Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 45 ). „ Od Annasza do Kajfasza” ale powoli uparcie do wolności, rodziny , do Polski…..


Jan kończy pisanie pamiętnika – dziękujemy Ci Niezwykły Człowieku za to, że ocaliłeś pamięć i jesteś stale z nami …..wypatrujemy w naszych dzieciach, wnukach a teraz prawnuczce Twoich silnych prawych genów….

 Starania moje o wyjazd do Polski.

Od pierwszej chwili wyjścia z  łagru wciąż myślałem jak to dostać się do rodziny w Polsce?

Wiedziałem tylko, że żona i dwóch synów mieszkają w Lidzbarku.

 ( a że tam, w Polsce, są dwa Lidzbarki: Lidzbark Warmiński i Lidzbark Welski – tego nie wiedziałem ).

     Po przyjeździe na wieczne zesłanie do sowchozu Telmana w Oskarowski  rejon, województwa Karagandyjskiego w Kazachstanie , natychmiast napisałem list do żony, że już jestem zwolniony z obozu i zamierzam robić starania o wyjazd do Was.

 List ten, ku mojej rozpaczy poczta wróciła z dopiskiem:

„ wozwraczajem – graznyj konwert”.

Pomyślałem:

„ diabli przeklęci, nie chcą nawet pozwolić skomunikować się z rodziną. „

Poleżał ten list kilka dni w walizce.

Za ten czas przeanalizowałem swoje myśli odnośnie tego zwrotu listu.

Postanowiłem list włożyć do nowej koperty i wysłać znowu.

Dopatrzyłem, żeby się gdzieś nie zabrudził.

Sam wrzuciłem do skrzynki pocztowej .

Po trzech tygodniach otrzymałem list od żony.

Radości było co niemiara.

Żyją w Lidzbarku Warmińskim.

List trafił do Lidzbarka Welskiego, skąd przesłano go do Lidzbarka Warmińskiego , do dyrektora szkoły zawodowej  znajdującej się o dwadzieścia kroków od mieszkania Konopielków – żony.

List wręczył dyrektor szkoły młodszemu synkowi Pawłowi, bo matka była w tym czasie na kursie.

Ileż radości miał ten dziewięcioklasista z powodu dwunastoletniego oczekiwania na tatę.

Opowiadali świadkowie, że biegał od krewnych do krewnych i ogłaszał, że tata przysłał list, że prędko wróci do nas.

Kiedy małżonka przysłała mi zaproszenie, o które ją prosiłem, zaraz że udałem się do władz rejonowych  z prośbą o pozwolenie na wyjazd do rodziny do Polski.

Władze rejonowe zażądały ode mnie dwudziestu moich małych zdjęć, fotokarteczek.

Zrobiłem taką ilość zdjęć i wręczyłem w biurze.

Przy tym poinformowano mię, że moje dokumenty będą przesłane w Injurkolegium do Karagandy.

Co najmniej minął miesiąc od przesłania prośby o wyjazd i żadnej wiadomości nie otrzymałem .

Wobec tego udałem się sam do Injurkolegium  w Karagandzie.

Tam mnie krótko objaśnili, że póki jestem na wiecznej zsyłce, nie otrzymam prawa wyjazdu nie tylko do Polski, ale i nawet do Białorusi, skąd pochodzę.

Smutna to była odpowiedź, ale na razie prawdziwa.

Wracając do swojej  pracy, do sowchozu Telmana, wpadłem na pomysł, by napisać serdeczną prośbę do Injurkolegium w centrali, w Moskwie , by zdjęli ze mnie wieczną zsyłkę.

Prośbę postanowiłem mocno uzasadnić.

Ponieważ prawdą było, że moja matka stareńka potrzebuje mojej jedynej pomocy, by żyć, użyłem tego argumentu.

O dziwo prośba ma  poskutkowała.

W ciągu trzech tygodni spotkałem się z operupołnomoczennym , który powiadomił mnie , że  „Wiecznaja  zsyłka sdiata iz mienia”.

Jakaż to była u mnie radość.

Radość była nie do opisania.

Nie czekając ani chwili czasu, pojechałem do Karagandy, do Injurkolegium, żeby tę wiadomość  z Moskwy zawieźć do władz.

Przywiozłem, ale oni wysyłają mię do NKGB- bym przyniósł sprawkę, że zsyłka ze mnie zdjęta.

Wchodzę do gmachu NKGB.

W gmachu NKGB , jeszcze na korytarzu, spotykam starego znajomego – byłego starszego lejtnanta ( a teraz jest już majorem), z którym kiedyś skłóciłem się.

On  wtedy chciał na mnie wymóc podpis, że akceptuję    przykaz  Stalina:

” odnośnie wiecznego zesłania” .

A ja nie chciałem,  postawiłem się i ostatecznie nie podpisałem.

A także  nie chciałem jechać – pracować w kołchozie.

Teraz mówię jemu :

„ Zdrawstwujcie  , towariszcz major.

Ja uże nie grażdanin, a towariszcz.

Potomu, szto iz mienia sniali  wiecznuju zsyłku, kotoruje  wy zastawlali mienia podpisacsia”.

Obruszył się i powiedział:

„ Ja  takoj bumagi o śniatki zsyłku nigdzie nie widział w kancelarii”.

Ja na to :

„No ja dumaju, szto operupołnomoczennyj wasz predanyj człowiek nie możet z takowo dzieła szutić.

A gdzie jest biuro , kotoryje zanimajessia  spisywaniem dzieł przyszedszych iz Moskwy”, pytam.

Odparł:

„ Idzicie na wierch, tam jest dwie komnaty, kotoryje zanimajussia takimi dziełami.

Do swidanija „.

Poszedłem na wierzch.

Zapytuję w jednym pokoju w sprawie zwolnienia z zsyłki.

Odpowiedź jest negatywna.

Zachodzę do drugiej kancelarii.

Pierwszy mężczyzna siedzący przy stoliku u drzwi odpowiada, że „ on takiej familii nie wstrietił”.

 Ale żenszczyna siedząca w kąciku przy oknie, odzywa się i mówi, że pismo z takoj familiu wstreczała.

Popatrzyła do jednej teczki i mówi:

 „ Da, Konopielko, Iwan Wikientiwicz oswobodzon od zsyłki”.

Poprosiłem o wydanie mi sprawki,

ż e   j e s t e m   z w o l n i o n y   o d   w i e c z n e g o   z e s ł a n i a.

Wydali mi zaświadczenie  i ja prawie na jednej nodze pomknąłem do jadalni tego gmachu NKGB , żeby trochę przekąsić .

Usiadłem i czułem jak ogrania mnie wielki spokój i przychodzi wielka radość.

Moje myśli płynęły do żony i synów, mateńki starej .

Wyobrażałem sobie radość z rychłego spotkania…

Jedząc śniadanie, widziałem, jak dwaj „ torbochwaty” – złodziejaszki zabrali z ręki  jednego obywatela zegarek.

Podeszli, pokazali nóż i prędko zabrali z ręki ręczny zegarek.

Ten obywatel zwrócił się z prośbą do oficjałki, że u niego zabrali siłą zegarek.

A ona na to :

„ Podajcie ich na milicję”.

A ich już i „ duchu” nie było.

I to wszystko się działo w gmachu NKGB.

Wracając  przez rejon do swego sowchozu Telmana wstąpiłem do odpowiedniego Urzędu, by prosić o wydanie mi  paszportu.

Poinformowali, żebym przywiózł sprawkę z sielsowieta, wówczas wydadzą dowód osobisty.

W drugim dniu otrzymałem sprawkę z sielsowieta i znowu pojechałem do komitetu rejonowego.

Gdy tak się nachodziłem i najeździłem w kółko, wreszcie otrzymałem upragniony  paszport- dowód osobisty.

Zapomniałem napisać, że po otrzymaniu sprawki o zwolnieniu z zsyłki, odniosłem ją tak,  jak kazali, do Injurkolegium .

Tam zapytali dokąd chcę jechać .

Podałem, że do Kołpiei która już była na terenie ZSRR, do stareńkiej matki.

To oni mi powiedzieli, żebym czekał, a oni prześlą dokument do rejonu w Mołodecznie. Bo był to rejon do którego należała moja Kołpieja, miejsce urodzenia mego.

Wszędzie podkreślałem że matka na mnie czeka, jest stara i muszę jej pomagać.

Udawali , że się przejmują i obiecywali szybkie załatwienie sprawy.

Ale dla nich czas był inny.

C z e k a ł e m  n a  z a ł a t w i e n i e  s p r a w y  p r a w i e  r o k.

Nie czekałem biernie.

Jeździłem dwa razy do Mołodeczna i jeden raz do Mińska. A odległość z mojego sowchozu Telmana w Karagandyjskiej obłaści była duża.

Wreszcie nadeszła odpowiedź , ale  negatywna.

Nie ustawałem w działaniu.

Już było mi wszystko jedno, prosiłem teraz o wszystko dla mnie najważniejsze.

Także o to, bym mógł pojechać do Polski, do żony i synów.

Po kolejnym moim ponagleniu i prośbie wreszcie przyszła wiadomość z  rejonu .

Zażądali oni ode mnie metryki ślubu

.

Dobrze, że żona ją zachowała, przywiozła do Polski i mi ją przysłała.

Przedstawiłem im.

Po dwóch miesiącach znowuż pojechałem do władz repatriacyjnych w Mołodecznie.

Tam jeszcze raz musiałem udowodnić, że jestem Polakiem , a to jest paszport.

Obejrzała go urzędniczka i pyta :

„ A jest u was kakaj nibudź dokument , szto wy żyli w Polsze do 1939 goda. „.

„Jest” odpowiadam i pokazuję.

Ona ogląda i mówi:

„ Da wot eto, goworit, szto wy żyli w Polsze. Czerez niedzielku ożidajcie dokumentów”. Dotrzymała słowa – poczta przysłała.

Jeszcze jedna wstawka:

Po zdaniu wszystkich dokumentów w Injurkolegium i otrzymaniu paszportu wyjechałem do swojej  miejscowości w rejonie Mołodeczno .

A tam dalej oczekiwałem znowu prawie cały rok na te dokumenty na wyjazd do Polski.

Jadąc, miałem przygody.

Pierwsza zdarzyła się w Moskwie- na dworcu Białoruskim.

Siedząc na ławce niedaleko pierwszego toru kolejowego , usłyszałem szum pociągu i krzyki wpadających Niemców jeszcze w mundurach faszystowskich.

Byłem zdumiony tym widokiem.

Pomyślałem, że  chyba Niemcy biorą Moskwę dopiero teraz, po dziesięciu latach.

Okazało się , że to byli Niemcy, którzy dostali  się do niewoli radzieckiej dziesięć lat temu i teraz wracali do domu.

Druga przygoda była następująca:

siedzę na ławeczce i potrochę drzemię trzymając mocno walizeczkę w ręku.

Raptem słyszę kilka głośnych słów:

 „ Łowi wara”( łap złodzieja)

A to krzyczą właśnie wory ( złodzieje) , którzy biegnąc i krzycząc odrywają uwagę siedzących i chwytają w biegu ich walizki i już ich na dworcu nie ma.

Milicjant przybiegł, ale już nie było kogo łapać.

Uwagę odwrócili i pomknęli z paru walizkami w siną dal.

Milicjant dalej nawołuje:

„ Grażdanie, na wakzale nie razreszajetsia spać”( na dworcu nie wolno spać).

 Ja drzemałem jak zając i jakoś wytrzymałem do rana.

Jadąc ze stacji Osokarowski  do Moskwy w przedziale zapoznałem się z matką i jej dziesięcioletnią córką.

Rozmowna dziewczynka zwierzyła mi się – jak w jej brygadzie – klasie kopali ziemniaki stosując swojego rodzaju oszukaństwo: ważne było, kto większą wykopie przestrzeń pola, więc tylko połowę ziemniaków wybierali z ziemi, a resztę ziemniaków przykopywali ziemią, żeby jej nie było widać.

Dlatego też zawsze otrzymywali pierwszą nagrodę.

Matka z córką jechały do syna, który pracował niedaleko Moskwy.

Ponieważ w Moskwie nigdy nie byłem, więc wypowiedziałem swoją obawę, czy potrafię dojechać do Injurkolegium.

Matka poradziła mi, bym jechał z nią do jej syna, który może mi pomóc, bo zna Moskwę.

Gdy pociąg za pół godziny był na dworcu podmiejskim i nikt ich nie spotkał, postanowiłem wracać do Moskwy.

Zaraz że szedł do Moskwy pociąg i ja wskoczyłem do niego.

Wylądowałem właśnie na Dworcu  Białoruskim, gdzie spotkałem się z Niemcami powracającymi jak już napisałem z 10 letniego pobytu w łagrach.

Nazajutrz sam, bez niczyjej pomocy odnalazłem Injurkolegium i załatwiłem swoją sprawę.

Po powrocie  z tego urzędu wstąpiłem do sklepu jednego, drugiego, żeby kupić sobie jesionkę.

Kupiłem, a wieczorem wyjechałem z Moskwy przez Mińsk, Mołodeczno do Smorgoń, gdzie spotkał mię szuryn i pomógł mnie znaleźć jego chatę.

Już tutaj nie zastałem Polski!

     Po jedenastu latach wróciłem do swoich sióstr, kuzynów i plemienników.

Radość była wielka!

I tak się kończy pamiętnik mojego teścia – Jana . Z żalem, że to już koniec, zamykam pamiętnik Jana .

Muszę dodać informację  (napisał o tym wcześniej), że dopiero po roku pobytu we wsi rodzinnej, w Kołpiei uzyskał zgodę władz na wyjazd do Polski, do Żony i synów, którzy po wojnie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim. 

Tak, to już koniec spotkania z Janem.

Pamiętam, gdy kilka miesięcy przed śmiercią oznajmił, że już może umierać, bo swoje dzieje spisał.

Pozostajemy z niedosytem, że nie opowiedział wszystkiego.

Nie  dramatyzował, pisał prosto,  nie oceniał  przedstawionych zdarzeń, pozostawiając nam szeroki margines dla własnej ale dość jednoznacznej interpretacji.

5 Replies to “Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 45 ). „ Od Annasza do Kajfasza” ale powoli uparcie do wolności, rodziny , do Polski…..”

  1. Niedosyt zawsze pozostaje…

    A z tymi literkami dalej się powtarza, ale to jakoś tak ogólnie na stronie, bo widzę że imiona komentujących też tak mają :)))))))

    1. Dziękuję Kochane za towarzyszenie, wspólne przeżywanie , za to że jesteście.
      Postaram się opisać dzieje Jana i jego rodziny po powrocie do Polski. Nasze familie się przyjaźnily od wojny i byłam świadkiem wielu wspólnych wydarzeń ..
      A na temat zlewania się wyrazów – nie wiem dlaczego tak jest u Ciebie Mario. U mnie wszystko ok. Zgłoszę administratowi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *