Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 39 ). Początek „ wolności. „

zdjęcie własne….. droga przed Janem ?

Na podwórko zajechała ciężarówka z k u p c e m   p r e d s i e t a t i e l e m .

Obstąpili tego kupca – predsiedatiela moi koledzy i prowadzą rozmowę o warunkach pracy w kołchozie .

Pomyślałem, że nie pojadę do kołchozu krów paść, dość ich napasłem się, gdy miałem 9-12 lat.

Postanowiłem oddalić się na godzinkę do sklepu, by coś kupić do jedzenia.

Póki zaszedłem i wróciłem, maszyna do kołchozu odjechała.

Nie przejąłem się tym.

Ale oto spotyka mnie kapitan, z którym prowadziłem niedawno ostrą rozmowę.

On do mnie:

„ wy szto, nie wyjechał  w kołchoz?” .

Mówię:

„Ja do kołchozu nie pojedu na rabotu, ja ujedu w budownictwo”.

 „ My tibia automatom zagonim”- odpowiedział i opuścił mnie.

Przyjeżdżają nowi zwolnieni.

Ja ich głowy doprowadzam do porządku – strzyżę im włosy.

Zarabiam.

Dają po 50 kopiejek, a niektórzy nawet i po rublu.

Nie spieszę się do pracy.

Nazajutrz rano przyjeżdża inna maszyna – po towar – po kupno nowych ludzi.

Prędko załatwiono – zrobiono spis i ja stoję przy samochodzie gotowy do wyjazdu.

Odczytuje predsiedatiel posadzonych w samochodzie.

Mnie w spisie nie było, więc sam  nie napraszam się.

Odjechali, a ja znowu spaceruję po podwórku.

Zauważył to mój „przyjaciel” – kapitan i krzyczy:

„dlaczego ja nie pojechałem na budownictwo”.

Odpowiadam, że mnie w spisie nie było.

Znowu podcinam włosy nowoprzybyłym zwolnionym.

Kopiejki i rubelki płyną do portfela.

Mam za co żyć.

Wreszcie na trzeci dzień przybywa ciężarówka z sowchozu Telmana w czakrowskim rejonie- 150 km od Karagandy.

Rozpytuję, co tam będą za roboty.

 Odpowiadają:

budownictwo szkół , domów mieszkalnych itd.

Jednym słowem – biorę budownictwo.

Jadę – postanowiłem.

Zabieram moją walizkę i pakuję się do samochodu – do szoferki – pozwala mi szofer.

Ruszamy.

Samochód podrzuca mocno, bo tam nie ma dróg bitych, albo wysypanych , ale drogi takie jak je czort stworzył , wyboje okropne.

Na siedzeniu podskakuję, uderzając głową o sufit szoferki.

A gdy tak mocno jęknąłem od bólu uderzając głową, szofer z uśmiechem i ironią mówi:

„ Gorzej bywa”.

Pierwsze dni w sowchozie Telmana

Mimo złej drogi i kurzu unoszącego się nad samochodem i w samochodzie, dojeżdżamy do celu – sowchozu Telmana.

Oto przed nami widok jeziora, skały po jednej stronie jego, a osiedle po drugiej.

Widok niebrzydki, nawet pocieszający.

Już jesteśmy na pagórku tego osiedla, gdzie stoi duża stodoła.

Właśnie w niej mamy czasowo mieszkać.

Wychodzimy z samochodu ze swoimi ubogimi majątkami.

Zachodzimy do wnętrza tego ogromnego zabudowania i widzimy w nim około 40 gołych  łóżek – nawet bez materaców , nie mówiąc już o pościeli i choć paru krzesełkach.

Kładziemy swoje walizki i torby na sprężyny łóżka.

Wychodzimy z tej sali „ balowej” by się otrząsnąć z tego kurzu kazachstańskiego.

Smutnem jest, że nikt na nas nie czekał i nie spotkał.

Jest projekt, żeby pójść nad jezioro i wykąpać się.

Zgoda – idziemy – jeden na ochotnika zostaje przy rzeczach.

Jest ochotnik.

( Nas jest  wszystkich 25 ludzi).

Jak konie wypuszczone ze stajni, biegniemy, podskakujemy, jesteśmy pełni radości i śmiechu.

A słońce jasne i czyste powietrze dodają nam werwy do życia na wolności.

Po kąpieli idziemy do stołówki na obiad.

Tam zakrapiamy swoją wolność.

– Wreszcie wracamy na swoje łóżka i odpoczywamy.

Śpimy, chyba do godziny 12- tej.

Aż wreszcie przychodzi do nas operupołnomoczenny po sprawach politycznych.

Sprawdza nas według spisku podanego przez naszego kierowcę.

Wszyscy są obecni.

Informują nas, że będziemy tu żyli i budowali potrzebne obiekty tutejszemu osiedlu.

Jutro, a może nawet dzisiaj, przywiozą nam pościel z Oskarowski- rejonu.

U kogo nie ma pieniędzy na wyżywienie, dziś może otrzymać od księgowego w kantorce tu stojącej.

Zaznacza, że na razie władza administracyjna organizuje się i można będzie odpocząć chyba przez tydzień.

Niektórzy koledzy udali się do kantorki o pożyczkę a ja udałem się na śniadanie do jadalni.

Po śniadaniu sam jeden poszedłem na pobliski wzgórek, z którego widać było naokoło step i step.

Nigdzie drzew, ni osiedli.

Równina, jak okiem sięgnąć.

Tylko gdzie niegdzie w oddali widać pasące się stada bydła, owiec i kóz, a także i koni.

Pole zielone, jeśli padają deszcze, a jeśli panuje przez miesiąc – dwa susza, wszystko wysycha, zboża zasiane żółkną.

W  1954 roku był wielki urodzaj pszenicy.

Ponieważ deszcze padały w każdym miesiącu, pszenicy nie było gdzie podziewać.

Często gniła już w kopcach na polu.

Ale w 1955 roku w Kazachstanie susza wszystko zniszczyła.

Nie było trawy na polu.

c.d.n.

2 Replies to “Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 39 ). Początek „ wolności. „”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *