Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 45 ). „ Od Annasza do Kajfasza” ale powoli uparcie do wolności, rodziny , do Polski…..


Jan kończy pisanie pamiętnika – dziękujemy Ci Niezwykły Człowieku za to, że ocaliłeś pamięć i jesteś stale z nami …..wypatrujemy w naszych dzieciach, wnukach a teraz prawnuczce Twoich silnych prawych genów….

 Starania moje o wyjazd do Polski.

Od pierwszej chwili wyjścia z  łagru wciąż myślałem jak to dostać się do rodziny w Polsce?

Wiedziałem tylko, że żona i dwóch synów mieszkają w Lidzbarku.

 ( a że tam, w Polsce, są dwa Lidzbarki: Lidzbark Warmiński i Lidzbark Welski – tego nie wiedziałem ).

     Po przyjeździe na wieczne zesłanie do sowchozu Telmana w Oskarowski  rejon, województwa Karagandyjskiego w Kazachstanie , natychmiast napisałem list do żony, że już jestem zwolniony z obozu i zamierzam robić starania o wyjazd do Was.

 List ten, ku mojej rozpaczy poczta wróciła z dopiskiem:

„ wozwraczajem – graznyj konwert”.

Pomyślałem:

„ diabli przeklęci, nie chcą nawet pozwolić skomunikować się z rodziną. „

Poleżał ten list kilka dni w walizce.

Za ten czas przeanalizowałem swoje myśli odnośnie tego zwrotu listu.

Postanowiłem list włożyć do nowej koperty i wysłać znowu.

Dopatrzyłem, żeby się gdzieś nie zabrudził.

Sam wrzuciłem do skrzynki pocztowej .

Po trzech tygodniach otrzymałem list od żony.

Radości było co niemiara.

Żyją w Lidzbarku Warmińskim.

List trafił do Lidzbarka Welskiego, skąd przesłano go do Lidzbarka Warmińskiego , do dyrektora szkoły zawodowej  znajdującej się o dwadzieścia kroków od mieszkania Konopielków – żony.

List wręczył dyrektor szkoły młodszemu synkowi Pawłowi, bo matka była w tym czasie na kursie.

Ileż radości miał ten dziewięcioklasista z powodu dwunastoletniego oczekiwania na tatę.

Opowiadali świadkowie, że biegał od krewnych do krewnych i ogłaszał, że tata przysłał list, że prędko wróci do nas.

Kiedy małżonka przysłała mi zaproszenie, o które ją prosiłem, zaraz że udałem się do władz rejonowych  z prośbą o pozwolenie na wyjazd do rodziny do Polski.

Władze rejonowe zażądały ode mnie dwudziestu moich małych zdjęć, fotokarteczek.

Zrobiłem taką ilość zdjęć i wręczyłem w biurze.

Przy tym poinformowano mię, że moje dokumenty będą przesłane w Injurkolegium do Karagandy.

Co najmniej minął miesiąc od przesłania prośby o wyjazd i żadnej wiadomości nie otrzymałem .

Wobec tego udałem się sam do Injurkolegium  w Karagandzie.

Tam mnie krótko objaśnili, że póki jestem na wiecznej zsyłce, nie otrzymam prawa wyjazdu nie tylko do Polski, ale i nawet do Białorusi, skąd pochodzę.

Smutna to była odpowiedź, ale na razie prawdziwa.

Wracając do swojej  pracy, do sowchozu Telmana, wpadłem na pomysł, by napisać serdeczną prośbę do Injurkolegium w centrali, w Moskwie , by zdjęli ze mnie wieczną zsyłkę.

Prośbę postanowiłem mocno uzasadnić.

Ponieważ prawdą było, że moja matka stareńka potrzebuje mojej jedynej pomocy, by żyć, użyłem tego argumentu.

O dziwo prośba ma  poskutkowała.

W ciągu trzech tygodni spotkałem się z operupołnomoczennym , który powiadomił mnie , że  „Wiecznaja  zsyłka sdiata iz mienia”.

Jakaż to była u mnie radość.

Radość była nie do opisania.

Nie czekając ani chwili czasu, pojechałem do Karagandy, do Injurkolegium, żeby tę wiadomość  z Moskwy zawieźć do władz.

Przywiozłem, ale oni wysyłają mię do NKGB- bym przyniósł sprawkę, że zsyłka ze mnie zdjęta.

Wchodzę do gmachu NKGB.

W gmachu NKGB , jeszcze na korytarzu, spotykam starego znajomego – byłego starszego lejtnanta ( a teraz jest już majorem), z którym kiedyś skłóciłem się.

On  wtedy chciał na mnie wymóc podpis, że akceptuję    przykaz  Stalina:

” odnośnie wiecznego zesłania” .

A ja nie chciałem,  postawiłem się i ostatecznie nie podpisałem.

A także  nie chciałem jechać – pracować w kołchozie.

Teraz mówię jemu :

„ Zdrawstwujcie  , towariszcz major.

Ja uże nie grażdanin, a towariszcz.

Potomu, szto iz mienia sniali  wiecznuju zsyłku, kotoruje  wy zastawlali mienia podpisacsia”.

Obruszył się i powiedział:

„ Ja  takoj bumagi o śniatki zsyłku nigdzie nie widział w kancelarii”.

Ja na to :

„No ja dumaju, szto operupołnomoczennyj wasz predanyj człowiek nie możet z takowo dzieła szutić.

A gdzie jest biuro , kotoryje zanimajessia  spisywaniem dzieł przyszedszych iz Moskwy”, pytam.

Odparł:

„ Idzicie na wierch, tam jest dwie komnaty, kotoryje zanimajussia takimi dziełami.

Do swidanija „.

Poszedłem na wierzch.

Zapytuję w jednym pokoju w sprawie zwolnienia z zsyłki.

Odpowiedź jest negatywna.

Zachodzę do drugiej kancelarii.

Pierwszy mężczyzna siedzący przy stoliku u drzwi odpowiada, że „ on takiej familii nie wstrietił”.

 Ale żenszczyna siedząca w kąciku przy oknie, odzywa się i mówi, że pismo z takoj familiu wstreczała.

Popatrzyła do jednej teczki i mówi:

 „ Da, Konopielko, Iwan Wikientiwicz oswobodzon od zsyłki”.

Poprosiłem o wydanie mi sprawki,

ż e   j e s t e m   z w o l n i o n y   o d   w i e c z n e g o   z e s ł a n i a.

Wydali mi zaświadczenie  i ja prawie na jednej nodze pomknąłem do jadalni tego gmachu NKGB , żeby trochę przekąsić .

Usiadłem i czułem jak ogrania mnie wielki spokój i przychodzi wielka radość.

Moje myśli płynęły do żony i synów, mateńki starej .

Wyobrażałem sobie radość z rychłego spotkania…

Jedząc śniadanie, widziałem, jak dwaj „ torbochwaty” – złodziejaszki zabrali z ręki  jednego obywatela zegarek.

Podeszli, pokazali nóż i prędko zabrali z ręki ręczny zegarek.

Ten obywatel zwrócił się z prośbą do oficjałki, że u niego zabrali siłą zegarek.

A ona na to :

„ Podajcie ich na milicję”.

A ich już i „ duchu” nie było.

I to wszystko się działo w gmachu NKGB.

Wracając  przez rejon do swego sowchozu Telmana wstąpiłem do odpowiedniego Urzędu, by prosić o wydanie mi  paszportu.

Poinformowali, żebym przywiózł sprawkę z sielsowieta, wówczas wydadzą dowód osobisty.

W drugim dniu otrzymałem sprawkę z sielsowieta i znowu pojechałem do komitetu rejonowego.

Gdy tak się nachodziłem i najeździłem w kółko, wreszcie otrzymałem upragniony  paszport- dowód osobisty.

Zapomniałem napisać, że po otrzymaniu sprawki o zwolnieniu z zsyłki, odniosłem ją tak,  jak kazali, do Injurkolegium .

Tam zapytali dokąd chcę jechać .

Podałem, że do Kołpiei która już była na terenie ZSRR, do stareńkiej matki.

To oni mi powiedzieli, żebym czekał, a oni prześlą dokument do rejonu w Mołodecznie. Bo był to rejon do którego należała moja Kołpieja, miejsce urodzenia mego.

Wszędzie podkreślałem że matka na mnie czeka, jest stara i muszę jej pomagać.

Udawali , że się przejmują i obiecywali szybkie załatwienie sprawy.

Ale dla nich czas był inny.

C z e k a ł e m  n a  z a ł a t w i e n i e  s p r a w y  p r a w i e  r o k.

Nie czekałem biernie.

Jeździłem dwa razy do Mołodeczna i jeden raz do Mińska. A odległość z mojego sowchozu Telmana w Karagandyjskiej obłaści była duża.

Wreszcie nadeszła odpowiedź , ale  negatywna.

Nie ustawałem w działaniu.

Już było mi wszystko jedno, prosiłem teraz o wszystko dla mnie najważniejsze.

Także o to, bym mógł pojechać do Polski, do żony i synów.

Po kolejnym moim ponagleniu i prośbie wreszcie przyszła wiadomość z  rejonu .

Zażądali oni ode mnie metryki ślubu

.

Dobrze, że żona ją zachowała, przywiozła do Polski i mi ją przysłała.

Przedstawiłem im.

Po dwóch miesiącach znowuż pojechałem do władz repatriacyjnych w Mołodecznie.

Tam jeszcze raz musiałem udowodnić, że jestem Polakiem , a to jest paszport.

Obejrzała go urzędniczka i pyta :

„ A jest u was kakaj nibudź dokument , szto wy żyli w Polsze do 1939 goda. „.

„Jest” odpowiadam i pokazuję.

Ona ogląda i mówi:

„ Da wot eto, goworit, szto wy żyli w Polsze. Czerez niedzielku ożidajcie dokumentów”. Dotrzymała słowa – poczta przysłała.

Jeszcze jedna wstawka:

Po zdaniu wszystkich dokumentów w Injurkolegium i otrzymaniu paszportu wyjechałem do swojej  miejscowości w rejonie Mołodeczno .

A tam dalej oczekiwałem znowu prawie cały rok na te dokumenty na wyjazd do Polski.

Jadąc, miałem przygody.

Pierwsza zdarzyła się w Moskwie- na dworcu Białoruskim.

Siedząc na ławce niedaleko pierwszego toru kolejowego , usłyszałem szum pociągu i krzyki wpadających Niemców jeszcze w mundurach faszystowskich.

Byłem zdumiony tym widokiem.

Pomyślałem, że  chyba Niemcy biorą Moskwę dopiero teraz, po dziesięciu latach.

Okazało się , że to byli Niemcy, którzy dostali  się do niewoli radzieckiej dziesięć lat temu i teraz wracali do domu.

Druga przygoda była następująca:

siedzę na ławeczce i potrochę drzemię trzymając mocno walizeczkę w ręku.

Raptem słyszę kilka głośnych słów:

 „ Łowi wara”( łap złodzieja)

A to krzyczą właśnie wory ( złodzieje) , którzy biegnąc i krzycząc odrywają uwagę siedzących i chwytają w biegu ich walizki i już ich na dworcu nie ma.

Milicjant przybiegł, ale już nie było kogo łapać.

Uwagę odwrócili i pomknęli z paru walizkami w siną dal.

Milicjant dalej nawołuje:

„ Grażdanie, na wakzale nie razreszajetsia spać”( na dworcu nie wolno spać).

 Ja drzemałem jak zając i jakoś wytrzymałem do rana.

Jadąc ze stacji Osokarowski  do Moskwy w przedziale zapoznałem się z matką i jej dziesięcioletnią córką.

Rozmowna dziewczynka zwierzyła mi się – jak w jej brygadzie – klasie kopali ziemniaki stosując swojego rodzaju oszukaństwo: ważne było, kto większą wykopie przestrzeń pola, więc tylko połowę ziemniaków wybierali z ziemi, a resztę ziemniaków przykopywali ziemią, żeby jej nie było widać.

Dlatego też zawsze otrzymywali pierwszą nagrodę.

Matka z córką jechały do syna, który pracował niedaleko Moskwy.

Ponieważ w Moskwie nigdy nie byłem, więc wypowiedziałem swoją obawę, czy potrafię dojechać do Injurkolegium.

Matka poradziła mi, bym jechał z nią do jej syna, który może mi pomóc, bo zna Moskwę.

Gdy pociąg za pół godziny był na dworcu podmiejskim i nikt ich nie spotkał, postanowiłem wracać do Moskwy.

Zaraz że szedł do Moskwy pociąg i ja wskoczyłem do niego.

Wylądowałem właśnie na Dworcu  Białoruskim, gdzie spotkałem się z Niemcami powracającymi jak już napisałem z 10 letniego pobytu w łagrach.

Nazajutrz sam, bez niczyjej pomocy odnalazłem Injurkolegium i załatwiłem swoją sprawę.

Po powrocie  z tego urzędu wstąpiłem do sklepu jednego, drugiego, żeby kupić sobie jesionkę.

Kupiłem, a wieczorem wyjechałem z Moskwy przez Mińsk, Mołodeczno do Smorgoń, gdzie spotkał mię szuryn i pomógł mnie znaleźć jego chatę.

Już tutaj nie zastałem Polski!

     Po jedenastu latach wróciłem do swoich sióstr, kuzynów i plemienników.

Radość była wielka!

I tak się kończy pamiętnik mojego teścia – Jana . Z żalem, że to już koniec, zamykam pamiętnik Jana .

Muszę dodać informację  (napisał o tym wcześniej), że dopiero po roku pobytu we wsi rodzinnej, w Kołpiei uzyskał zgodę władz na wyjazd do Polski, do Żony i synów, którzy po wojnie zamieszkali w Lidzbarku Warmińskim. 

Tak, to już koniec spotkania z Janem.

Pamiętam, gdy kilka miesięcy przed śmiercią oznajmił, że już może umierać, bo swoje dzieje spisał.

Pozostajemy z niedosytem, że nie opowiedział wszystkiego.

Nie  dramatyzował, pisał prosto,  nie oceniał  przedstawionych zdarzeń, pozostawiając nam szeroki margines dla własnej ale dość jednoznacznej interpretacji.

Pamiętnik mojego teścia – Jana Konopielko ( 43 ). Delirium tremens mojego księgowego.


zdjęcie własne…..dla mnie symbol ” zaćmienia umysłu ” ?

   Ten nowy księgowy, choć bardzo dobry ale i cwany „ kanciarz”  –  Iwan Iwanowicz – był alkoholikiem nieuleczalnym.

Pewnego grudniowego miesiąca 1954 roku siedzimy z nim w pokoiku w kamiennym już domu zbudowanym przez moich przyjaciół  niedoli – i prowadzimy rozmowę.

Nagle mój rozmówca zatrzymuje się w połowie zdania i mówi :

 „ Słyszysz Iwan Wikientiewicz?”.

Podnoszę się z krzesła, otwieram drzwi i patrzę kto idzie.

Na korytarzu nikogo nie widzę.

Wracam na swoje miejsce, mówię, że jemu się wydawało.

Posiedział jeszcze parę minut i znów mówi:

 „ Słyszysz? Sowietujeccia ( spiskują )”.

Ja pytam:

„ A czem oni sowietujuccia?” .

On:

„ sowietujuccia  sztoby nas ubić”.

A za szto?

