Streszczenie części Pamiętnika dotyczącej uwięzienia i katorgi Jana na Syberii. Praca Michała Gregorowicza – prawnuka Jana przedstawiona na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej.


zastanawiałam się jakie teraz pokazać zdjęcie – jednak to, właśnie to, nigdy nie pokazywane – Jan po katordze ….

Przedstawił je na lekcji historii w ostatniej klasie szkoły podstawowej, prawnuk Jana- Michał Gregorowicz, syn Ewy ( córki Mirosława i Zofii Konopielko) i Marcina.

Jan Konopielko był moim pradziadkiem, ojcem ojca mojej Mamy. Urodził się w 1906 roku. Pozostawił swój pamiętnik, w którym poza dzieciństwem i trudną drogą do zawodu nauczyciela opisał losy aresztowania, więzienia, katorgi i wiecznej zsyłki.

Pochodził z biednej rodziny, mieszkającej w Kołpiei,  niedaleko Wilna.

Bardzo chciał się uczyć i uporczywie dążył, pomimo trudności, do pogłębiania wiedzy. Udało mu się  i został nauczycielem …

Ożenił się z wielkiej miłości , z dziewczyną której ojciec kilkakrotnie wyjeżdżał do pracy za ocean , do Ameryki Północnej i Południowej. Za zarobione pieniądze zakupił  dużo ziemi, wybudował kamienice w Smorgoniach i Wilnie oraz świetnie działający młyn.

Gdy wybuchła druga wojna światowa, te tereny zajęli Rosjanie, potem przyszli Niemcy, zdążając na Moskwę. Po klęsce pod Stalingradem, Niemcy uciekali a podążający za nimi sowieci,  znowu okupowali te ziemie. Stało się to w czerwcu 1944 roku .

Wówczas rozpoczęły się ponowne prześladowania miejscowej ludności. Wszystkich Polaków , którzy nie zginęli na froncie, a byli wykształceni i zajmowali stanowiska  w czasach gdy jeszcze była tutaj Polska a także ich rodziny- kobiety w ciąży , z małymi dziećmi wywozili w głąb Rosji radzieckiej.

Gdy ktoś się uratował przed wywozami, był prześladowany na miejscu.

Sowieci nienawidzili ludzi wykształconych i bogatych. Taka była idea bolszewizmu.

Niestety mój pradziadek, Jan, dobrze wykształcony nauczyciel  i współwłaściciel dużego majątku znalazł się na ich celowniku.

Wkrótce został aresztowany.

W swoim pamiętniku opisał, jak starannie spreparowano przeciwko niemu wymyślone, oczywiście fałszywe oskarżenia. Znaleziono ludzi , których zastraszono i oni jako świadkowie na rozprawie zeznawali nieprawdę.

Jan próbował się bronić, walczył o prawdę, składał odwołania, ale niestety to nic nie dało. Siedział w znanym podwileńskim więzieniu w Wilejce, gdzie panowały bardzo złe warunki. Wreszcie po wielu miesiącach  odbyło się ostatnie posiedzenie sądu. Podtrzymano oskarżenia , a nawet wystraszony świadek potwierdził pytanie sędziego, że Konopielko strzelał do komunistów z armaty. Wywołało to śmiech na sali sądowej , bo przecież armaty nikt tutaj nie posiadał, a Jan nie był żołnierzem, tylko nauczycielem.

Jednak mimo wyraźnego kłamliwego oskarżenia, zapadł wyrok skazujący Jana na 10 lat  katorgi.

Jan został przewieziony do obozu na północ, nad Morze Białe, niedaleko Archangielska, w krainę bagien , niskiej roślinności zwanej tundrą i zawsze panującego zimna. Tam budował z innymi zesłanymi nowe miasto Mołotowsk ( obecnie Siewierodwińsk). Warto zajrzeć do jego pamiętnika, gdzie opisuje warunki w jakich mieszkał i pracował oraz klimaty tego miejsca.

 Ponieważ wspólnie z nim było tam zamkniętych wielu bandziorów, władze sowieckie się zorientowały, że więźniowie polityczni, do których zaliczano Jana, mogą uświadomić tych bandytów i wspólnie zorganizować bunt. Pewnie mieli rację, a może jakieś już własne obserwacje, że  więźniowie polityczni będąc  ludźmi wykształconymi potrafią dzięki swojej inteligencji przekonać do buntu tych  prymitywnych bandytów.

Wobec tego któregoś dnia wpakowano politycznych do pociągu i długo wieziono trasą linii transsyberyjskiej na wschód. Na mapce, którą załączono do pamiętnika jest wyrysowana cała trasą, jaką przebył Jan z innymi więźniami.

Znaleźli się oni w sercu Syberii.

Niedaleko Tajszetu wyładowano ich w tajdze. I o tym jak wyglądała tam praca przy karczowaniu wielkich drzew, jaki panował tam klimat, też ciekawie  napisał Jan w pamiętniku.

    Od czasu wywiezienia Jana w głąb Syberii,  rodzina już nie dostawała od niego listów, a nawet sowieci przekazali im informację , że zaginął bez śladu.

    Mijały lata. Ciężka praca i niedożywienie powodowały, że więźniowie zapadali na straszliwe choroby ale głównie wyniszczenie organizmu.

Jan też słabł, nawet planował , by odrąbać sobie nogę co dawałoby mu szansę schronienia na jakiś czas w miejscu w miarę ciepłym , którym był niewielki barak nazywany szpitalem . Rosjanie dbali o pozory, pewnie dla opinii światowej, przecież jakieś informacje stąd się wydostawały, że dbają o zdrowie katorżników. Co pewien czas pojawiał się lekarz i badał więźniów pod kątem ich wyczerpania i chorób.

Akurat wtedy, gdy Jan już zadecydował że uszkodzi sobie ciało, odbyła się taka komisja.   Zgłosił , że już nie ma sił i został oceniony jako skrajnie wyniszczony oraz że ma niewyrównaną  wadą serca. Zalecono leczenie w tym niby szpitaliku. Poczuł ulgę, bo widział, że dalej już by nie wytrzymał i stracił życie.  Dostawał tam nieco więcej jedzenia- te okropne posiłki opisał w pamiętniku. Po wyjściu , pracował dalej, ale już w lepszych warunkach, które zaleciła komisja lekarska . Został magazynierem, pomagał też w kuchni, gdzie miał szansę otrzymać jakieś resztki jedzenia.

   Powoli zbliżał się koniec jego 10 letniego wyroku .

Kilka miesięcy przed możliwym wyjściem postanowił wykorzystać stare zużyte spodnie, których nie oddawał na szmaty, by z nich uszyć marynareczkę. Zaniósł je do krawca.

I wtedy właśnie nastał nowy naczelnik obozu.

 Był młody , chciał się wykazać władzy, dostawać pieniądze, nagrody i medale a może nawet awansować. Zaczął więc węszyć w obozie, szukając jakieś zaniedbań , nieprawidłowości i po kilku dniach odwiedził krawca, który właśnie szył marynareczką dla Jana. Nie pomogły tłumaczenia, że używał materiału ze starych dziurawych spodni.

Od razu zdecydował, że za karę wyśle Jana na Kołymę.

Było to miejsce położone bardzo daleko na wschodzie, więźniowie pracowali w kopalniach złota, i najczęściej stamtąd nie wracali bo praca ta i warunki były straszliwe. Dlatego tam wysyłano więźniów młodszych, a Jan już miał więcej niż 40 lat. Od decyzji naczelnika nie było odwołania.

Zapakowano więc mojego pradziadka i wielu innych do pociągu i dalej trasą linii kolejowej, transsyberyjskiej powieziono na wschód. Podróż trwała kilkanaście dni. Po drodze mijali piękne jezioro Bajkał , ale opadali z sił, bo panowały już wtedy ogromne upały a skazańcy nie dostawali wystarczającej ilości wody.

 Wreszcie dotarli nad wielką rzekę Amur, która przepływała przez Jezioro Bajkał.

Tam ich wagony były umieszczane na promie i po przeprawie  jechali dalej .

Ledwie żywych, same szkielety ludzkie, wysuszone do ostatnich granic, wyrzucono na wschodnim krańcu kontynentu, nad Cieśniną Tatarską, odgraniczającą wyspę Sachalin od lądu. Połowa tej wyspy należała do Japonii. Z niewielkiego portu wypływały statki na wyspę Kołymę, tam gdzie był cel podróży.

Gdy Jan próbował złapać oddech, nie wiedział dlaczego nie może oddychać. Ponoć powietrze w tym miejscu było prawie pozbawione tlenu.

Czuł, że już niedługo umrze. Tak dalej nie dało się żyć, a wizja pracy na Kołymie, o której więźniowie wiedzieli z opowieści,  pogłębiała to uczucie.

Ładowano ludzi na statki. Jan czekał swojej kolejki.

Wreszcie przy dźwiękach muzyki, bo tak sowieci urządzali swoje wywozy tworząc na swój sposób zakłamany nastrój radości, Jan też znalazł się na statku. Był to już ostatni transport tego dnia. Nawet nie miał siły by się martwić. Biernie czekał na śmierć.

I wtedy nagle stał się cud.

Dowódca transportu obwieścił, że ten ostatni statek już nie popłynie, bo  przetransportowano wystarczającą liczbę więźniów.

Wszystkich, którzy już byli na tym statku zabrano z powrotem na ląd. Zapakowano do wagonów i powieziono z powrotem.

Jan znalazł się wśród nich.

   Wracał na dawne miejsce katorgi, do tajgi.

Po kilkunastu dniach podróży, w nieco lepszych warunkach, bo dostawali więcej wody do picia, znaleźli się niedaleko Omska. To miejsce też jest zaznaczone na mapce.

Tam okazało się, że właśnie minęło 10 lat katorgi Jana.

Jednak nie był to koniec udręki.

Już kiedyś Stalin wydał zarządzenie,  że ludzie , którzy odbyli wyrok nie mogą wracać do miejsc, gdzie się urodzili. Muszą pozostać tam, gdzie ich wywieziono,  w głębi Rosji i tam pracować dla tego państwa.  . Nazywało się to wieczną zsyłką.

Oficer, który przybył z Ałma Aty, stolicy Kazachstanu, gdzie teraz przebywał i nadal pracował Jan, wręczył mu decyzję o uwolnieniu, ale równocześnie kazał podpisać zgodę na wieczną zsyłkę.

Tutaj Jan się postawił, wróciła dawna bojowa natura. Pomyślał, że nie może być gorzej, niż to co przeszedł. Odmówił złożenia podpisu i nie uległ, gdy go zmuszano.

Jednak nikt się nie przejął,  że były więzień nie podpisał tych papierów . Pomimo odmowy, nadano mu rozkaz podjęcia pracy, pomimo, że był wolnym człowiekiem.

    Do obozu, gdzie przebywał, przyjeżdżali różni ludzie z miejsc, gdzie potrzebne były ręce do pracy. Nie godził się na różne propozycje, nie chciał pracować na roli.

W końcu przyjął propozycję pracy w budownictwie i wyjechał do sowchozu Telmana  i tam ciężko pracując, czekał na decyzję władz w Moskwie, do których złożył petycję o zgodę na powrót do rodziny.

Nawiązał kontakt z rodzeństwem.

Dowiedział się , że jego żona z dziećmi opuściła rodzinne tereny, gdzie w obrębie Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich , tzw. ZSRR, powstała republika Białoruska . Wyjechali oni, tam gdzie była Polska. Po II wojnie światowej zmieniono granice Polski, ZSRR zabrało dużą część ziem polskich. Polacy z tych terenów, nienawidzili sowietów, nie chcieli dalej tam mieszkać , marzyli o tym, by rozmawiać po polsku, a nie po rosyjsku.

Więc oni, wycieńczeni wojną wygnańcy, zapakowali się do wagonów towarowych, zabierając swoje dokumenty, i część dobytku, pojechali do Polski.

Rodzina Jana osiedliła się  w  Lidzbarku Warmińskim. Zamieszkali w opuszczonych przez Niemców domach  i zaczęli nowe życie. Moja prababcia- ukochana żona Jana, Helena była bardzo dzielną kobietą. Pracowała jako  nauczycielka i ze skromnej pensji utrzymywała synów, dała im wykształcenie a nawet ukończyła zaoczne studia pedagogiczne dojeżdżając do dalekiej Warszawy.

   Jan bardzo tęsknił za swoją rodziną. Chciał  wrócić nie tylko na tereny, gdzie się urodził, a gdzie teraz była Białoruś, ale do Polski, do Lidzbarka, gdzie czekali jego najbliżsi.

Od pierwszego dnia po uwolnieniu, ale na przymusowej wiecznej zsyłce  pisał różne protesty, prośby, odwołania a nawet jeździł z petycją do Moskwy .

I wreszcie dopiął swego bo był uparty i wytrwały. I gdy już  powoli tracił nadzieję, po dwóch latach starań ,  uzyskał zgodę.

W roku 1956 spotkał się z rodziną.

Jego żona, a moja babcia- Helena mimo, że była młoda i miała informacje, że mąż zaginął, wierzyła, że gdzieś tam daleko żyje, czekała. Nie chciała innego mężczyzny, a miała różne propozycje i zapewnienia, że jej pomogą .

Synowie bardzo kochali ojca, nigdy nie stracili nadziei na powrót ojca, podtrzymywali matkę na duchu  i odstraszali jej wielbicieli.

Stale powtarzali: Tatko wróci….

     Gdy ich opuszczał, w 1944 roku , starszy syn a mój dziadek – Mirek miał 9 lat a młodszy- Paweł 2 lata.

Teraz, po tych 12 latach  zobaczył młodzieńców. Mirek miał 21 lat, kończył   Politechnikę  a Paweł, 14 latek był uczniem liceum.

Ich Tatko wrócił.

Wszyscy byli bardzo szczęśliwi, że się spotkali,  zobaczyli i  nareszcie są razem.

Jednak nie było łatwo ponownie przyzwyczaić się do siebie, bo przecież po tylu latach wszyscy byli innymi niż kiedyś ludźmi.

Ale się udało.

Zwyciężyła miłość….

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *