Motocykl, moja miłość

Tak sobie przeglądam stare wpisy. To już minęło 10 lat od kiedy założyłam ten blog…. jak ten czas leci…. tylko my jesteśmy tacy sami 🙂 prawda ?


niedziela, 15 stycznia 2012 8:52

Bardzo wcześnie  zakochałam się w motocyklu. Miłością pierwszą wierną i niespełnioną. Zdjęcie ze starego rodzinnego albumu. Gorzów Wlkp, ul. Kos. Gdyńskich 106, 1948 roku

Narodziny uczucia

Pierwszy świat to podwórko. Pachnące wiosną czarne błoto. Dwie małe dziewczynki, odwieczne przyjaciółki, na konarach cherlawego bzu. W dole cuchnący śmietnik. Ciekawe w nim śmieci. Wizyty zaprzyjaźnionego szczura. Piękny podwórkowy świat. Dopiero później odkrywany.

Przedtem to zdjęcie. Na gorzowskim podwórku motocykl.

To nie był przypadek, że na siodełku posadzono wyrośnięte niemowlę.To jest dziewczynka. Jedna z tych, co potem na bzie przesiadywały. Jej bezzębny, rozkoszny ale bezgrzeszny uśmiech świadczy o tym, że właśnie wtedy przyszło do niej wielkie zauroczenie. Miłość na całe życie. I chociaż nigdy potem nie jeździła motocyklem, pozostał w jej marzeniach. Razem z wyobrażeniem, że jest symbolem tego, co uwielbia. Nieograniczonej przestrzeni, wolności, radości z przemieszczania się i wiatru na policzkach.

Dojrzałość

Już nie ma tej małej dziewczynki. Ta bardzo dojrzała kobieta stale z dziecięcym zachwytem ogląda motocyklistów. Mimo, że czasami niefrasobliwie niosą śmierć na szosach lub są dawcami narządów. Ta kobieta stale nosi pod powiekami obrazki szalonych ludzi na stalowych rumakach. I wraca do zdjęcia ze starego albumu. I musi się przyznać, że nawet „żużlowe„ artykuły w gorzowskiej MM -ce poruszają struny jej wzruszenia.

I czasem otwiera komputer, czyta  o najstarszych motocyklach. Dziwi się, że czas urodzin tych pojazdów to zaledwie 80 lat przed  tym, kiedy było jej dzieciństwo i kiedy wykonano to podwórkowo – motocyklowe zdjęcie.

Lubi sobie wyobrażać tamte czasy i tamtych ludzi.

Oto historia pierwszych jednośladów w telegraficznym skrócie:

W 1490 r. Leonardo da Vinci zaprojektował  rower, ale jego pomysł nie został  zrealizowany.W 1791 roku w Paryżu hrabia Made de Sirvac połączył  drewnianą ramą dwa koła z wozu konnego. W roku 1869, Francuz Michaux Perraux przyczepił do welocypedu tłokowy silnik parowy.

W roku 1885 Gottlieb Daimler wymyślił silnik napędzany ropą naftową. Chciał sprawdzić działanie silnika i skonstruował proste podwozie. Były to dwa drewniane koła z silnikiem umieszczonym pomiędzy nimi. Całość układała się wzdłuż jednej linii. Taki układ nadal definiuje motocykl. Pojazd miał silnik czterosuwowy z mocy 0,5 kM, ważył 70 kg i osiągał zawrotną prędkość 22 km/godz. Daimler nazwał ten pojazd „Reitwagen mit Petroleum Motor„ ( co w dowolnym tłumaczeniu oznacza wózek do jeżdżenia okrakiem jak na koniu, z silnikiem  na ropę naftową ).

Daimler wykonał jazdę próbną w ogrodzie swojego domu i po pustych ulicach miasta Cannsttat, gdzie mieszkał a następnie odbył pierwszą długodystansową jazdę nieprzerwanie na odcinku aż 3 km! Jazda na drewnianych kołach nie była przyjemna. Konstruktor miał zamiar przekazać go wiejskim listonoszom. Wobec zdecydowanej odmowy, patent wylądował w kącie domu.

Teraz można oglądać ten pojazd w Muzeum firmy Daimler- Benz w miejscowości Stuttgart – Unterturkheim.

W 1894 roku dwaj monachijczycy wprowadzili opatentowaną nazwę „ Motorrad” . To właśnie oznaczało – motocykl.

Zmierzch

Gdy wyłączam komputer,  chcę wracać na gorzowskie podwórko. Tropię dawne  ślady, czuję stare zapachy, widzę barwy. Z trudem sobie wyobrażam, że już nie jestem tym podwórkowym dzieckiem. Przecież mam w sobie takie młode zachwyty i odwieczne zauroczenie. I wierzę, że tam na mnie jeszcze czeka mój motocykl ze zdjęcia. Motocykl, moja miłość…

Cyganie z mojego dzieciństwa.