„Za to, szto my żywiom ich trudom”( że my żyjemy z ich pracy).

„ Ty, każetsia Iwan Iwanowicz s uma soszoł”( rozum ci odebrało).

„ Możet i soszoł” odpowiada. – „ Ho, szto słyszysz- idu?”.

     Zerwał się z łóżka na którym siedział i klucz zakręcił w drzwiach.

Następnie ciągnie stół, na którym spoczywała księgowość cała i barykaduje nim drzwi. Stawia przy nim taboret, bierze topór stojący przy piecu i siada na taborecie trzymając w ręku ten topór ma pogotowiu.

Siedząc w takiej pozycji, mówi do wyimaginowanych osób za drzwiami:

„ Słuszajcie tawariszczy, nieużeli wam nadajeła żyźń, ja was zarublu , jeśli wy wyrubicie dwier”( jeśli wam dość życia, ja was zarąbię, gdy wyważycie drzwi). Pożalejcie swojej żyźni, swojej materi, swoich dietiej i żeny.( pożałujcie swojej matki, dzieci i żony). Addajdzicie od dwierej, usierdnie proszu was”( odejdźcie od drzwi, ja was proszę).

Kiedy on tak błaga , zaczynam myśleć, że on naprawdę zgłupiał- soszoł s uma.

Ta mowa jego i siedzenie na taborecie z siekierą zupełnie mnie nie wzruszała.

Nie pomyślałem, że on może mnie zamordować.

Spokojnie zasnąłem na swoim łóżku.

Ale, gdy ocknąłem się i rzuciłem oczyma na miejsce gdzie siedział, już go tam nie było.

Drzwi były otwarte, klucz znajdował się w zamku, stół trochę odsunięty od drzwi , no i spostrzegłem brak topora, którego używałem do rąbania drewna na rozpałkę w piecu.

Pytanie: gdzie on mógł się podziać , jeszcze z siekierą?

Przeszedłem się po korytarzu, myśląc, że może gdzieś leży w kącie.

Nigdzie go nie było.

Wyszedłem na ganek gmachu i tu go też nie widać.

Na dworze już dobrze rozwidniało .

Wracam do swojego pokoiku i spotykam na korytarzu jednego z pracowników, który mi rozwiązał zagadkę zaginięcia Iwana Iwanowicza.

Opowiedział, że widział go, jak on szybkim krokiem dreptał z siekierą w ręku w kierunku mieszkania praraba Wołkowa – kierownika robót i przygotowania materiałów budowlanych.

Po bezpardonowym wtargnięciu do mieszkania jak mówił prorab, zaczął opowiadać , że on uciekł ze swego biura, gdyż pracownicy chcieli go zabić.

I dalej opowiadał , że Konopielkę Iwana zabili i zbierali się napaść i napadną na was- proraba.

Kierownik, jak sam mówił mi, okropnie się przestraszył.

Szybko się ubrał i razem z Iwanem Iwanowiczem przyszli najpierw do jadalni, która stała po drodze do naszej kamienicy.

Witając się z kierownikiem stołówki, spytał – co tu  u was się dzieje?

Konopielkę zabili pracownicy.

Ten zdziwiony taką wiadomością mówi, że przed chwilą widział Iwana Konopielko stojącego na ganku kamienicy.

 A Iwan Iwanowicz twierdzi, że go zamordowali.

Na to Iwan Iwanowicz :” Da, ubili jewo”.

 Prorab i Iwan Iwanowicz przychodzą do mnie, do pokoju i widzą, że jestem żyw.

Mówią :

„ że Iwan Iwanowicz s uma soszoł”.

A on na to:

„ ty sam uszoł z uma ”.

Faktem jest, że stracił on rozum.

Zostawiliśmy Iwana Iwanowicza  w pokoju, a sami wyszliśmy na korytarz, by się naradzić, co z tym chorym zrobić.

Ustaliliśmy, że trzeba natychmiast zadzwonić po karetkę pogotowia, by go zabrała do rejonu i  by tam się nim zajęli.

Prorab Wołkow zatelefonował do rejonu , by natychmiast przysłali maszynę- samochód.

Po dwóch godzinach samochód stał już na podwórku kamienicy.

Szybko się spakował mój przyjaciel i odjechał w siną dal, by już nigdy nie wrócić do Telmana.

Posłali go na odwykówkę na trzy miesiące.

Wrócił z niej w końcu marca 1955 roku.

Nie przysłali go do naszego sowchozu Telmana.

Ale po pewnym czasie ponownie zobaczyłem Iwana Iwanowicza, mojego nieszczęsnego przyjaciela – alkoholika , bardzo zdolnego księgowego.

Było to  w rejonie.

Spotkanie było bardzo czułe.

Po uściśnięciu się wyjął pięć rubli i posłał mię po koniaczek.

 „ Pryniesi, otnowim naszu drużbu”( przynieś, odnowimy naszą przyjaźń).

Przyniosłem i wypiliśmy – kto ile mógł  ale w butelce nic nie zostało.

To było nasze ostatnie pożegnanie.

Więcej już nigdy z nim nie spotkałem się.

 Słyszałem tylko , że ponabierał od ludzi obligacji i

 „ ujechał w Sibir, sztoby pogawarit po duszam…”

jak on to mówił nie raz przy mnie. …

Śladami mojego Taty. Polonez.

A o północy zapowiedziano poloneza. W tym momencie ożyły serca Polaków….

Nastąpiła przerwa. Panowie pomimo mrozu , wyszli na ganek, gdyż nie wypadało przy pannie młodej palić  modnych już wówczas papierosów a tak naprawdę liści tytoniowych zwyczajowo zwanych tutaj machorką .

W tym czasie panie pomknęły do sąsiedniego pokoju.

Podejrzewam, że w tym, co nastąpiło  potem maczała przysłowiowe palce mama Michaliny. Wszystko obmyśliła zawczasu i uzgodniła z gośćmi. Weselisko miało być nowoczesne, panowie we frakach, panie w długich kreacjach. I tak było do czasu…

Panna młoda zniknęła w swoim pokoju, chyłkiem wymknął się też pan młody. Muzyka grała cicho, unosiły się jakieś wariacje nt Chopina.

I nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszyscy znaleźli się ponownie w głównym pokoju, gdzie było centrum uroczystości.

Ksiądz Eustachy, który był bardzo wyczerpany , z wrażenia  zdrzemnął się na chwilę za stołem. Gdy otworzył oczy, nie dowierzał. Ujrzał bowiem  obraz jak z ubiegłego wieku.

Do poloneza ustawiały się pary.

Ci sami ludzie, ale jak zmienieni.  Zdążyli się przebrać. Teraz byli ubrani w stare, wyjęte z rodowych kufrów kontusze. Przecież tradycji musiało się stać za dość. Byli szlachtą, to nic, że większość tylko zaściankową. To był najprawdziwszy polski ślub , ślub polskiej szlachty.

Pachniało naftaliną, mieniły się kolory.

Panna młoda w swoim stroju przybranym tradycyjnym białym futerkiem, z cudną linią kroju, cieniutka w talii patrzyła zdumiona na Bolka. Ubrany w tym samym , szlacheckim stylu wpatrywał się w oczy swojej żony z uwielbieniem i bezgraniczną radością. Była najpiękniejsza i była jego. Na wieczne czasy….

Poloneza czas zacząć.

I ruszyły pary .

Ksiądz Eustachy przez zamglone ze wzruszenia oczy oglądał to widowisko. Wydało mu się, że czas się cofnął. Widział czasy napoleońskie, gdy marzenia o Polsce nabrzmiewały jak wiosenne pąki a ludzie z przejęciem tańczyli ten magiczny taniec myśląc o swoim kraju, wolnym i szczęśliwym…..

Nie wiadomo, czy Bolek  tej nocy zobaczył swoją żonę w cudnej nagości, jak to sobie wyobrażał patrząc niedawno na rzeźbę Rodina. Może dopiero później…..

 

Kontusz,strój szlachecki. XVIII wiek, zdjęcie z Wikipedii

 


 

 

Na medycznej ścieżce. Morze…

Mijały kolejne dni i miesiące studiów , a my kipiałyśmy młodzieńczą energią. Poza  zakuwaniem i wykradaniem czasu  na wieczorne tańce chciałyśmy czegoś więcej . I wówczas zrozumiałyśmy , że pragniemy chwil prawdziwej wolności .   

I nagle  do którejś z nas przyszedł pomysł wyjazdu nad morze. Przecież tak dawno nie widziałyśmy morza. Postanowiłyśmy  pojechać do Świnoujścia. Był późny listopad. W sobotni wieczór okutane w kilka swetrów i ciepłe kurtki  spotkałyśmy się na poznańskim dworcu i wsiadłyśmy do nocnego pociągu. Miarowy turkot kół  oddalał  nas od Poznania a wszystkie codzienne problemy wtapiały się w zamglone  tło.  A ja dodatkowo rozkoszowałam się jazdą pociągiem , bo od dzieciństwa uwielbiałam takie podróżowanie. I to pozostało we mnie do tej pory.

Ok. 4 nad ranem miałyśmy  przesiadkę w Szczecin Dąbie. Pilnowałyśmy , by nie zaspać.. Wprawdzie już miałyśmy trening nocnego czuwania , gdyż wielokrotnie budziłyśmy się o tej porze, leżąc na otwartym podręczniku do anatomii.

Za oknem było czarno, tylko w nikłym świetle połyskiwał pusty peron  . Jednak  po chwili zauważyłyśmy wielkie stada kotów. Niektóre smacznie spały na ławkach, inne wybudzone hałasem nadjeżdżającego pociągu, leniwie się przeciągały .

Gdy po paru miesiącach ponownie jechałyśmy do Świnoujścia naszym nocnym pociągiem , mówiłyśmy- o , już widzimy koty, więc to na pewno Szczecin Dąbie.

O świcie witało nas  Świnoujście. Było cudnie . Miasto jeszcze spało, ulice były puste, wiatr hulał pomiędzy drzewami ,  nigdzie nie widziałyśmy  żywej duszy . Wstąpiłyśmy do hoteliku przy przystani promowej, gdzie poprosiłyśmy o umożliwienie skorzystania z łazienki . Personel był przesympatyczny . Widocznie przyzwyczajony do wizyt niespodziewanych gości. Wszak było to  miasto portowe , miasto przystań dla różnych rozbitków życiowych. Nawet ofiarowano nam niewielkie śniadanie, oczywiście za skromną opłatą. Umyte i pożywione poszłyśmy na spotkanie z morzem.

A ono na nas czekało . Nagle otwierało  się szumne nieodgadnione i wypełniające horyzont. Usiadłyśmy  na wymytych do białości umarłych konarach drzew mieszkających na  plaży potem przeniosłyśmy się  na molo i patrzyłyśmy patrzyłyśmy w szarobłękitny falisty bezmiar .

Tam topiłyśmy swoje marzenia, brudy codziennego studenckiego życia, wszystkie lęki i przeżycia sekcyjne , ładowałyśmy akumulatory , by dalej żyć normalnie .

Było pięknie i czysto.

Na plaży spędzałyśmy czas od świtu do późnego popołudnia. Wieczorem wsiadałyśmy na prom , potem do pociągu   nocnego. Wracałyśmy do Poznania i bezpośrednio z dworca  szłyśmy na wykłady.

Koledzy , patrząc na nas, pytali, gdzie balowałyśmy przez ostatnie noce. Nie odpowiadałyśmy. Milczałyśmy, patrząc na siebie porozumiewawczo. W oczach Moniki widziałam bezkres naszego morza….