Gorzowskie czasy. Moja droga przez mękę czyli idę do przedszkola.

Kiedyś już pisałam w rozdziale losy moich Rodziców o tym,  że po II wojnie światowej nasza rodzina osiadła w Gorzowie. Mama przyjechała z Wileńszczyzny, gdzie już nie było Polski a  Tato po 6 latach obozu koncentracyjnego pod Berlinem zdecydował wrócić do kraju i rodziny. Był to swoisty akt odwagi, bo po wyzwoleniu straszono widmem komunizmu który  się zagnieździł  w Polsce i proponowano wyjazd na Zachód.

Rodzice zranieni wojennymi przeżyciami jeszcze raz próbowali ułożyć sobie wspólne życie. Stanęli przed decyzją gdzie zamieszkać i znaleźć pracę. Była propozycja Warszawy i Wrocławia, ale gdy Mama zobaczyła jedną wielką ruinę, którą była stolica i bardzo zniszczony Wrocław z ulgą wybrała miasto które zniszczone wprawdzie w 25% ( spalone po dwóch tygodniach po wyzwoleniu przez Armię Radziecką) zachowało kamienice w których dało się mieszkać. Tato dostał pracę w Oddziale Drogowym PKP a Mama w szkole, która znajdowała się nieopodal Teatru ( dokładnie nie pomnę numeru, ale ta szkoła jest tam nadal). Brat Zenon uczęszczał do gimnazjum a młodszy wojenny braciszek- Wacuś został sam na cmentarzu w Smorgoniach pod Wilnem.

W ramach powojennej odbudowy życia Rodzice zdecydowali się na jeszcze jedno dziecko. Tym dzieckiem byłam ja. Nie było łatwo mnie wychowywać, Rodzice mieli po 40 lat i wielką wojenną traumę za sobą.. A ja się domagałam swoich praw, bezwzględnie jak każde dziecko….

 

JaWĂłzek.jpg

 

 

 

I gdy osiągnęłam trzy lata, wysłano mnie do przedszkola. A oto opowieść jak to wyglądało:

 

 

Piszę , że mnie wysłano do przedszkola – przecież w rzeczywistości po prostu tam mnie wleczono. Mieściło się w niewielkim budyneczku, z którego nie został nawet ślad, zlokalizowanym w pobliżu Kłodawki, naprzeciwko tylnego wejścia do nadal funkcjonującej gorzowskiej Poczty . Przemierzając drogę z Kos Gdyńskich jedyną moją osłodą było wymuszana za każdym razem perspektywa posiedzenia na dziwnym metalowym obramowaniu, które było przytwierdzone do murku niskich domów a właściwie pawilonów handlowych zlokalizowanych po lewej stronie ul. Sikorskiego, a wtedy W. Wasilewskiej , idąc od parku.

Pewnie była to pozostała konstrukcja po przypuszczalnie mieszczącej się niegdyś na niej skrzynce na listy.

Tak więc trasa od domu do owej konstrukcji była jasną stroną mojej drogi do przedszkola. Do tego miejsca maszerowałam  dość żwawo.

Jednak na wysokości mojego zaczarowanego siedziska zapierałam się jak osioł. I wówczas bezradny odprowadzający mnie- a to mama, a to starszy brat nie widząc wyjścia, unosili mnie pod pachy , sadzali na brzegu metalowego płaskownika i podtrzymywali, bym nie wpadła w wielgachną dziurę.  Każda próba ściągnięcia mnie na chodnik kończyła się wielkim rykiem. Jednak w którymś momencie musiałam się poddać i taką wierzgającą ciągnięto mnie do przedszkola.

Te wydarzenia mam w pamięci, jakby to było zaledwie wczoraj.

I zachowuję wspomnienie tych wszelakich moich trzylatkowych emocji- wielka przyjemność przesiadywania w tym niezwykłym miejscu i ogromną nieprzyjemność chodzenia do przedszkola…..

 

 

3lataJaMoszczyńskaMamMoszczTataKolanaJa.jpg

 

 

1950, Moczyńscy, rodzice, ja ,w Bielsku.jpg

 

Zdjęcia z rodzinnego albumu. Są opisane ręką mojego Taty….a ta najmniejsze na nich,  naburmuszona- to ja

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *