Z pamiętnika Jerzego T. Marcinkowskiego ( 22 ). Idąc śladami Stanisława Michałka – Grodzkiego – ojca polskiej chirurgii plastycznej.

Zdjęcie Jerzego T. Marcinkowskiego – już tu pokazywane – ale fajnie oddaje czasami refleksyjną  a bywa , że wielce niespodziewanie i jakby na złość powadze omawianych tematów ” wrzucaną ” żartobliwą naturę naszego Profa … toczone przez nas poważne czasem rozmowy w Grupie na messengerze nagle przerywa obrazkiem czy filmikem z netu – zupełnie nie przystającym do tematu – pewnie płynie za swoimi myślami nie czytając tego co piszemy albo celowo dodaje  „pieprzu”  rozmowie  …..

Wybaczcie Kochani ten długi opis pod zdjęciem – ale dziś dzień szary, po – weekendowy choć także przed – weekendowy ( patrząc optymistycznie ) , wszyscy zajęci, pewnie niewiele osób poczyta to, co piszę – więc mogę sobie sama ze sobą pogadać 🙂 – bo to od lat mój ” domek ” – ten blog ….

Wspomnienie lata – Z. K. ze świerszczem , który sam przyleciał czy wskoczył na jej dłoń 🙂

Nie wiem, czy Jurek zechce mnie gościć na” kartkach „ swojego pamiętnika 🙂 , bo opowieść ma jest  iście detektywistyczna,  przydługa i tylko niewiele wyjaśniająca.

Jest jak wędrowanie polami bezkresnymi , oglądanie horyzontu, który stale się przesuwa i przynosi nowe.

Ale dość Klarka czyli Zosia – jeśli  Jurek zaprotestuje –  wtedy wrzucisz to, co teraz napisałaś  do swojego   pamiętnikowego rozdziału , sporządzonego przed 6 laty zatytułowanego :  Na medycznej ścieżce.

Więc – czytaj Jurek – i decyduj czy mogę pozostać u Ciebie  z tym tekstem ????  🙂

Jednak to Twój komentarz mnie sprowokował do spisywania tego wszystkiego czym się zajmuję , co drążę i może nie wyłysieję jak ten krasnoludkowy kronikarz – Koszałek Opałek z ilustracji Szancera – czego nie życzyła mi na messengerze Ewa. Ale żarty na bok – choć jak twierdzisz, nawet mało dowcipne – a tylko śmieszne są solą ( lub cukrem – co kto woli ), czy jak się kiedyś mawiało pieprzem  tej potrawy jaką jest pełne powagi życie ….

Ale ad rem  i na poważnie . Kopiuję komentarz Jurka , który zamieścił pod wspomnieniem o naszym zmarłym Koledze – już wtedy – gdy Mu opowiedziałam to, co będzie dalej , tj. o informacji z  pamiętnika dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej  :

Ponieważ Ojciec Wojtka Michałka-Grodzkiego pracował w Szpitalu Ujazdowskim w Warszawie to z wysokim prawdopodobieństwem spotykał się tam z moim Ojcem który tamże przebywał jako ranny 17 września 1939 żołnierz a potem kontynuował studia medyczne jeszcze w czasie wojny na TUZZ (Tajnym Uniwersytecie Ziem Zachodnich – przyp. Z.K.).

 Wielka szkoda że z Wojtkiem nigdy o tym nie porozmawiałem.

Stąd wniosek,  że konieczne są rozmowy o rodzinach i ich historii, czego młodzi ludzie chyba nie doceniają. 

Ale za to teraz w blogu Zosieńko jest okazja opisać te ciekawe historie aby ocalić je od zapomnienia.

Więc zgodnie z zaleceniem Czcigodnego Kolegi Profesora Jerzego rozpoczynam opowieść dziś skonstruowaną , zatrzymując się na czasie początków okupacji niemieckiej i na warszawskim Szpitalu Ujazdowskim . By nie przepełnić  tego wpisu – dopiero w następnym będą fragmenty Pamiętnika Taty Jerzego – Tadeusza też dotyczące tego okresu.

Ale najpierw muszę streścić poprzednie nasze wspominki – bo niektórzy zaglądają tu po raz pierwszy  :

Od kilku dni wszystko się dzieje  z powodu Wojciecha Michałka – Grodzkiego i naszego zapamiętanie tego tajemniczego kolegi ze studiów na AM w Poznaniu .  Właściwie nikt inny tak głęboko i niepokojąco nie utkwił w naszej pamięci – może dlatego, że wszyscy mieliśmy jakiś kontakt słowny,  wspólne wypady na koncerty – czy do Palmiarni – jak z Leszkiem , czy marszobiegi raczej małosłowne z Jurkiem . Nici pomiędzy nami były żywe i przetrwały do tej pory.

Wojtek był jak monument – chodząca tajemnica – dopiero teraz odkrywana  …..

Nie wiem dlaczego zamieszczam tu zdjęcie mojego Taty – Wacława Łukaszewicza z lat 60 ubiegłego wieku – może dlatego, że szeroka myśl o Ojcach przyszła ….

Kontynuując myśl o poszukiwaniu wieści o Tacie Wojtka Michałka Grodzkiego  – Stanisławie –  Ojcu polskiej powojennej chirurgii plastycznej – muszę przekazać informację, że znalazłam Go w wykazie googlowym  pod adresem  – dl.cm-uj.krakow.pl ( tj. Uniwersytet Jagielloński  Collegium Medicum) . Podano tam, że pod nr 136   figuruje Stanisław Michałek – Grodzki ur. 1889 -1951. Całość jest ponoć w formie PDF, ale znaleziony adres niestety u mnie  się nie otwiera  więc nie wiem a tylko się domyślam , że jest to wykaz absolwentów.

Zgadza się imię i to charakterystyczne dwuczłonowe nazwisko  oraz data śmierci.

Data urodzenia wydaje się dość odległa jak na wspomnienie Taty Leszka Milanowskiego , potwierdzone przez Wojtka – że obaj Ojcowie  kończyli studia medyczne w 1939 roku . Może informacje nie są precyzyjne  – może  Panowie się tylko znali – np.  gdzieś spotkali na polu zawodowym np., może Wojtek nie znał szczegółów z życia Ojca – wszak tak wcześnie został półsierotą – a opowieści rodzinnych nie słuchał  – jak to mają często ludzie młodzi – których zajmuje :  tu i teraz ?

Ciągnąc więc tę historię, piszę dalej podążając za swoimi myślami :

Jeśli dr Stanisław Michałek – Grodzki  urodził się jeszcze w końcu XIX wieku – to jako dojrzały już człowiek i prawdopodobnie z dyplomem – co robił przed II wojną światową   ? Odpowiedź znajduję pod  linkiem  https://www.fakt.pl/hobby/historia/operacje-plastyczne-nosy-robili-sobie-juz-przed-wojna/9rgvty3  – kopiuję interesujący nas fragment  :

( … ) Medycyna estetyczna rozwijała się także prężnie nad Wisłą. W 1886 roku Antoni Gabryszewski wydał podręcznik do nauki tej dziedziny („O operacjach upiększających”). W okresie międzywojennym operacje plastyczne stawały się coraz bardziej popularniejsze, także w prasie niejednokrotnie pojawiały się reklamy lekarzy oferujących tego typu usługi. W prasie reklamował się m.in. dr Stanisław Michałek-Grodzki, uważany za prekursora chirurgii plastycznej w Polsce. ( … )

Czyli z tego wynika, jeśli wierzyć autorom tych publikacji – a nie mam dostępu do materiałów źródłowych – dr Stanisław Michałek – Grodzki już przed 1939 rokiem był samodzielnym, aktywnym chirurgiem plastykiem !

Kolejny trop  w poszukiwaniu dr Stanisława Michałka – Grodzkiego –  to odnalezione przeze mnie  w internecie  pamiętniki dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej – z której synem – Andrzejem , przez bardzo wiele lat ( ponad 20) pracowałam w CZD. Jaka wielka szkoda – i tu kolejne bicie się w piersi – że nawet będąc już w dojrzałym wieku nie śledziłam opowieści mojej Pani Profesor, która dobrze znała dr Zosię  i nie zapytałam Andrzeja o Mamę .

Może człek był zbyt mocno zajęty codziennością która przygniatała, może nie rozbudziły się w nim , tzn. we mnie potrzeby „ dłubania” w historii – tak łatwo dostępnej wtedy – gdy żyli naoczni świadkowie, a może po prostu nie było jeszcze internetu w takim wymiarze jak dziś – tak bardzo  powszechnego. Daremne żale – już za późno – Andrzej zadzwonił – oznajmił, że Mama nie żyje od 13 lat – a On niczego więcej nie wie – pogadaliśmy i to było na tyle. Ot, odnowiona znajomość.

Ale dla nas , kronikarzy tu piszących – pozostaje zapisana w internecie  opowieść Jego Mamy .  Dotyczy pierwszych lat II wojny światowej widzianej i przeżywanej przez młodą dziewczynę.  Przytaczam  duży fragment , bo ten tekst żyje i  żyje w nim tamten czas i dr Zosia żyje   …..

Skopiowałam to, co dotyczy naszych dociekań , choć nie oparłam się by zacytować  szerszy kontekst.   :

http://www.tlw.waw.pl/index.php?id=30&newsy_id=360

Powstanie Warszawskie i Medycyna tom I

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE cz.1

Zofia SZAMOWSKA–BOROWSKA

OKUPACJA, POWSTANIE WARSZAWSKIE I PO WOJNIE

Lato 1939 r. było wyjątkowo upalne. Spędzaliśmy je w sześcioro (rodzeństwo cioteczne) w majątku mojej babci i było nam bardzo wesoło. Bawiliśmy się, jeździliśmy konno, pływaliśmy. Byłam wtedy wesołą, lubiącą tańczyć i bawić się, szczęśliwą dziewczyną. Moja babcia, wspaniała polska dama, powiedziała: „Ale wy macie życie. Za mojego dzieciństwa dziewczęta i młode kobiety zajmowały się jedynie darciem szarpi dla powstańców 1863 roku, gdyż wszyscy wasi dziadkowie byli w powstaniu. Nie bawiły się tak jak wy.”

Uśmiechnęłam się i powiedziałam: „Babciu, nie wiadomo, co nas jeszcze spotka.” Moja babcia machnęła tylko ręką. I stało się. We wrześniu wybuchła wojna i mój świat przestał istnieć.

Mieszkałam przy ul. Wspólnej 11. Na parterze mieszkał lekarz, do którego zgłosiłam się i pracowałam z nim razem w Szpitalu św. Łazarza przez całe dnie września 1939 r. Zetknęłam się wtedy pierwszy raz z chorobą, rannymi i śmiercią. Z września 1939 r. zapamiętałam dokładnie ochrypły głos prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego, który dodawał nam otuchy. Był moim dalekim krewnym, z czego jestem bardzo dumna.

Pamiętam chwilę, gdy Niemcy weszli do Warszawy i wjeżdżali na Uniwersytet, a ja stałam przed bramą na Krakowskim Przedmieściu. Byłam taka wściekła i zrozpaczona, że gotowa byłam rzucić się na nich z gołymi pięściami. Byłam wtedy studentką I roku fizyki.

W czasie okupacji, aby mieć ausweiss i nie być wywiezioną na roboty do Niemiec, pracowałam w polskiej fabryce, Instytucie Fermentacyjnym przy Krakowskim Przedmieściu.

Po zakończeniu pracy w Szpitalu św. Łazarza, byłam, z ramienia PCK, opiekunką rannych żołnierzy w szpitalu Ujazdowskim. Początkowo w oddziale IV b chirurgii plastycznej. Ordynatorem był doc. Michałek-Grodzki.  ( … ) . Leżeli tam oficerowie i żołnierze z różnych stron Polski, którzy przechodzili operacje plastyczne: ( … )

Przerywam kopiowanie, choć ta opowieść dalej jest żywa, pięknie napisana i pełna mocnych treści – dokument czasów i Pani Dr Zofii Szamowskiej –Borowskiej .  Jej postać pozostaje żywa, bo utrwalona w pięknym obrazowym, filmowym nieomal sposobie narracji.

Moje kwiatki dla Pani Dr Zofii Szamowskiej – Borowskiej , która spisała powyższe wspomnienia –  już od lat nie żyje – tak  dobrze Ją pamiętam, choć nigdy nie porozmawiałam – żal …

                Przerywam kopiowanie  – bo dotarłam do sedna sprawy która nas interesuje….

Pewnie zwróciliście uwagę na ostatnie zdanie tej opowieści  – pogrubiłam czcionkę – wymieniony jest tu Szpital Ujazdowski , ordynator doc . ? Michałek – Grodzki , który przeprowadzał operacje plastyczne rannym w czasie wojny oficerom i żołnierzom !!!!

A jakby kontynuację dziejów chirurgii plastycznej w Polsce i znakomitego  Ojca naszego Kolegi czytamy to, co otwiera się poniższym linkiem ( oto skopiowany fragment ) :

 http://www.plastycznachirurgia.eu/historia/

Chirurgia plastyczna w Polsce

W 1951 dr Stanisław Michałek-Grodzki (prekursor chirurgii plastycznej w Polsce) otworzył w Polanicy-Zdroju, w szpitalu św. Antoniego, pierwszy w Polsce oddział tej specjalności, przeznaczony głównie dla chorych z wrodzonymi i nabytymi zniekształceniami, m.in. z okresu wojny. Po śmierci dr Michałka-Grodzkiego, 7 października 1951 ordynatorem oddziału, a od 1953 dyrektorem szpitala (od 1958 – Wojewódzkiego Szpitala Chirurgii Plastycznej) w Polanicy został jego asystent dr Michał Krauss. ( … )

 

 Nie wiem, czy odnajdziemy jeszcze jakieś ślady sławnego Stanisława Michałka – Grodzkiego – Taty naszego zmarłego przedwcześnie Kolegi – chirurga jak ojciec – Wojciecha.

Ale spisując te odnalezione tropy wydaje mi się , że powstała swoista kronika zebranych z internetu i opowieści innych danych – niewielka wprawdzie, ale  kronika  z życia  zawodowego ” ojca polskiej chirurgii plastycznej ” ….

Nie wiem czy odnajdziemy jeszcze jakieś ślady dr dr Stanisława   Michałka – Grodzkiego – i Jego syna, a naszego zmarłego przedwcześnie Kolegi – Wojciecha  , ale poszukiwania , nadzieja na odkrycie czegoś nowego i radość gdy tak się staje –  jak w przypadku cytowanych opowieści jest unoszącym motywem życia …

Już teraz rozumiem ludzi którzy szperają po zakurzonych księgach i powoli zamieniają się w krasnoludkowego kronikarza – Koszałka Opałka z ilustracji Szancera w bajce Marii Konopnickiej  „ O krasnoludkach i sierotce Marysi” , która towarzyszyła naszej bardzo bardzo wczesnej młodości  🙂 (  wybaczcie mi  to półżartobliwe zakończenie )….

II wydanie ” O krasnoludkach i sierotce Marysi” Marii Konopnickiej, 1907 rok. Obrazek z Wikipedii.

Zdjęcia z wizerunkiem Jerzego T. Marcinkowskiego są Jego własnością.

Pozostałe – własne i  jak podałam – z netu .

Niestety nie posiadamy żadnych zdjęć Wojciecha i Stanisława Michałka – Grodzkiego.

 

Gorzowskie czasy. Moja droga przez mękę czyli idę do przedszkola.

Kiedyś już pisałam w rozdziale losy moich Rodziców o tym,  że po II wojnie światowej nasza rodzina osiadła w Gorzowie. Mama przyjechała z Wileńszczyzny, gdzie już nie było Polski a  Tato po 6 latach obozu koncentracyjnego pod Berlinem zdecydował wrócić do kraju i rodziny. Był to swoisty akt odwagi, bo po wyzwoleniu straszono widmem komunizmu który  się zagnieździł  w Polsce i proponowano wyjazd na Zachód.

Rodzice zranieni wojennymi przeżyciami jeszcze raz próbowali ułożyć sobie wspólne życie. Stanęli przed decyzją gdzie zamieszkać i znaleźć pracę. Była propozycja Warszawy i Wrocławia, ale gdy Mama zobaczyła jedną wielką ruinę, którą była stolica i bardzo zniszczony Wrocław z ulgą wybrała miasto które zniszczone wprawdzie w 25% ( spalone po dwóch tygodniach po wyzwoleniu przez Armię Radziecką) zachowało kamienice w których dało się mieszkać. Tato dostał pracę w Oddziale Drogowym PKP a Mama w szkole, która znajdowała się nieopodal Teatru ( dokładnie nie pomnę numeru, ale ta szkoła jest tam nadal). Brat Zenon uczęszczał do gimnazjum a młodszy wojenny braciszek- Wacuś został sam na cmentarzu w Smorgoniach pod Wilnem.

W ramach powojennej odbudowy życia Rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Nie było łatwo mnie wychowywać, Rodzice mieli po 40 lat i wielką wojenną traumę za sobą.. A ja się domagałam swoich praw, bezwzględnie jak każde dziecko….

 

JaWĂłzek.jpg

 

 

 

I gdy osiągnęłam trzy lata, wysłano mnie do przedszkola. A oto opowieść jak to wyglądało:

 

 

Piszę , że mnie wysłano do przedszkola – przecież w rzeczywistości po prostu tam mnie wleczono. Mieściło się w niewielkim budyneczku, z którego nie został nawet ślad, zlokalizowanym w pobliżu Kłodawki, naprzeciwko tylnego wejścia do nadal funkcjonującej gorzowskiej Poczty . Przemierzając drogę z Kos Gdyńskich jedyną moją osłodą było wymuszana za każdym razem perspektywa posiedzenia na dziwnym metalowym obramowaniu, które było przytwierdzone do murku niskich domów a właściwie pawilonów handlowych zlokalizowanych po lewej stronie ul. Sikorskiego, a wtedy W. Wasilewskiej , idąc od parku.

Pewnie była to pozostała konstrukcja po przypuszczalnie mieszczącej się niegdyś na niej skrzynce na listy.

Tak więc trasa od domu do owej konstrukcji była jasną stroną mojej drogi do przedszkola. Do tego miejsca maszerowałam  dość żwawo.

Jednak na wysokości mojego zaczarowanego siedziska zapierałam się jak osioł. I wówczas bezradny odprowadzający mnie- a to mama, a to starszy brat nie widząc wyjścia, unosili mnie pod pachy , sadzali na brzegu metalowego płaskownika i podtrzymywali, bym nie wpadła w wielgachną dziurę.  Każda próba ściągnięcia mnie na chodnik kończyła się wielkim rykiem. Jednak w którymś momencie musiałam się poddać i taką wierzgającą ciągnięto mnie do przedszkola.

Te wydarzenia mam w pamięci, jakby to było zaledwie wczoraj.

I zachowuję wspomnienie tych wszelakich moich trzylatkowych emocji- wielka przyjemność przesiadywania w tym niezwykłym miejscu i ogromną nieprzyjemność chodzenia do przedszkola…..

 

 

3lataJaMoszczyńskaMamMoszczTataKolanaJa.jpg

 

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Są opisane ręką mojego Taty….a ta najmniejsze na nich,  naburmuszona- to ja