zdjęcie własne….. droga przed Janem ?
Na podwórko zajechała ciężarówka z k u p c e m p r e d s i e t a t i e l e m .
Obstąpili tego kupca – predsiedatiela moi koledzy i prowadzą rozmowę o warunkach pracy w kołchozie .
Pomyślałem, że nie pojadę do kołchozu krów paść, dość ich napasłem się, gdy miałem 9-12 lat.
Postanowiłem oddalić się na godzinkę do sklepu, by coś kupić do jedzenia.
Póki zaszedłem i wróciłem, maszyna do kołchozu odjechała.
Nie przejąłem się tym.
Ale oto spotyka mnie kapitan, z którym prowadziłem niedawno ostrą rozmowę.
On do mnie:
„ wy szto, nie wyjechał w kołchoz?” .
Mówię:
„Ja do kołchozu nie pojedu na rabotu, ja ujedu w budownictwo”.
„ My tibia automatom zagonim”- odpowiedział i opuścił mnie.
Przyjeżdżają nowi zwolnieni.
Ja ich głowy doprowadzam do porządku – strzyżę im włosy.
Zarabiam.
Dają po 50 kopiejek, a niektórzy nawet i po rublu.
Nie spieszę się do pracy.
Nazajutrz rano przyjeżdża inna maszyna – po towar – po kupno nowych ludzi.
Prędko załatwiono – zrobiono spis i ja stoję przy samochodzie gotowy do wyjazdu.
Odczytuje predsiedatiel posadzonych w samochodzie.
Mnie w spisie nie było, więc sam nie napraszam się.
Odjechali, a ja znowu spaceruję po podwórku.
Zauważył to mój „przyjaciel” – kapitan i krzyczy:
„dlaczego ja nie pojechałem na budownictwo”.
Odpowiadam, że mnie w spisie nie było.
Znowu podcinam włosy nowoprzybyłym zwolnionym.
Kopiejki i rubelki płyną do portfela.
Mam za co żyć.
Wreszcie na trzeci dzień przybywa ciężarówka z sowchozu Telmana w czakrowskim rejonie- 150 km od Karagandy.
Rozpytuję, co tam będą za roboty.
Odpowiadają:
budownictwo szkół , domów mieszkalnych itd.
Jednym słowem – biorę budownictwo.
Jadę – postanowiłem.
Zabieram moją walizkę i pakuję się do samochodu – do szoferki – pozwala mi szofer.
Ruszamy.
Samochód podrzuca mocno, bo tam nie ma dróg bitych, albo wysypanych , ale drogi takie jak je czort stworzył , wyboje okropne.
Na siedzeniu podskakuję, uderzając głową o sufit szoferki.
A gdy tak mocno jęknąłem od bólu uderzając głową, szofer z uśmiechem i ironią mówi:
„ Gorzej bywa”.
Pierwsze dni w sowchozie Telmana
Mimo złej drogi i kurzu unoszącego się nad samochodem i w samochodzie, dojeżdżamy do celu – sowchozu Telmana.
Oto przed nami widok jeziora, skały po jednej stronie jego, a osiedle po drugiej.
Widok niebrzydki, nawet pocieszający.
Już jesteśmy na pagórku tego osiedla, gdzie stoi duża stodoła.
Właśnie w niej mamy czasowo mieszkać.
Wychodzimy z samochodu ze swoimi ubogimi majątkami.
Zachodzimy do wnętrza tego ogromnego zabudowania i widzimy w nim około 40 gołych łóżek – nawet bez materaców , nie mówiąc już o pościeli i choć paru krzesełkach.
Kładziemy swoje walizki i torby na sprężyny łóżka.
Wychodzimy z tej sali „ balowej” by się otrząsnąć z tego kurzu kazachstańskiego.
Smutnem jest, że nikt na nas nie czekał i nie spotkał.
Jest projekt, żeby pójść nad jezioro i wykąpać się.
Zgoda – idziemy – jeden na ochotnika zostaje przy rzeczach.
Jest ochotnik.
( Nas jest wszystkich 25 ludzi).
Jak konie wypuszczone ze stajni, biegniemy, podskakujemy, jesteśmy pełni radości i śmiechu.
A słońce jasne i czyste powietrze dodają nam werwy do życia na wolności.
Po kąpieli idziemy do stołówki na obiad.
Tam zakrapiamy swoją wolność.
– Wreszcie wracamy na swoje łóżka i odpoczywamy.
Śpimy, chyba do godziny 12- tej.
Aż wreszcie przychodzi do nas operupołnomoczenny po sprawach politycznych.
Sprawdza nas według spisku podanego przez naszego kierowcę.
Wszyscy są obecni.
Informują nas, że będziemy tu żyli i budowali potrzebne obiekty tutejszemu osiedlu.
Jutro, a może nawet dzisiaj, przywiozą nam pościel z Oskarowski- rejonu.
U kogo nie ma pieniędzy na wyżywienie, dziś może otrzymać od księgowego w kantorce tu stojącej.
Zaznacza, że na razie władza administracyjna organizuje się i można będzie odpocząć chyba przez tydzień.
Niektórzy koledzy udali się do kantorki o pożyczkę a ja udałem się na śniadanie do jadalni.
Po śniadaniu sam jeden poszedłem na pobliski wzgórek, z którego widać było naokoło step i step.
Nigdzie drzew, ni osiedli.
Równina, jak okiem sięgnąć.
Tylko gdzie niegdzie w oddali widać pasące się stada bydła, owiec i kóz, a także i koni.
Pole zielone, jeśli padają deszcze, a jeśli panuje przez miesiąc – dwa susza, wszystko wysycha, zboża zasiane żółkną.
W 1954 roku był wielki urodzaj pszenicy.
Ponieważ deszcze padały w każdym miesiącu, pszenicy nie było gdzie podziewać.
Często gniła już w kopcach na polu.
Ale w 1955 roku w Kazachstanie susza wszystko zniszczyła.
Nie było trawy na polu.
c.d.n.


Czas na wygnaniu… okrutny to czas…
Straszne czasy. A przecież to już 1954 rok.