Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 45 ). „ Od Annasza do Kajfasza” ale powoli uparcie do wolności, rodziny , do Polski…..


Jan kończy pisanie pamiętnika – dziękujemy Ci Niezwykły Człowieku za to, że ocaliłeś pamięć i jesteś stale z nami …..wypatrujemy w naszych dzieciach, wnukach a teraz prawnuczce Twoich silnych prawych genów….

 Starania moje o wyjazd do Polski.

Od pierwszej chwili wyjścia z  łagru wciąż myślałem jak to dostać się do rodziny w Polsce?

Wiedziałem tylko, że żona i dwóch synów mieszkają w Lidzbarku.

 ( a że tam, w Polsce, są dwa Lidzbarki: Lidzbark Warmiński i Lidzbark Welski – tego nie wiedziałem ).

     Po przyjeździe na wieczne zesłanie do sowchozu Telmana w Oskarowski  rejon, województwa Karagandyjskiego w Kazachstanie , natychmiast napisałem list do żony, że już jestem zwolniony z obozu i zamierzam robić starania o wyjazd do Was.

 List ten, ku mojej rozpaczy poczta wróciła z dopiskiem:

„ wozwraczajem – graznyj konwert”.

Pomyślałem:

„ diabli przeklęci, nie chcą nawet pozwolić skomunikować się z rodziną. „

Poleżał ten list kilka dni w walizce.

Za ten czas przeanalizowałem swoje myśli odnośnie tego zwrotu listu.

Postanowiłem list włożyć do nowej koperty i wysłać znowu.

Dopatrzyłem, żeby się gdzieś nie zabrudził.

Sam wrzuciłem do skrzynki pocztowej .

Po trzech tygodniach otrzymałem list od żony.

Radości było co niemiara.

Żyją w Lidzbarku Warmińskim.

List trafił do Lidzbarka Welskiego, skąd przesłano go do Lidzbarka Warmińskiego , do dyrektora szkoły zawodowej  znajdującej się o dwadzieścia kroków od mieszkania Konopielków – żony.

List wręczył dyrektor szkoły młodszemu synkowi Pawłowi, bo matka była w tym czasie na kursie.

Ileż radości miał ten dziewięcioklasista z powodu dwunastoletniego oczekiwania na tatę.

Opowiadali świadkowie, że biegał od krewnych do krewnych i ogłaszał, że tata przysłał list, że prędko wróci do nas.

Kiedy małżonka przysłała mi zaproszenie, o które ją prosiłem, zaraz że udałem się do władz rejonowych  z prośbą o pozwolenie na wyjazd do rodziny do Polski.

Władze rejonowe zażądały ode mnie dwudziestu moich małych zdjęć, fotokarteczek.

Zrobiłem taką ilość zdjęć i wręczyłem w biurze.

Przy tym poinformowano mię, że moje dokumenty będą przesłane w Injurkolegium do Karagandy.

Co najmniej minął miesiąc od przesłania prośby o wyjazd i żadnej wiadomości nie otrzymałem .

Wobec tego udałem się sam do Injurkolegium  w Karagandzie.

Tam mnie krótko objaśnili, że póki jestem na wiecznej zsyłce, nie otrzymam prawa wyjazdu nie tylko do Polski, ale i nawet do Białorusi, skąd pochodzę.

Smutna to była odpowiedź, ale na razie prawdziwa.

Wracając do swojej  pracy, do sowchozu Telmana, wpadłem na pomysł, by napisać serdeczną prośbę do Injurkolegium w centrali, w Moskwie , by zdjęli ze mnie wieczną zsyłkę.

Prośbę postanowiłem mocno uzasadnić.

Ponieważ prawdą było, że moja matka stareńka potrzebuje mojej jedynej pomocy, by żyć, użyłem tego argumentu.

O dziwo prośba ma  poskutkowała.

W ciągu trzech tygodni spotkałem się z operupołnomoczennym , który powiadomił mnie , że  „Wiecznaja  zsyłka sdiata iz mienia”.

Jakaż to była u mnie radość.

Radość była nie do opisania.

Nie czekając ani chwili czasu, pojechałem do Karagandy, do Injurkolegium, żeby tę wiadomość  z Moskwy zawieźć do władz.

Przywiozłem, ale oni wysyłają mię do NKGB- bym przyniósł sprawkę, że zsyłka ze mnie zdjęta.

Wchodzę do gmachu NKGB.

W gmachu NKGB , jeszcze na korytarzu, spotykam starego znajomego – byłego starszego lejtnanta ( a teraz jest już majorem), z którym kiedyś skłóciłem się.

On  wtedy chciał na mnie wymóc podpis, że akceptuję    przykaz  Stalina:

” odnośnie wiecznego zesłania” .

A ja nie chciałem,  postawiłem się i ostatecznie nie podpisałem.

A także  nie chciałem jechać – pracować w kołchozie.

Teraz mówię jemu :

„ Zdrawstwujcie  , towariszcz major.

Ja uże nie grażdanin, a towariszcz.

Potomu, szto iz mienia sniali  wiecznuju zsyłku, kotoruje  wy zastawlali mienia podpisacsia”.

Obruszył się i powiedział:

„ Ja  takoj bumagi o śniatki zsyłku nigdzie nie widział w kancelarii”.

Ja na to :

„No ja dumaju, szto operupołnomoczennyj wasz predanyj człowiek nie możet z takowo dzieła szutić.

A gdzie jest biuro , kotoryje zanimajessia  spisywaniem dzieł przyszedszych iz Moskwy”, pytam.

Odparł:

„ Idzicie na wierch, tam jest dwie komnaty, kotoryje zanimajussia takimi dziełami.

Do swidanija „.

Poszedłem na wierzch.

Zapytuję w jednym pokoju w sprawie zwolnienia z zsyłki.

Odpowiedź jest negatywna.

Zachodzę do drugiej kancelarii.

Pierwszy mężczyzna siedzący przy stoliku u drzwi odpowiada, że „ on takiej familii nie wstrietił”.

 Ale żenszczyna siedząca w kąciku przy oknie, odzywa się i mówi, że pismo z takoj familiu wstreczała.

Popatrzyła do jednej teczki i mówi:

 „ Da, Konopielko, Iwan Wikientiwicz oswobodzon od zsyłki”.

Poprosiłem o wydanie mi sprawki,

ż e   j e s t e m   z w o l n i o n y   o d   w i e c z n e g o   z e s ł a n i a.

Wydali mi zaświadczenie  i ja prawie na jednej nodze pomknąłem do jadalni tego gmachu NKGB , żeby trochę przekąsić .

Usiadłem i czułem jak ogrania mnie wielki spokój i przychodzi wielka radość.

Moje myśli płynęły do żony i synów, mateńki starej .

Wyobrażałem sobie radość z rychłego spotkania…

Jedząc śniadanie, widziałem, jak dwaj „ torbochwaty” – złodziejaszki zabrali z ręki  jednego obywatela zegarek.

Podeszli, pokazali nóż i prędko zabrali z ręki ręczny zegarek.

Ten obywatel zwrócił się z prośbą do oficjałki, że u niego zabrali siłą zegarek.

A ona na to :

„ Podajcie ich na milicję”.

A ich już i „ duchu” nie było.

I to wszystko się działo w gmachu NKGB.

Wracając  przez rejon do swego sowchozu Telmana wstąpiłem do odpowiedniego Urzędu, by prosić o wydanie mi  paszportu.

Poinformowali, żebym przywiózł sprawkę z sielsowieta, wówczas wydadzą dowód osobisty.

W drugim dniu otrzymałem sprawkę z sielsowieta i znowu pojechałem do komitetu rejonowego.

Gdy tak się nachodziłem i najeździłem w kółko, wreszcie otrzymałem upragniony  paszport- dowód osobisty.

Zapomniałem napisać, że po otrzymaniu sprawki o zwolnieniu z zsyłki, odniosłem ją tak,  jak kazali, do Injurkolegium .

Tam zapytali dokąd chcę jechać .

Podałem, że do Kołpiei która już była na terenie ZSRR, do stareńkiej matki.

To oni mi powiedzieli, żebym czekał, a oni prześlą dokument do rejonu w Mołodecznie. Bo był to rejon do którego należała moja Kołpieja, miejsce urodzenia mego.

Wszędzie podkreślałem że matka na mnie czeka, jest stara i muszę jej pomagać.

Udawali , że się przejmują i obiecywali szybkie załatwienie sprawy.

Ale dla nich czas był inny.

C z e k a ł e m  n a  z a ł a t w i e n i e  s p r a w y  p r a w i e  r o k.

Nie czekałem biernie.

Jeździłem dwa razy do Mołodeczna i jeden raz do Mińska. A odległość z mojego sowchozu Telmana w Karagandyjskiej obłaści była duża.

Wreszcie nadeszła odpowiedź , ale  negatywna.

Nie ustawałem w działaniu.

Już było mi wszystko jedno, prosiłem teraz o wszystko dla mnie najważniejsze.

Także o to, bym mógł pojechać do Polski, do żony i synów.

Po kolejnym moim ponagleniu i prośbie wreszcie przyszła wiadomość z  rejonu .

Zażądali oni ode mnie metryki ślubu

.

Dobrze, że żona ją zachowała, przywiozła do Polski i mi ją przysłała.

Przedstawiłem im.

Po dwóch miesiącach znowuż pojechałem do władz repatriacyjnych w Mołodecznie.

Tam jeszcze raz musiałem udowodnić, że jestem Polakiem , a to jest paszport.

Obejrzała go urzędniczka i pyta :

„ A jest u was kakaj nibudź dokument , szto wy żyli w Polsze do 1939 goda. „.

„Jest” odpowiadam i pokazuję.

Ona ogląda i mówi:

„ Da wot eto, goworit, szto wy żyli w Polsze. Czerez niedzielku ożidajcie dokumentów”. Dotrzymała słowa – poczta przysłała.

Jeszcze jedna wstawka:

Po zdaniu wszystkich dokumentów w Injurkolegium i otrzymaniu paszportu wyjechałem do swojej  miejscowości w rejonie Mołodeczno .

A tam dalej oczekiwałem znowu prawie cały rok na te dokumenty na wyjazd do Polski.

Jadąc, miałem przygody.

Pierwsza zdarzyła się w Moskwie- na dworcu Białoruskim.

Siedząc na ławce niedaleko pierwszego toru kolejowego , usłyszałem szum pociągu i krzyki wpadających Niemców jeszcze w mundurach faszystowskich.

Byłem zdumiony tym widokiem.

Pomyślałem, że  chyba Niemcy biorą Moskwę dopiero teraz, po dziesięciu latach.

Okazało się , że to byli Niemcy, którzy dostali  się do niewoli radzieckiej dziesięć lat temu i teraz wracali do domu.

Druga przygoda była następująca:

siedzę na ławeczce i potrochę drzemię trzymając mocno walizeczkę w ręku.

Raptem słyszę kilka głośnych słów:

 „ Łowi wara”( łap złodzieja)

A to krzyczą właśnie wory ( złodzieje) , którzy biegnąc i krzycząc odrywają uwagę siedzących i chwytają w biegu ich walizki i już ich na dworcu nie ma.

Milicjant przybiegł, ale już nie było kogo łapać.

Uwagę odwrócili i pomknęli z paru walizkami w siną dal.

Milicjant dalej nawołuje:

„ Grażdanie, na wakzale nie razreszajetsia spać”( na dworcu nie wolno spać).

 Ja drzemałem jak zając i jakoś wytrzymałem do rana.

Jadąc ze stacji Osokarowski  do Moskwy w przedziale zapoznałem się z matką i jej dziesięcioletnią córką.

Rozmowna dziewczynka zwierzyła mi się – jak w jej brygadzie – klasie kopali ziemniaki stosując swojego rodzaju oszukaństwo: ważne było, kto większą wykopie przestrzeń pola, więc tylko połowę ziemniaków wybierali z ziemi, a resztę ziemniaków przykopywali ziemią, żeby jej nie było widać.

Dlatego też zawsze otrzymywali pierwszą nagrodę.

Matka z córką jechały do syna, który pracował niedaleko Moskwy.

Ponieważ w Moskwie nigdy nie byłem, więc wypowiedziałem swoją obawę, czy potrafię dojechać do Injurkolegium.

Matka poradziła mi, bym jechał z nią do jej syna, który może mi pomóc, bo zna Moskwę.

Gdy pociąg za pół godziny był na dworcu podmiejskim i nikt ich nie spotkał, postanowiłem wracać do Moskwy.

Zaraz że szedł do Moskwy pociąg i ja wskoczyłem do niego.

Wylądowałem właśnie na Dworcu  Białoruskim, gdzie spotkałem się z Niemcami powracającymi jak już napisałem z 10 letniego pobytu w łagrach.

Nazajutrz sam, bez niczyjej pomocy odnalazłem Injurkolegium i załatwiłem swoją sprawę.

Po powrocie  z tego urzędu wstąpiłem do sklepu jednego, drugiego, żeby kupić sobie jesionkę.

Kupiłem, a wieczorem wyjechałem z Moskwy przez Mińsk, Mołodeczno do Smorgoń, gdzie spotkał mię szuryn i pomógł mnie znaleźć jego chatę.

Już tutaj nie zastałem Polski!

     Po jedenastu latach wróciłem do swoich sióstr, kuzynów i plemienników.

Radość była wielka!

I tak się kończy pamiętnik mojego teścia – Jana . Z żalem, że to już koniec, zamykam pamiętnik Jana .

Muszę dodać informację  (napisał o tym wcześniej), że dopiero po roku pobytu we wsi rodzinnej, w Kołpiei uzyskał zgodę władz na wyjazd do Polski, do Żony i synów, którzy po wojnie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim. 

Tak, to już koniec spotkania z Janem.

Pamiętam, gdy kilka miesięcy przed śmiercią oznajmił, że już może umierać, bo swoje dzieje spisał.

Pozostajemy z niedosytem, że nie opowiedział wszystkiego.

Nie  dramatyzował, pisał prosto,  nie oceniał  przedstawionych zdarzeń, pozostawiając nam szeroki margines dla własnej ale dość jednoznacznej interpretacji.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 43 ). Delirium tremens mojego księgowego.


zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?

   Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz”  –  Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.

Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół  niedoli – i prowadzimy rozmowę.

Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :

 „ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.

Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.

Na korytarzu nikogo nie widzę.

Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.

Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:

 „ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.

Ja pytam:

„ A czem oni sowietujuccia?” .

On:

„ sowietujuccia  sztoby nas ubić”.

A za szto?

„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).

„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).

„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.

     Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.

Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.

Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:

„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).

Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.

Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.

Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.

Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.

Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.

Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.

Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?

Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.

Nigdzie go nie było.

Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.

Na dworze już dobrze rozwidniało .

Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.

Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.

Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.

I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.

Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.

Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.

Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu  u was się dzieje?

Konopielkę zabili pracownicy.

Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.

 A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.

Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.

 Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.

Mówią :

„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.

A on na to:

„ ty sam uszoł z uma ”.

Faktem jest, że stracił on rozum.

Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza  w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.

Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i  by tam się nim zajęli.

Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.

Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.

Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.

Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.

Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.

Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.

Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.

Było to  w rejonie.

Spotkanie było bardzo czułe.

Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.

 „ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).

Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł  ale w butelce nic nie zostało.

To było nasze ostatnie pożegnanie.

Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.

 Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i

 „ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”

jak on to mówił nie raz przy mnie. …

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 42 ). Ciąg dalszy „ wolności „ i przykra historia z księgowym


Minęło kilka dni, od kiedy wrzuciłam ostatni odcinek Pamiętnika, więc niewielkie przypomnienie. Jan po 10 latach katorgi i  bezsensownym przewożeniu przez oprawców przez całą  Rosję aż do krańca kontynentu, zakończył odbywanie wyroku. Ale upragniona wolność nie była taka prosta. Miał zakaz powrotu nie tylko do żony i synów, którzy już byli w Polsce, gdyż dawno zakończyła się wojna i ich rodzinne tereny stały się Białorusią – więc jak wielu mieszkańców kresów opuścili swoje gniazda i wyjechali do Polski –   ale też do swoich bliskich, którzy na Białorusi pozostali ( choć był to teren Związku Radzieckiego ). Musiał więc organizować swoje życie na miejscu ale stale żył nadzieją, że przezwycięży zakaz i  wróci do swoich …. Został księgowym w sowchozie Telemanna , ale nie potrafił liczyć na liczydłach , choć sam się uczył intensywnie i znalazł następcę . Był nim  Iwan Iwanowicz – dawny katorżnik, pijaczyna – bradiaga – basiak – jak się tam mawiało – czyli włóczęga. Jego atutem było to, że przed wojną pracował jako księgowy w znanej firmie. Wymagał starannych zabiegów higienicznych, by odzyskać odpowiedni wygląd …..

Oto ciąg dalszy Pamiętnika Jana :

Spotkanie Iwana Iwanowicza z pracownikami- robotnikami.

Przyjazd nowego księgowego był niespodzianką dla robotników.

Nie wiedzieli dotychczas, że ja zamierzam zwolnić się z tej swojej posady.

Dlatego posypały się zaraz że pytania- co to za człowiek?

Nadal wyglądał jak straszydło, mimo, że ubrania i buty miał nowe.

Tak to wszystko było zakurzone, że człowieka w tym kurzu nie można było znaleźć.

Drogi tu były polne i z dużymi wybojami, a więc kurz się unosił jak burzowe chmury.

Gdy odpowiedziałem ciekawym , że to jest nowy księgowy, nie mogli uwierzyć.

Niektórzy wyrazili żal, że ja ustąpiłem.

Wszyscy się z niedowierzaniem przyglądali jemu i nie mogli uwierzyć, że on będzie księgowym.

Drugi dzień musiałem poświęcić jego oczyszczaniu z brudów – przede wszystkim od wszy.

Mieszkał on i żył przez całe tygodnie w stogach siana lub w zbożu niedaleko sowchozu i doprowadził się do takiego stanu, że nazywali go tu, którzy go widzieli „ basiakiem”.

 Felczer tego osiedla przeprowadził dezynfekcję jego i jego ubrania.

Dopiero po tym oczyszczeniu przyjąłem Iwana Iwanowicza  do swojej kantorki zbudowanej z desek.

A więc do mojego pokoju wstawiono jeszcze jedno łóżko.

Między naszymi łóżkami stał stół – biuro księgowego, no i tym samym moje – zaopatrzeniowca, magazyniera.

To nasze „ biuro” znajduje się  tuż obok szopy, gdzie z braku miejsca zamieszkują moi koledzy – robotnicy.

Oni jeszcze  wypoczywają po pracy  na łóżkach bez materaców i pościeli. ….

Po tej kuracji lekarskiej Iwan Iwanowicz wyglądał już na normalnego sowieckiego obywatela.

Ten pamiętny dzień przeprowadzki do biura uczciliśmy szampańskim, przyniesionym przez mnie ze sklepu na prośbę mojego księgowego.

Przy okazji tej „ uroczystości” opowiedział mi o swoim życiu.

Urodził się w Tomsku, gdzie ukończył średnią szkołę .

Jako zdolnemu uczniowi powierzyła mu  władza sowiecka pracę w księgowości, w której okazał wybitne zdolności.

Władza wysuwała go w tym zawodzie na coraz  to wyższe stanowiska.

I wreszcie , jeszcze w  czasie II wojny światowej , mianowano go na  głównego księgowego na województwo.

W pracy tej był tak sprytny, że potrafił skryć 100 tys. rubli i schować, jak on mówił-  „ końce w wodzie”.

Podzielił się tą sumą  ze swoimi współpracownikami i sam zaczął hulać i pić.

 Rozpił się do takiego stopnia, że porzuciła go żona.

Do obozu trafił za to, że kiedyś nieumiejętnie „schował”  5 tys. rubli .

Dostał pięć lat łagru, które odpracował w tym Kazachstanie.

I teraz już przez kilka tygodni szukał pracy, przebywając- śpiąc w stogach i żywiąc się czym popadło.

Słuchając opowieści Iwana Iwanowicza myślałam, do czego może doprowadzić człowieka picie alkoholu?.

Jeszcze do tych refleksji wrócę.

A teraz parę słów o interesantach.

Mało przychodziło ludzi do tej kantorki, bo mało było obywateli w ogóle w tej okolicy.

Mnie już tu znali.

Przychodzili po wypłaty, ale nowego księgowego jeszcze nie widzieli.

Jeden z interesantów otwiera drzwi do kantorki  i zobaczywszy siedzącego za stołem już mu znanego jako „ basiaka” , cofa się nic nie mówiąc.

Widząc tę sytuację, wychodzę z kantorki także, by wyjaśnić zainteresowanemu.

A to była kobieta, która nieraz widziała obecnego głównego księgowego w stogu siana i nazywała go „ basiak”.

Wyjaśniłem jej, że ja już nie jestem tym księgowym , ale ten pan siedzący za stołem naprzeciwko drzwi.

A ona- interesantka na to:

 „ Kakajże eto durak jewo naznaczył na etu dołżność?” .

Odpowiadam, że rejonowe władze.

Pytam ją , w jakiej przychodzi  sprawie?.

A ona na to:

„ Mnie nużno sztoby zapłacili za uborku wozle bani”.

„ W takom słuczai wchodzicie w kantorku  i wam wypłacit nowy buchalter”.

Weszła i otrzymała należną zapłatę.

      Odchodziła, ale widać było, że ją kiedyś mocno nastraszył , bo i teraz na widok jego jest pod wrażeniem tego strachu.

    Współpraca i współżycie z Iwanem Iwanowiczem.

  Nowy księgowy, mój następca przybył do pracy w końcu lipca 1954 roku.

 Był to okres upałów dochodzących do 50 stopni.

Przy takiej temperaturze nie można było pracować na budowie kamiennego domu, ani też w kamieniołomach, znajdujących się o 4-5 km. odległych od budowy.

Dlatego też praca posuwała się bardzo powoli.

Robotnicy wychodzili do niej w godzinach od 6- tej rano i od 16- tej do 20- wieczorem.

Nawet w moim magazynie zbitym z desek trudno było wytrzymać.

Nieczynne o tej porze roku piece żeliwne stojące tu  były tak nagrzane, że dotknąć było trudno.

Trzodę chlewną zganiano z pola do obór, w czasie południowej temperatury, przy której jajko w piasku można było upiec.

Wszyscy ludzie byli opaleni na czarno.

Tak wysoka temperatura panowała przeważnie w miesiącach lipcu i sierpniu.

Bieda była, gdy w tych miesiącach nie pokropił deszcz.

Zboże i trawy wysychały.

A pożary tam i ówdzie powstawały. Kto był żyw, spieszył do gaszenia tego żywiołu.

Takim  rokiem klęski był rok 1955.

Natomiast rok 1954 był rokiem urodzaju pszenicy.

Taka była jej obfitość, że nie było gdzie podziewać.

 Sypano ją w kopy na gołym polu.

Każdy zapobiegliwy kołchoźnik i sowchoźnik nagromadził tego dobra na trzy- cztery lata.

Nas, urzędników , w porze urodzaju , ganiano do pracy na przesypywanie zsypanego ziarna w różnych budynkach mających dachy, albo nawet zsypanego zboża na polu.

Nowy księgowy i ja także, braliśmy udział w ratowaniu złota kazachstańskiego – pszenicy.

Oprócz społecznej pracy wykonywaliśmy i swoje obowiązki związane z naszym zawodem. Iwan Iwanowicz sporządzał listy płac, a ja jeździłem do rejonu po różne materiały: jak wapno, farby, oleje ( pokost) , eternit ( szyfer)  na pokrycie  dachów.

Ponadto przywoziłem ubrania dla robotników , pościel, łóżka itp. rzeczy.

Gdy ja niemal każdego dnia wyjeżdżałem po coś do rejonu, Iwan Iwanowicz prosił mię o przywiezienie „ półlitrówki”.

Przywoziłem.

Z początku za moją gotówkę, a gdy otrzymał pobory, zwracał mi pożyczkę.

 Był sklepik w naszym osiedlu.

Można było w nim kupować chleb biały, słoninę, śledzie.

Oprócz tego pojawiały się i materiały odzieżowe bez dużego wyboru.

Wódka i wino rzadko pojawiały się w tym magazynie- sklepiku.

Czasami z rejonu Osakorowki, z hurtowni przywozili beczkę wina albo kilka skrzynek wódki.

Ten dzień, w którym przywieziono wódkę albo nawet wino w beczce , był dniem „ święta”. Kto mieszkał w tym osiedlu był pijany.

Praca była przerwana z chwilą pojawienia się tego srebrnego i złotego drinka- trunku- wina i wódki.

Tylko jedna księgowa sowchozu Telmana i ja byliśmy w tym dniu trzeźwi.

Iwan Iwanowicz także dopadł do tego „ zbawienia” wypicia stu gram.

Jakieś dzieciaki przybiegły do kantorka i powiadomiły mię, że księgowy  leży pijany niedaleko sklepiku.

Poszedłem tam i znalazłem go rzeczywiście pijanym.

Na moje pytanie:

 „ Szto z taboj?”

Iwan Iwanowicz odpowiedział:

„ Niemnożka polecziłsia i powidzkiemu za mnogo tego leku upotrebił”.

Mówię mu:

„ Idziemy damoj. Pomagi podniaccia”.

Podaję rękę.

Opiera się o moje ramię i krok po kroczku idziemy.

Doszliśmy do swojej kantorki i tu przeciągam go przez próg.

Wódkę niedopitą wyciąga z kieszeni i stawia na stole.

Sam pada na łóżko i zaczyna głośno chrapać.

Połowę półlitra sprzątam ze stołu i chowam go w apteczce.


Nie minęło parę godzin od jego spania, gdy Iwan zerwał się z pościeli i czegoś zaczął szukać. Zaglądał w każdy kąt, pod materac, w kosz na śmieci.

W końcu pyta mię, gdzie ja podziałem jego „ lubimuju”- jeszcze pół butelki wódki.

Tłumaczę mu, że butelkę próżną, która stała na stole, wyrzuciłem za kantorkę.

„ Eta łoż, wy jejo gdzie to spratali , no gdzie?”

 „ proszu rasmotrieć, , możet wy jejo postawili w apteczkie”.

W mig odnajduje wódkę i oczom nie wierzy- wódka jest i nie ruszana.

Chwycił ją i pociągnął co najmniej 50 gram.

Zagryzł suchą rybą – obłą.

To była jego ulubiona zakąska.

Nie zawsze przywożono wódkę do sklepu w każdym tygodniu.

 Dlatego Iwan Iwanowicz robił zawsze zapas jej w swojej kantorce.

Kiedy zarobił rubli- dostawał pensję miesięczną- to często kupował tego lekarstwa większą ilość.

I tak w miesiącu listopadzie zakupił pełną skrzynkę tego boskiego napoju.

Na pytanie moje, czy ty będziesz z niej- wódki, kaszę gotował, czy co?

Odparł:

 „ Nie podśmiewajsia iz mienia. Jeju skoro nie dowiezut, dojechać nie budzie możnost

 Były takie dni, kiedy wódki nie było i  ten „ gławbucha” ( księgowy )  nie chciał robić listy do opłacania wykonanych robót.

Ze złości rozrzucał swoje dokumenty i kategorycznie oświadczał, że jeśli pracownicy nie znajdą dla niego pięćdziesięciu gram gorzałki, nie wypłaci im należności, nie zrobi listy zapłaty.

Po całym osiedlu szukali tej „ upragnionej” i wreszcie zdobyto.

Po wypiciu zaczął pracować jak trzeźwy.

Pieniędzy u niego było pod dostatkiem .

Co najmniej 100 rubli otrzymywał od każdego pracownika, bo on im dopisywał do wydobytych kamieni, jeszcze na 400 – 500 rubli.

A więc robotnikowi opłacało się dać te 100 rubli za czterysta dopisanych.

     Iwan Iwanowicz był dobrym człowiekiem.

Współczuł biedakom i dawał im dary w postaci rubli. Ale nie ze swojej kieszeni.

Do mnie był dobrze ustosunkowany.

Gdy zdawał bilanse przypominał mi, że teraz należy podać jemu rzeczy brakujące, zepsute, zaginione, by on mógł je spisać, by nie było braków w magazynie.

Przy tym nauczył mię, jak zestawiać bilans, żeby był prawidłowy.

Poznając jego sztuczki przy układaniu bilansu, też się nauczyłem  robić bilans krótko i poprawnie – gdyby przyszło się pracować w dziedzinie księgowości.

Nauczyłem się od niego wielu „mądrych” chwytów – w pracy księgowego.

      Pewnego razu, gdy księgowi układali bilans roczny, wstąpiłem do biura i dowiedziałem się, że księgowość łamie głowę nad bilansem i nie mogą dać rady.

Bilans się nie schodził, nie zgadzał.

Po przyjeździe do siebie opowiedziałem Iwanu Iwanowiczowi.

A on na to:

 ” puść wypijut po sto gram, a ja pomogu  jewo sostawić”.

Przy tym przekazałem jemu prośbę gławbucha- głównego księgowego, żeby on jutro ze mną  przyjechał do niego.

Prośbę z ochotą przyjął i jutro byłem z nim u głównego księgowego.

Ten opowiedział mu, w czym rzecz.

Iwan Iwanowicz poprosił o wszystkie dokumenty, otrzymał je i zaczął w nich szperać szukając błędów.

Prędko je znalazł- za dwadzieścia minut zestawił nowy bilans.

Podał go „gławbuchowi”.

Ten długo szukał sztuczek Iwana Iwanowicza, ale nie znalazł nic do zarzucenia.

W końcu powiedział:

„ Choroszaja gołowa, no duraku popała” ( pijanicy się dostała).

Porządnie obleli ten bilans koniaczkiem, także ledwie żywego przywiozłem do Telmana. Sławą się okrył mój Iwan Iwanowicz.

A przysłowie:

 „ Chroszaja gołowa, no duraku popała”, po dziś dzień jest powtarzana przez mnie i moich bliskich.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 40 ). Ciąg dalszy „ wolności „


zdjęcie własne. Nikła tęcza na horyzoncie – jakby Jana nadzieja wschodziła na powrót do domu …….

W 1955 roku w Kazachstanie susza wszystko zniszczyła.

Nie było trawy na polu.

Tu osiedle jedno od drugiego odległe jest o 40 – 50 km.

Szkoły także znajdują się jedna od drugiej na wyżej wspomnianej odległości.

Nasz sowchoz Telmana ( nazwisko rewolucjonisty niemieckiego) miał w tym czasie trudności z pitną wodą.

Przywozili ją codziennie beczkami  z gospodarczej części sowchoza znajdującego się o 4 km od administracji gospodarczej.

Całą ozdobą tej okolicy jest jezioro długie na 12 km i szerokie 2-3 km.

Za jeziorem widnieją skały, z których będą budowane domy, szkoły itp.

Żeby tych skał nałupać , trzeba niemało wylać potu.

Odległość do nich okrężną drogą wynosi 4-5 km.

Prawda, że niedaleko, ale trzeba pamiętać, że tu słońce nieraz w lipcu i sierpniu mocno przypieka.

Temperatura często dochodzi do 40 i więcej stopni ciepła.

A więc jajko w piasku można upiec.

Pracować, jak w kamieniołomach , tak i na budowie można tylko od godziny 6- tej do 10- tej i od 14- tej do późnej nocy, kiedy jest widno.

Zarobić na tej budowie można od 30-50 rubli, ale długo człowiek nie pociągnie przy tej robocie.

      Wracam znowu do samego osiedla.

Jest ono nieduże, ale może być o wiele większe.

Teraz stoi pięć domów prawdziwych : dom administracji sowchoza, trzy domki niedawno pobudowane i dom pod szkołę oraz parę mieszkań- jurt kazachskich, których dachy ledwie widoczne nad ziemią , a całe wnętrze znajduje się w ziemi, z malutkim okienkiem w samym stropie.

Ściany wnętrza takiego mieszkania w jurcie kazachskiej są z gliny i pomalowane wapnem.

Sufit zbudowany z czterech krokwi drewnianych, na które kładzie się chrust, a na nie narzuca warstwę gliny, którą się przykrywa ziemią.

Ziemię tę, żeby jej wiatr nie rozdmuchał, pokrywa się gliną zmieszaną ze słomą.

Zagładza się tę masę i już jest mocny, nieprzemakalny dach.

Sufit wewnątrz takiej ziemianki doprowadza się do równości, tj obłamuje się , albo obcina nożem sterczące gałązki i obmazuje się je gliną  dobrze wyrobioną z krótką sieczką słomy. Wyschnięty sufit bieli się wapnem.

Podłogę robią z gliny i bielą ją wapnem.

Mieszkanie wygląda z wewnątrz przyzwoicie.

   Po dwóch tygodniach , a nawet po jednym tygodniu wypoczynku , niektórzy byli łagiernicy już wyjeżdżają samochodami w góry.

Stamtąd przysyłają pełne samochody płyt kamiennych – materiału budowlanego.

     Ja i po dwóch tygodniach nie ruszam do pracy, mnie niespieszno, czegoś oczekuję.

I oto po 10 dniach zabierają księgowego do pracy w rejonie.

Na miejsce wolne poszukują człowieka mającego średnie wykształcenie.

Spośród byłych więźniów nie ma nikogo, oprócz mnie.

Więc się zgłaszam do pracy w księgowości.

Pierwsze dni księgowego

Zdał mnie księgowy liczydła i księgi, w których mam notować ilość przywiezionych kamieni i wypłaconej gotówki pracownikom.

Przejrzałem te księgi.

Nic w nich nie ma trudnego.

Wszystko jasne.

Podobne notatki prowadziłem będąc kierownikiem szkoły siedmioletniej .

Jednak z liczeniem w swojej szkole nie spotkałem się , bo nie zachodziła potrzeba.

Teraz jednak trzeba nauczyć się przesuwania tych kuleczek.

Zabieram ze sobą koc i liczydło.

Idę na wzgórek stepowy.

Rozściełam koc, kładę liczydło , wyciągam się na słoneczku

i z a c z y n a m   n a u k ę   l i c z e n i a   n a   l i c z y d ł a c  h.

( Zaznaczam, że nie mam pojęcia o liczeniu na liczydłach i nie znam żadnych zasad uczenia się.

Mogłem pójść do pani księgowej w pegeerze- sowchozie- ale wstydziłem się .

Zaczynam od dodawania: odsuwam dwie kuleczki i chcę dodać 9 kuleczek do 2+8=10 kuleczek, a więc jedna dziesiątka i jedna kuleczka zostaje w jedności, równa się 1 d. i 1 jedn=11, próg trudności przełamałem . 29+8= do 9 jedn.+ 8 jedn. = 17 jedn.= 1 d. i 7 jedn. =1 dziesiątkę dodaję do 2 dziesiątek = 3 dziesiątki + 7 jedn.= 37.

36+ 36 =72= 6 jedn. + 6 jedn. = 12 jedn.  Potem 3 dziesiątki+3dziesiątki+1 dziesiątka+ 2 jedn. = 7 dziesiątek i 2 jedn. Czyli 72.

Tym samym sposobem nauczyłem się odejmowania.

Codziennie poświęcam teraz pięć- sześć  godzin na tę zabawę, na pozór dziecięcą, ale póki do niej człowiek nabierze wprawy trzeba się dobrze napracować.

Ta nauka- samouka.

Ale kto wytrwa, to osiągnie cel- nauczy się liczenia na liczydłach.

Trwała ta nauka przez cztery- pięć tygodni.

Z każdym dniem szło coraz lepiej.

I stałem się księgowym.

Otrzymywałem za tę pracę 450 rubli miesięcznie.

Dobra to zapłata.

Tak wysokie wynagrodzenie otrzymują tylko na dalekim południu albo na dalekim wschodzie.

Mnożenia i dzielenia nie uczyłem się na liczydłach.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 39 ). Początek „ wolności. „

zdjęcie własne….. droga przed Janem ?

Na podwórko zajechała ciężarówka z k u p c e m   p r e d s i e t a t i e l e m .

Obstąpili tego kupca – predsiedatiela moi koledzy i prowadzą rozmowę o warunkach pracy w kołchozie .

Pomyślałem, że nie pojadę do kołchozu krów paść, dość ich napasłem się, gdy miałem 9-12 lat.

Postanowiłem oddalić się na godzinkę do sklepu, by coś kupić do jedzenia.

Póki zaszedłem i wróciłem, maszyna do kołchozu odjechała.

Nie przejąłem się tym.

Ale oto spotyka mnie kapitan, z którym prowadziłem niedawno ostrą rozmowę.

On do mnie:

„ wy szto, nie wyjechał  w kołchoz?” .

Mówię:

„Ja do kołchozu nie pojedu na rabotu, ja ujedu w budownictwo”.

 „ My tibia automatom zagonim”- odpowiedział i opuścił mnie.

Przyjeżdżają nowi zwolnieni.

Ja ich głowy doprowadzam do porządku – strzyżę im włosy.

Zarabiam.

Dają po 50 kopiejek, a niektórzy nawet i po rublu.

Nie spieszę się do pracy.

Nazajutrz rano przyjeżdża inna maszyna – po towar – po kupno nowych ludzi.

Prędko załatwiono – zrobiono spis i ja stoję przy samochodzie gotowy do wyjazdu.

Odczytuje predsiedatiel posadzonych w samochodzie.

Mnie w spisie nie było, więc sam  nie napraszam się.

Odjechali, a ja znowu spaceruję po podwórku.

Zauważył to mój „przyjaciel” – kapitan i krzyczy:

„dlaczego ja nie pojechałem na budownictwo”.

Odpowiadam, że mnie w spisie nie było.

Znowu podcinam włosy nowoprzybyłym zwolnionym.

Kopiejki i rubelki płyną do portfela.

Mam za co żyć.

Wreszcie na trzeci dzień przybywa ciężarówka z sowchozu Telmana w czakrowskim rejonie- 150 km od Karagandy.

Rozpytuję, co tam będą za roboty.

 Odpowiadają:

budownictwo szkół , domów mieszkalnych itd.

Jednym słowem – biorę budownictwo.

Jadę – postanowiłem.

Zabieram moją walizkę i pakuję się do samochodu – do szoferki – pozwala mi szofer.

Ruszamy.

Samochód podrzuca mocno, bo tam nie ma dróg bitych, albo wysypanych , ale drogi takie jak je czort stworzył , wyboje okropne.

Na siedzeniu podskakuję, uderzając głową o sufit szoferki.

A gdy tak mocno jęknąłem od bólu uderzając głową, szofer z uśmiechem i ironią mówi:

„ Gorzej bywa”.

Pierwsze dni w sowchozie Telmana

Mimo złej drogi i kurzu unoszącego się nad samochodem i w samochodzie, dojeżdżamy do celu – sowchozu Telmana.

Oto przed nami widok jeziora, skały po jednej stronie jego, a osiedle po drugiej.

Widok niebrzydki, nawet pocieszający.

Już jesteśmy na pagórku tego osiedla, gdzie stoi duża stodoła.

Właśnie w niej mamy czasowo mieszkać.

Wychodzimy z samochodu ze swoimi ubogimi majątkami.

Zachodzimy do wnętrza tego ogromnego zabudowania i widzimy w nim około 40 gołych  łóżek – nawet bez materaców , nie mówiąc już o pościeli i choć paru krzesełkach.

Kładziemy swoje walizki i torby na sprężyny łóżka.

Wychodzimy z tej sali „ balowej” by się otrząsnąć z tego kurzu kazachstańskiego.

Smutnem jest, że nikt na nas nie czekał i nie spotkał.

Jest projekt, żeby pójść nad jezioro i wykąpać się.

Zgoda – idziemy – jeden na ochotnika zostaje przy rzeczach.

Jest ochotnik.

( Nas jest  wszystkich 25 ludzi).

Jak konie wypuszczone ze stajni, biegniemy, podskakujemy, jesteśmy pełni radości i śmiechu.

A słońce jasne i czyste powietrze dodają nam werwy do życia na wolności.

Po kąpieli idziemy do stołówki na obiad.

Tam zakrapiamy swoją wolność.

– Wreszcie wracamy na swoje łóżka i odpoczywamy.

Śpimy, chyba do godziny 12- tej.

Aż wreszcie przychodzi do nas operupołnomoczenny po sprawach politycznych.

Sprawdza nas według spisku podanego przez naszego kierowcę.

Wszyscy są obecni.

Informują nas, że będziemy tu żyli i budowali potrzebne obiekty tutejszemu osiedlu.

Jutro, a może nawet dzisiaj, przywiozą nam pościel z Oskarowski- rejonu.

U kogo nie ma pieniędzy na wyżywienie, dziś może otrzymać od księgowego w kantorce tu stojącej.

Zaznacza, że na razie władza administracyjna organizuje się i można będzie odpocząć chyba przez tydzień.

Niektórzy koledzy udali się do kantorki o pożyczkę a ja udałem się na śniadanie do jadalni.

Po śniadaniu sam jeden poszedłem na pobliski wzgórek, z którego widać było naokoło step i step.

Nigdzie drzew, ni osiedli.

Równina, jak okiem sięgnąć.

Tylko gdzie niegdzie w oddali widać pasące się stada bydła, owiec i kóz, a także i koni.

Pole zielone, jeśli padają deszcze, a jeśli panuje przez miesiąc – dwa susza, wszystko wysycha, zboża zasiane żółkną.

W  1954 roku był wielki urodzaj pszenicy.

Ponieważ deszcze padały w każdym miesiącu, pszenicy nie było gdzie podziewać.

Często gniła już w kopcach na polu.

Ale w 1955 roku w Kazachstanie susza wszystko zniszczyła.

Nie było trawy na polu.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 38 ). Kazachstan , łagry, zorganizowane bunty więźniów.


Ponownie z internetu mapka łagrów w Rosji – jest tam też Karaganda

 Droga do obozu do Karagandy.

Gdy już było nas zwolnionych ponad 20 – stu, podano nam ciężarówkę, którą dowieziono do najbliższej stacji kolejowej, a następnie przesiedliśmy się do pociągu , który wiózł nas, aż do wojewódzkiego miasta K a r a g a n d y . 

W drodze od pierwszej stacji kolejowej o 30 km, zauważyliśmy dużo żołnierzy radzieckich siedzącym z karabinami – automatami wzdłuż palących się ognisk.

W dali o 1,5 km, spostrzegliśmy duży łagier – obóz.

Nie mogliśmy zrozumieć, po co tyle wojska przesiaduje w pobliżu  tego obozu?

Po odjeździe pociągu od tych żołnierzy  o 2 km, pociąg zatrzymał się na przystanku kolejowym.

Tu zobaczyliśmy , że jakaś kobieta po łagiernemu ubrana chce wsiąść do wagonu.

Poprosiliśmy ją do swojego wagonu.

Weszła, onieśmielona gromadką mężczyzn.

Posypały się pytania: Co to jest za wojsko, które usadowiło się niedaleko kolei i łagra? .

” A szto, wy nie znajetie , szto w etom łagier uże dwa miesiąca sostoitsia bunt zakluczonych i sołdaty pomagajut udzierać buntowszczików w łagier” – odpowiedziała ta kobieta.

A jakże panią wypuścili z tego obozu, przecież pani także tam przebywała?

 Odparła:

– „Komitet obrońców życia w obozie postanowił, że komu termin pobytu w łagrze kończy się , może wychodzić z niego. I  na tej podstawie ja opuściłam łagier.”

Dalej kobieta ta, łagiernica, opowiadała, jak zorganizowano ten bunt i jak się uzbrajano , chodząc jeszcze do pracy.

Opowiedziała, że na czele buntu stanął generał  wojsk radzieckich, którego sądzono na 25 lat więzienia.

On nikogo nie zmuszał do przyłączania się do tego powstania.

Ale namawiał, twierdząc , że lepiej ulec w boju z wrogiem, niż męczyć się przez całe życie

„ u swoich przyjaciół” .

Komitet wyzwolenia żądał przyjazdu do obozu członków partii z Centralnego Komitetu, żeby zobaczyli w jakich nieludzkich warunkach oni żyją.

Ta „łagiernica dziesięcioletnia” opowiedziała, że tam są dwa obozy: żeński i męski, odgrodzone są dwumetrowym murem jeden od drugiego.

Gdy powstał bunt, złączono te dwa obozy, wybijając dziury w murze.

Mówili, że w jedności będą silniejsi.

Powstawiali megafony we wszystkie kierunki, wołając o pomoc dla zakluczonych.

Piekarnia i kuchnia były całkowicie w rękach więźniów.

Głodem ich nie mogli uśmierzyć .

NKWudziści i wojskowi robili  próby wtargnięcia do obozu, ale gdy posypały się różne rażące śmiertelnie żelaza, kamienie i cegły z murów, musiało  zaniechać  szturmu  nawet doborowe wojsko.

Trwał ten bunt ponad dwa miesiące.

Aż wreszcie w końcu sierpnia 1954 roku, sprowadzono kilkadziesiąt tankietek (czołgów).

Wszystka władza i jej podwładni całą noc, pod obstrzałem karabinów maszynowych wybijali dziury w murach, by tankietki mogły wejść i przejść przez te otwory do zony  .

Dokonali tego, mimo ofiar leżących po jednej i po drugiej stronie murów.

Tankietki weszły przed świtem do zony i buntowników  rozstrzelano przy drzwiach, ścianach- tam gdzie stały grupki żywych ludzi.

Niejednego tam ojca- więźnia, rozgniótł własny syn siedząc w tankietce!!!.

Z tych 10 – ciu tysięcy więźniów, którzy walczyli przez trzy miesiące ze stalinowskim terrorem w obozie, znajdującym się o trzy przystanki od Żezkazganu, zostało przy życiu niewielu.

Właśnie te bunty, ( przede wszystkim w Workucie, Żezkazganie) przyniosły wielu więźniom wolność , bo władza po śmierci Stalina, musiała złagodzić reżim, by dać możność ludziom lżej pożyć.

Za tę dygresję od właściwego tematu przepraszam swoich czytelników: s y n ó w ,   s y n o w e ,   w n u  k ó w ,   w n u c z k i   i    p r a w n  u c z ę t a ,  b o   d l a   n i c h   p i s  z ę   t e   w s p o m n i e n i a .

 Całą drogę do Karagandy towarzyszy nam jeden z konwojentów obozu.

Jego celem jest doprowadzić nas do biura NKGB.

Uczynił to i odjechał, a my zostaliśmy bez opieki.

W końcu jeden z kapitanów NKGB zajął  się wysyłaniem nas do pracy w różnych kołchozach, sowchozach, na budowy.

Oddawał tym organizacjom, które się zgłosiły do niego o pracowników.

Ale zanim się nas pozbył, musiał załatwić formalności z odprawą.

Ten kapitan NKWD  wzywał nas pojedynczo do swojego biura i żądał  podpisania deklaracji, że jedzie się na wieczne zesłanie – według prykaza Stalina.

Przeczytał mi ten prykaz i kazał mi, bym się podpisał.

Ja odmówiłem podpisu, mówiąc, że wiecznego zesłania nie ma.

„Stalin, kak by nie chocia nie ostatsia „.

 Obruszyło go moje mędrkowanie i mówi mi, że odeśle  mnie do łagru, jeśli nie podpiszę.

Ja na to :

„ w łagrze teraz lepiej się żyje niż u was na swobodzie”.

Mówię tak śmiało dlatego, że widzę jak oni się boją tych buntów.

            Przypomniałem mu,

że j a  d z i e s i ę ć   l a t   p r z e s i e d z i a ł e m   w   ł a g r z e   z a  

n i e w i n n o ś ć 

 i jeszcze chcecie , bym podpisał się na wieczną zsyłkę.

             W końcu powiedział: „ no dobrze, idźcie” .

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 37 ). Wywożą mnie na Kazachstan. Jadę przez 3 dni z młodymi „ buntowszczikami „ ale o tym nie wiem. Potem jestem całym sercem z nimi, lecz już ze mnie starik.

Jan po 12 latach opisywanych przeżyć katorżnika … zawsze taki – silny i pogodny

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony Heleny z d. Wojciul

Na terenie obozu w Tomsku powstało zamieszanie.

Etap, który przybył z Workuty, po 15- stu dniach odpoczynku, nie wyszedł do pracy.

Ci ludzie z Workuty i tam byli buntowszczykami.

I dlatego ich wywieźli z tamtego obozu.

Stare brygady, mieszkające w innych barakach pod ich wpływem także przygotowywały  się do nie wychodzenia do pracy.

Kierownictwo łagra szybko postanowiło pozbyć się tych, jak ich nazywano „ bandytów”, bo siali ferment wśród więźniów.  

Zorganizowano wywóz ich z tego obozu do innego, w Żezkazgan  na Kazachstanie.  

Do obsługi w tym transporcie zabrano mnie i innych moich znajomych.

Dano nam wagon, w którym my przygotowywaliśmy posiłki dla więźniów.

Mieliśmy do syta mięsa, masła, ryby i różnych kasz, nie mówiąc już o chlebie.

Podróż do Żezkazganu trwała 3 dni.

Zbuntowany etap umieszczono w obozie zupełnie próżnym, by nowoprzybyli nie zetknęli się z innymi  więźniami, których tam nie brakowało.

Niedawno  czytałem , że w 1954 roku po powstaniu więźniów w pobliskim gułagu  założono  tam miasto.

(  Ciekawostką jest także to, że później  w tej okolicy często lądowały rosyjskie załogowe statki kosmiczne)

Jak zwykle po odbytej podróży , więzień miał prawo do karantinu – kwarantanny – 15 dniowej .

A więc po przyjeździe nowego etapu odbywał się odpoczynek. Ja również korzystałem z tych praw karantinu.

Dopiero po skończonej kwarantannie, wyszedłem do pracy po przepustce, z której już korzystałem prawie trzy miesiące.

Idąc do pracy, obok jednego obozu, zobaczyłem pełno ludzi siedzących i spacerujących po dachu baraku.

Zainteresowało mnie to, kto to może być?

A więc pytam idącego mi na spotkanie- kto to ci ludzie?

Odpowiada: „ A sztoż nie znajetie? Przywieźli  z Workuty bandytów”.

Dopiero teraz domyśliłem się, że ja z tymi ludźmi jechałem w pociągu.

Więc bunt trwa dalej.

Ciekawe, co z nimi zrobią?

Wracam z pracy do swego łagru, i przysłuchuję się w baraku – o czym mówią więźniowie?.

Radzą się, by też nie pójść jutro do pracy.

Rozpocząć bunt.

 Ale nie znalazł się prowodyr, któryby wszystkich obudził  ze snu strachu, w którym przez kilkanaście lat trwali.

Odłożyli tę myśl powstania, aż ona lepiej dojrzeje.

Mijają dni podniecenia,  bo ci, którzy tu przyjechali z dalekiej północy, nie wychodzą ze swego obozu, ale różnymi sposobami rozsiewają myśl buntu.

Nawołują do powstania.

Rozmawiałem z nimi.

Są dość młodzi bojowi i żądni walki o sprawiedliwość .

Sercem jestem z nimi. Ale ze mnie stary schorowany człowiek.

Wśród władzy, która tu rządzi, wyczuwa się zdenerwowanie.

Niektórych zwalniają z łagru a innych informują, że za dwa trzy miesiące będą zwolnieni z obozu.

Naczelnik NKGB z Ałma Aty w obozie naszym.

W miesiącu sierpniu 1954 roku przybył do naszego obozu referent do spraw politycznych ze stolicy Kazachstanu Ałmy Aty.

Wieczorem, tj. po pracy zrobiono zbiórkę wszystkich przed świetlicą.

W asyście władz obozu wyszedł  do nas ten gość z Ałma Aty.

Na powitanie dano sygnał: „ Wstać”.

Podnieśliśmy się.

Wita nas przedstawiciel : „ Zdrawstwujtie grażdance”.

Milczenie.

„ sadzitieś pożałujsta”.

Wszystko to było dziwne, bo nigdy do nas więźniów, nikt tak grzecznie nie zwracał się.

Asysta gościa siada na krzesłach- a przedstawiciel zaczyna mówić:

 „ Wot pryszło wremia, kogda ja, referent po politiczeskim dziełam przyjechał k wam, szto waszy dzieła budut razsmotreny na nowo, potomu szto w nich mnogo zdziełano niesprawiedliwości .

Mnogije iż was siedział niewinowaty. At zawtra waszy dzieła budut rozsmotreny czerez komisjiu .

Do tiech por, ja waszu żałobu( skargi)  odkładywał na bok, jeśli oni ukazywali statju ( paragraf) 56 i 69.

Ja sam bojał etich politiczeskich dzieł. „.

 Na słowa: „ bojał sam”- wszyscy z ironią zaśmieliśmy się.

Nazajutrz o 8.00 rano, wzywają niektórych więźniów na komisję.

Mnie natomiast wzywają do oper upołnomoczennowo.

Szybko się zjawiam przed jego twarzą.

Informuje mię, że mnie zwalniają z obozu od dziś.

Jeszcze należałoby mnie być w obozie 4 miesiące, ale za nienaganne sprawowanie w czasie pobytu w łagrze, zwalniają mię wcześniej.

Otrzymuję dokument zwolnienia z obozu i dają do podpisania oświadczenie , że nie będę rozgłaszał złych wiadomości o pobycie w obozie.

Nie mając wyjścia, podpisuję.

Wyszedłem z tego biura i idę do łagru, żeby dali lepsze ubranie i buty.

Otrzymuję.

Z walizką zrobioną z dykty wychodzę z  d z  i e s i ę c i o l e t n i e g o   o b o z u   n a  

w o l n o ś ć .

C z y   c i e s z ę   s i ę   z   t e j   w o l n o ś c i ?  .

Tak, ale niezupełnie. 

P o   o p u s z c z e n i u   o b o z u   n i e   m a m   p r a w a   w r ó c i ć   t a m ,   s k ą d  

m n e   z a b r a l i   z   B i a ł o r u s i ,  

a   j u ż   n i e   m a   m o w y   o   w y j e ź d z i e   d  o   r o d z i n y ,  

k t ó r a   m i e s z k a   w   P o l s c  e.

      Stalinowski prykaz mówi, że wypuszczonych na wolność z łagra, nie wolno puszczać tam, skąd pochodzą, ale winni żyć na zesłaniu – na Syberii, Kazachstanie i innych oddalonych rejonach Związku Radzieckiego.

        Wracają ludzie z komisji i opowiadają, że przepraszali ich za to, że siedzieli po 7- 8 lat niewinni.

Wszyscy, którzy byli na komisji, zostali zwolnieni z obozu, ale do domu nie mają prawa wracać: ciąży na nich wieczna zsyłka.

C.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ). Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna do obozu nieopodal Tomskie.

ponownie mapka łagrów na terenie Rosji ….

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 36 ).  Ciekawe zjawisko pogodowe nad Cieśniną Tatarską i droga powrotna .,

  Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony-Heleny z d. Wojciul

  Powrotna droga z Buchta- Banina

Zanim przystąpię do  opisania powrotnej drogi z punktu przesyłkowego , należy chyba poświęcić parę słów samej przystani.

Buchta- maleńka przystań przy brzegu Cieśniny Tatarskiej.

Z jednej strony- południowej otaczają ją skały, a od strony północnej sowiecka część Sachalinu.

Tą cieśniną wypływają  statki na Morze Ochockie.

Tym to morzem, podążają statki do portu w Magadanie.

Do rzeki Kołymy, gdzie kopią złoto…..

Z tego punktu przesyłowego rocznie odprawia się około 20 tysięcy więźniów różnego rodzaju do kopania złota- kruszcu.

Z Kołymy wraca w ciągu roku około 5 tys. nieszczęśników.

Już są niezdolni do żadnej pracy.

Z Buchta Banina odwożą ich znowu do innego łagru, jeśli jeszcze nie ukończyli swego terminu pobytu w obozie.

    Nowostka nad Cieśniną Tatarską

Świeci jasno słoneczko.

Ani jednej chmurki na niebie.

Mijają dwie minuty i już na firmamencie pokazuje się ciemny pęcherzyk.

Za minutę polało z niego jak z cebra.

Wszystkie nierówności zapełniła woda.

Gdzie były rowy, tam już szumiały rzeki pełne wód.

Z tego małego ciemnego pęcherzyka na niebie  była taka ulewa, jakiej ja jeszcze nigdy nie widziałem.

Minuta minęła i znów słoneczko świeci.

Tak to szybko zachodzi zmiana pogody w tej północnej krainie, nad Sachalinem radzieckim.

Powrót

A teraz wracam do tematu, do wyjazdu z Buchta Banina.  Opuszczam więc ten maleńki port na  wschodnim krańcu Rosji skąd wysyłają na Kołymę i skąd widać wyspę Sachalin …

A było tak. Na drugi dzień po odejściu okrętu  ( na Kołymę ) z tej przystani, zebrano nową grupę i popędzono na stację kolejową.

Tam po gdzie po rozsortowaniu według stanu  zdrowia – kto chory a kto zdrowy, ruszył pociąg w powrotną mękę.

Ja dostałem się do wagonu dla chorych.

Znalazłem miejsce na samych górnych narach.

Jazda nie była najgorsza, chociaż czułem ból – reumatyzm w lewej nodze i mocne pieczenie lewego oka, który to ból nękał mnie też myślą, że zostanę tylko z jednym okiem.

Za dobę byliśmy nad rzeką Amurem, gdzie przeprawiliśmy się promem dwupiętrowym.

Tu nas nakarmiono suchym chlebem i porcyjką cukru.

Dostarczono nam do wagonu wody. Nie brakowało jej tak, jak przedtem , w drodze do punktu przesyłowego, kiedy to nieomal nie umarliśmy pod drodze.

W drodze z Komsomolska do Bajkału mieliśmy nieprzyjemne wydarzenie.

Zmarł w wagonie , na sąsiedniej narze , towarzysz niedoli.

Patrzyliśmy jak cicho umiera.

W niczym nie mogliśmy pomóc.

Serca nasze ściskał ból.

Z g i n ą ł   z   w y c i e ń c z e n i a .

Po pewnym czasie zabrano go od nas.

Po siedmiu dniach znaleźliśmy się w mieście T o m s k i e , gdzie wysadzono nas i odprowadzono do obozu, znajdującego się dwa kilometry od miasta.

Korzystając z prawa- 15- dniowego wypoczynku – karantinu – po podróży – udałem się do lekarza obozowego w sprawie chorego oka.

Przedstawiłem, że oko coraz gorzej boli i mało co widzę.

Prosiłem lekarza, żeby mnie odesłał do szpitala na leczenie.

Nie przyjął mojej prośby i powiedział, że mogę odpoczywać i co trzy dni przychodzić do niego.

Nie dał żadnego lekarstwa.

Po trzech dniach zgłaszam się znowu  do niego.

Obejrzał, i mówi, że oko już lepiej wygląda.

I znowu nie dał lekarstwa.

I oto cudem oko bez lekarstwa zaczęło się goić.

Jeszcze przeszło trzy dni i ono zaczęło się oczyszczać od ropienia.

Z każdym dniem z okiem było lepiej.

Cieszyłem się z tego niezmiernie.

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 35 ). Na krańcu Rosji – Cieśnina Tatarska – Sachalin – cudem unikam Kołymy


Mapka Rosji i rozmieszczenie łagrów – po prawej widać podłużny Sachalin pddzoelony d lądu opisaną przez Jana Cieśniną Tatarską – a nad nim Kołymę .Obrazek z internetu

Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia 1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony.

Na rozmowach o życiu w Moskwie dojechaliśmy do brzegów Jeziora Bajkału.

Ogromne to jezioro.

Brzegów jego nie widać.

Patrzymy przez kraty w oknie i podziwiamy tę szerokość i długość.

Mówią niektórzy, że w nim jest 300 gatunków ryb.

Teraz, w 1953 roku pobudowano obok- Bajkalsko- Amurską  Magistralę.

Długość jej wynosi ponad trzy tysiące kilometrów.

Obecnie  już położono most na rzece Amurze-( szerokość jej- 3,5 km !!! ).

Dwieście metrów nad brzegiem Bajkału  ciągnie się droga kolejowa długości co najmniej 200-300 km.

Zostawiamy ten wspaniały Bajkał i jedziemy w kierunku nowo pobudowanego miasta Komsomolska, położonego po obu stronach rzeki  A m u r

Tu zatrzymuje się nasz pociąg, składający się z dwudziestu wagonów.

W 1953 roku jeszcze nie było na Amurze mostu.

Przejeżdżano promem

.

Prom był dwupiętrowy.

Za jednym razem zabierano 4+4 wagony.

A więc trzeba było trzy razy przejeżdżać Amur.

Prawda, że szybko chodził ten prom, ale mimo to zabierało to 1,5 godziny czasu.

Gdy wszystkie wagony były już na drugiej stronie rzeki, doczepiano lokomotywę i jeszcze do miejsca przeznaczenia było ponad tysiąc kilometrów drogi.

Tę drogę do B u c h t a  B a n i n a przejechaliśmy w ciągu dwóch dób.

Wychodziliśmy z wagonów obrośnięci, zmęczeni – ledwie żywi.

Nogi odmawiały posłuszeństwa, by dojść do baraku – łagru , gdzie był nasz punkt przesyłkowy d o  K o ł y m y .

Gdy stanęła nasza noga na tej pustej i kamiennej ziemi, poczuliśmy w powietrzu coś, czego ja w powietrzu nigdy dotychczas nie odczuwałem- brak powietrza.

Nie mogłem oddychać normalnie.

Połykałem go coraz więcej, a jego wszystko jedno było za mało.

Okazało się, że w tym powietrzu

–  n a d  b r z e g i e m   Z a l e w u   T a t a r s k i e g o

–   o g r a n i c z a j ą c e g o   S a c h a l i n   R a d z i e c k i

–  brak jest czternaście procent tlenu !!!! .

Trzeba organizm przyzwyczajać do takiego powietrza.

Na domiar złego, po dobrnięciu do baraków, w których mamy przebyć karantir

( kwarantannę) – 15 dniowy, napiliśmy się wody gotowanej ale i nie gotowanej.

A piliśmy ją tak łapczywie, by zgasić pragnienie, które nas  męczyło przez całą drogę, trwającą 15 dni.

Nazajutrz zapanowała w obozie czerwonka.

Prawie 50% chorych położono do szpitala.

Ja także znalazłem się wśród tych nieszczęśników.

Byłem w tym stacjonarze 10 dni.

Leżałem na wysokim narze, z którego przez okno oglądałem cały radziecki Sachalin.

Obok mnie leżeli bandyci.

Opowiadali oni o swoich sukcesach i niepowodzeniach w swej robocie.

Opowiadali, że trzeba mordować  wszystkich, kiedy się chce zrobić czystą robotę.

Bo, gdy choć jedną osobę zostawić żywą, ona może w przyszłości wydać całą szajkę.

Na przykład, opowiada, zostawiliśmy jedną najemnicę przy życiu,  a ona nas wsadziła na 15 lat do więzienia.

Nikt z tej dezynterii nie umarł.

Ja także wyszedłem po tygodniu cały.

Ale przyplątała mi się inna choroba.

Rozbolało mnie lewe oko.

Lekarze leczyli, ale skutków dodatnich nie było.

Lekarze zaczęli mówić mi, że jestem symulant, bo nie chcę jechać na Kołymę.

Bo byli prawdziwi udawacze ślepoty.

Zasypywali oczy tytoniem , żeby tylko nie zabrano ich do wywiezienia za Morze Ochockie, na Magadan, Kołymę.

Ale ja nie należałem do tych symulantów.

Mnie naprawdę zaciągnęło oko ropą.

Poważnie myślałem, że zostanę z jednym okiem.

 Kończy się kwarantanna odpoczynku.

Po 15 dniach wywołują po nazwisku i ustawiają po piątce i gonią do wrót, gdzie już stoi orkiestra.

Na znak dany, orkiestra gra jakiegoś, tak mi się wydawało, żałobnego marsza.

Przechodzą bramą młodzieńcy – pełni zdrowia – młodości – ze spuszczonymi głowami, jakby szli na śmierć.

A orkiestra gra.

Idą i kolumny końca nie widać.

Wreszcie zamykają bramę.

Poszli do okrętu, który już od wczoraj stoi na przystani Buchta Banina.

Przed wprowadzeniem do okrętu, konwojenci robią  dokładnie szmon.

Szczegółowo przeglądają wszystko co mają skazani, co okrywa ich ciało.

Marsz żałobny się skończył.

Wydawało się mnie, że już jestem uratowany.

.

Ale oto w obozie poszukują  mnie i innych, by się zbierali do wyjścia, a więc i nas mają zabrać na ten  okręt.

Już odbywa się to odprowadzenie bez orkiestry.

Zaprowadzają nas 25- 30 osób na plac, gdzie odbywała się kontrola poprzednich brygad.

Robią szmon dokładny, ale ja ruble schowałem pod podeszwą wojłoczek.

Nie znaleźli u mnie nic.

Skończono sprawdzanie.

Podchodzi naczelnik naszej brygady – grupy, do naczelnika okrętu.

Melduje, że jeszcze przyprowadził grupę więźniów do zabrania na okręt.

A ten mu na to:

„ Bolsze nie bieru, po spisku uże u mienia chwatajet”.

A więc naszej grupy nie przyjęto.

Radość to była niesamowita.

Wracamy do baraków.

Nie wiemy, co zrobią z nami.

Ta myśl nurtuje nas pozostawionych.

Co ma być, ale już gorszego nie będzie

c.d.n.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 34 ). Wysyłają na Kołymę


Pamiętnik Jana Konopielko ur.12 lutego 1906 r w Kołpiei, zmarłego 22 grudnia1985 w Olsztynie . Spoczywa na Cmentarzu w Lidzbarku Warmińskim obok swojej żony – Heleny z d. Wojciul

Skończyły się dobre czasy dla mnie, gdy przyjechał  n o w y   n a c z e l n i k   d o  s p r a w     p o l i t y c z n y c h.

Ten nowy NKGB- owiec, był człowiekiem młodym i gołym, nie miał swojej pościeli i dlatego przyszedł do kaptiorka , żeby wypożyczyć pościel .

Dałem mu: koc, poszewkę, prześcieradło i materac.

Po wręczeniu poprosiłem , by powiedział mi swoje nazwisko, gdyż miałem zapisać te rzeczy do ewidencji.

Podał nazwisko, ale chyba ten mój sposób postępowania nie podobał się jemu, bo się zemścił nade mną.

Sprawdzając zakład remontu odzieży poza zoną znalazł dwie pary moich  !!! spodni, które oddałem krawcom, by mnie z nich uszyli marynareczkę.

W tej sprawie wezwał mnie do swego gabinetu i tam udowadniał mi, że ja przywłaszczyłem sobie te spodnie.

Ja usprawiedliwiałem się tym, że nie wypisywałem sobie nowych spodni przez dwa lata.

Że chciałem z tych spodni uszyć sobie marynareczkę, bo już mam prędko opuścić łagier, że mnie zostało jeszcze 7 miesięcy – być w łagrze

Nie pomogło moje szczere wyjaśnienie.

Dał 5 dni karceru, no i zdjął mnie z posady kaptrioszczyka .

Sam kradł, a drugich za takie postępowanie jak moje karał i to  n i e s ł u s z n i e.

Mało tego, że mnie usunął z przechowalni, ale wbrew przepisom w y s ł a ł   n a   e t a p   d o   K o ł y m y , bym tam zginął .

Każdego roku robiono nabór na wywóz do kopania złota na rzece Kołymie za Morzem Ochockim.

Brano tam tylko więźniów do lat 45, a mnie już było w tym czasie 46 lat.

Więc i tu zemścił się na mnie , wysyłając na śmierć.

Zastosował on  stare prawo tajgi:

prokurator- niedźwiedź , sędzia- tajga.

W  r o k u   1 9 5 3   w   m i e s i ą c u   l i p c u  zabrano z naszego obozu 250 więźniów .

Z tajgi położonej za T a j s z e t e m w  k i e r u n k u   B r a c k a przywieziono nas w czterech wagonach do I r k u c k a.

W Irkucku stoimy cały dzień.

Upał niesamowity, dochodzi do 40 stopni ciepła.

Z nar wszyscy poschodzili.

Tarzamy się po podłodze.

Jesteśmy wszyscy w stroju adamowym.

Oddychać nie ma czym.

Ślina zasycha w ustach.

A tu jeszcze i brak wody.

Jesteśmy półtrupami.

Mało brakuje, a wszyscy wyzioniemy ducha.

Nareszcie pociąg rusza i przez szczelinki w wagonie przedostają się strumyczki orzeźwiającego powietrza.

Pociąg mknie i my zaczynamy się po trochu ruszać.

Pełzniemy na swoje nary i pod nary.

Mój sąsiad, m o s k w i c z a n i n i ja zajmujemy miejsca pod ostatnimi narami.

Pytam go,  j a k  o n  ż y ł  p o d c z a s   p a n o w a n i a   w ł a d z y   r a d z i e c k i e j. Ciężko westchnął i powiedział, że to nie było życie, a istna męka.

 Pochodził on z rodziny bogatych mieszczan .

I  t o   b y ł o   j e g o   n i e s z c z ę ś c i e. 

Rodzinę jego zamordowali, bo byli kontrrewolucjonistami.

On skończył gimnazjum i zaczął pracować w drogowym ruchu samochodowym w Moskwie. Cały czas pracy był pod nadzorem NKGB, na cenzurowanym miejscu- syn kontrrewolucjonisty.

Mieszkał w ojcowskim domu zmniejszonym o trzy czwarte.  Ożenił się i miał dwóch synów. Mimo dobrych wyników w pracy nie czuł się zadowolony.

Wciąż bał się, że go aresztują.

Po dwudziestu latach , w 1951 roku dościgła go ta nieszczęsna chwila – aresztowali go.

Na jego pytanie , dlaczego tego nie uczynili wcześniej?, otrzymał odpowiedź:

„ Potomu szto ty był nam nużen, a tiepier my imiejem swoich mołodych rabotnikow.

A tiepier wy możecie porabotać na rabotach potiażeleje. Wy swoim mołodym robotnikom raskazywali o swojej choroszej  osieni. „

 .

Ten mój sąsiad dodał: „ Po statii 56 – połucził dziesiać liet.  – isprawitielnych trudowych liet i sosłan na wiecznuju zsyłku na Sibir, Kazachstan, Nowosybirsk itd.”.

Wrócić do Moskwy nie może nawet po skończeniu kary zesłania.

Jak przestrzegali przepisów , że na Kołymę można wywozić więźniów o dobrej kondycji i to mających nie więcej jak 45 lat.

I tego moskwiczanina zabrali gdy miał 50 lat- sądziła tajga, a prokuratorem był niedźwiedź.

Największe katusze przeżywał ten mój kolega- moskwiczanin- gdy jeszcze normalnie pracując, musiał wysyłać  w nocy samochody dla NKGB, które szalało przez całe noce, podbierając wrogów narodu.

Całymi nocami drżał w pościeli i gdy coś gdzieś stuknęło, zrywał się i już był pewny, że zjawili się – wilki drapieżne po zdobycz.

Opowiadał, że jak w Moskwie i Leningradzie i w całym kraju ludzie- obywatele dzieli się na trzy grupy : 1) ci, którzy siedzą,  2) którzy siedzieli   i 3) ci, którzy będą siedzieć.

       Na pytanie, jakie było wasze życie?- odpowiada : „ syf, kasza, tiurma, papasza- eta żyźń nasza”.

Mimo rygoru, jaki stosowali NKGB- iści wobec swoich grażdan – obywateli, zdarzały się takie oto kawały :

 Na pudełku od zapałek można było widzieć Kalinina- ministra rolnictwa, ze zdobycznym cielęciem pod pachą – wracającego z kołchozu.

Zrozumiała rzecz, że aresztowano  pół  fabryki zapałczanej.

 Jak oprawcy stalinizmu wykonywali jego polecenia , niech będzie ten oto komiczny wypadek.

Stalin palił fajkę i założył ją za ucho ( taki u niego był zwyczaj) i zapomniał.

Wezwał on do siebie swoich pachołków i polecił tym stróżom, żeby natychmiast odnaleziono jego lulkę- fajkę.

Nie minęło 15 minut i już zgłoszono 47 złodziei  !!!! . 

Na pytanie Stalina, co to są za obywatele, którzy oczekują na korytarzu- odpowiedź brzmiała: To są złodzieje, którzy ukradli waszą fajkę.

Sięgnął ręką za ucho  mówiąc: czort z wami, etaż ” trubka” za uchem ….

Cdn.

zdjęcie własne