i kurzu unoszącego się nad samochodem i w samochodzie, dojeżdżamy do celu – sowchozu Telmana.

Oto przed nami widok jeziora, skały po jednej stronie jego, a osiedle po drugiej.

Widok niebrzydki, nawet pocieszający.

Już jesteśmy na pagórku tego osiedla, gdzie stoi duża stodoła.

Właśnie w niej mamy czasowo mieszkać.

Wychodzimy z samochodu ze swoimi ubogimi majątkami.

Zachodzimy do wnętrza tego ogromnego zabudowania i widzimy w nim około 40 gołych  łóżek – nawet bez materaców , nie mówiąc już o pościeli i choć paru krzesełkach.

Kładziemy swoje walizki i torby na sprężyny łóżka.

Wychodzimy z tej sali „ balowej” by się otrząsnąć z tego kurzu kazachstańskiego.

Smutnem jest, że nikt na nas nie czekał i nie spotkał.

Jest projekt, żeby pójść nad jezioro i wykąpać się.

Zgoda – idziemy – jeden na ochotnika zostaje przy rzeczach.

Jest ochotnik.

( Nas jest  wszystkich 25 ludzi).

Jak konie wypuszczone ze stajni, biegniemy, podskakujemy, jesteśmy pełni radości i śmiechu.

A słońce jasne i czyste powietrze dodają nam werwy do życia na wolności.

Po kąpieli idziemy do stołówki na obiad.

Tam zakrapiamy swoją wolność.

– Wreszcie wracamy na swoje łóżka i odpoczywamy.

Śpimy, chyba do godziny 12- tej.

Aż wreszcie przychodzi do nas operupołnomoczenny po sprawach politycznych.

Sprawdza nas według spisku podanego przez naszego kierowcę.

Wszyscy są obecni.

Informują nas, że będziemy tu żyli i budowali potrzebne obiekty tutejszemu osiedlu.

Jutro, a może nawet dzisiaj, przywiozą nam pościel z Oskarowski- rejonu.

U kogo nie ma pieniędzy na wyżywienie, dziś może otrzymać od księgowego w kantorce tu stojącej.

Zaznacza, że na razie władza administracyjna organizuje się i można będzie odpocząć chyba przez tydzień.

Niektórzy koledzy udali się do kantorki o pożyczkę a ja udałem się na śniadanie do jadalni.

Po śniadaniu sam jeden poszedłem na pobliski wzgórek, z którego widać było naokoło step i step.

Nigdzie drzew, ni osiedli.

Równina, jak okiem sięgnąć.

Tylko gdzie niegdzie w oddali widać pasące się stada bydła, owiec i kóz, a także i koni.

Pole zielone, jeśli padają deszcze, a jeśli panuje przez miesiąc – dwa susza, wszystko wysycha, zboża zasiane żółkną.

W  1954 roku był wielki urodzaj pszenicy.

Ponieważ deszcze padały w każdym miesiącu, pszenicy nie było gdzie podziewać.

Często gniła już w kopcach na polu.

Ale w 1955 roku w Kazachstanie susza wszystko zniszczyła.

Nie było trawy na polu.

c.d.n.