Kochani! Kiedyś zamieściłam ten tekst w portalu Moje Miasto Gorzów, który już nie istnieje, a jego zawartość, także taka, jakby literacka, którą można było swobodnie zamieszczać , została zlikwidowana. Wydawało mi się, że to co poniżej już wrzuciłam do tego blogu, ale jakoś nie mogę znaleźć. Dlatego , jeśli pamiętacie i uznacie, że się powtarzam, proszę o wybaczenie. Może się domyślacie, dlaczego ten „ utworek” jest mi szczególnie bliski. Może kilka słów gwoli wyjaśnienia, tym, którzy mnie nie znają. Otóż moja Mama, Stefania z d. Jakubiec urodziła się w beskidzkiej wsi. Z wielkim wysiłkiem , bo warunki były nietęgie ukończyła Seminarium Nauczycielskie w Białej, sąsiadującej z Bielskiem  ( od wielu lat już jest to jedno miasto). Był to okres międzywojnia. Nie jestem pewna, czy wyjechała na Wileńszczyznę dla chleba, czy z chęci poznawania świata, czy jak mówiła, czuła misję by nieść „ kaganek oświaty” bo powstało nowe państwo polskie i na kresach byli bardzo potrzebni nauczyciele . Pewnie jedno i drugie jak i trzecie było przyczyną wybrania tak odległego od domu miejsca do pracy i nowego życia. Tam poznała mojego Tatę, rdzennego „wilniuka”.

Gdy wybuchła II wojna światowa, dosłownie w jej przededniu, Tatę zmobilizowano ( był kolejarzem ) i zlecono wyjazd w poznańskie. Po drodze został aresztowany i ostatecznie osadzony w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, pod Berlinem. Tam przebywał do końca wojny. Mama pozostała w podwileńskich Smorgoniach z 5 letnim moim bratem Zenonem i w trzymiesięcznej ciąży z Wacusiem.  Mój mały Braciszek , bardzo rezolutne wojenne dziecko, zmarł mając 4 lata z powodu czerwonki, którą przywlekli Rosjanie. Ponoć całe podmiejskie pola były czerwone z powodu tej krwawej biegunki żołnierzy.   

Gdy po wojnie, zapadły polityczne decyzje,  że tam nie ma już Polski, Mama bez wahania zdecydowała się na  wyjazd. Rosjanie ją pytali , dlaczego wyjeżdża, przecież tam będzie tak samo jak tu, tylko wasz język. I właśnie dlatego wyjeżdżam, odparła. Podjęła kolejną heroiczną decyzję w życiu, bo zostawiła grób Wacusia i z Zenonem, który już miał 10 lat , po dwóch tygodniach podróżowania w bydlęcym wagonie znalazła się w ukochanej Polsce. Pociąg zatrzymywał się co kilka kilometrów i maszynista oznajmiał, że zabrakło paliwa. Na takie dictum, zarządzano zbiórkę butelek z wódką i po chwili pociąg ruszał.

Po roku spotkali się z Tatą, i postanowili rozpocząć nowe życie. Szukali miasta, które nie było mocno zburzone , bo na propozycję, którą otrzymał Tata od obozowego kolegi, a po wojnie  Ministra Komunikacji, by zamieszkać w Warszawie, Mama, po jednym pobycie w stolicy powiedziała: ruinę mam w sercu, nie mogę patrzeć na ruiny wokół. Wyjechali na Ziemie Zachodnie, które wówczas patetycznie nazywano Odzyskanymi. Zamieszkali w Gorzowie Wlkp. i w 1947 r. przyszłam na świat.

Rodzice mieli już wówczas 40 lat i traumę w sercu, więc wychowywałam się w smutnym domu.

Ale gdzieś na dnie duszy łaknęłam piękna, pewnie geny wędrowania Mamy i rzewny romantyzm Taty miały wpływ na moje zachwyty nad wolnym kiedyś ludem jakim byli Cyganie, obecnie zwani Romami. Dla mnie pozostaną Cyganami, bo nazwa pachnie dymem ich ognisk i cygańskim życiem pełnym barw….zresztą ich poetka, Papusza, która też zamieszkała w Gorzowie protestowała przeciwko nazywaniu jej narodu Romami, mawiała,  że od zawsze była Cyganką…zapraszam więc do mojej opowieści…

 

nibywóz cygański.JPG

 

 

Cyganie z mojego dzieciństwa.

 

Cygański zachwyt przyszedł do mnie we wczesnym dzieciństwie w beskidzkiej dolinie kamienistej rzeki .Potem byłam świadkiem gdy rodziło się gorzowskie Terno.

 

 

 

Lata 50 ubiegłego wieku. Duża wieś u podnóża Skrzycznego. Moje beskidzkie wakacje . Mam kilka lat , ale czuję , że tego lata coś się wydarzy. Niedługo przyjadą tabory , mówią mieszkańcy.  Mówią głosem  ściszonym i  niespokojnym . Wyczuwam też panujący wszechwładnie świąteczny nastrój . Więc bardzo czekam , czekam i  wypatruję.  

Wreszcie widzę , jak pewnego dnia  moje ciotki pospiesznie zbierają  śnieżnobiałe prześcieradła suszące się na trawie  . I  wzdęte wiatrem wiejskie koszule znikają ze sznurów.

Kury są zamykane w kurnikach , a na drzwiach spiżarni wiszą wielkie kłódki.

To  przygotowania na spotkanie z Obcymi.

Wreszcie ktoś woła , że  był  za górą i widział jak się zbliżają się.  Cyganie .Przed nimi tylko jeszcze jedna góra .

      Wczesnym mglistym świtem wybiegam nad rzekę. Rzekę ukochaną i kamienistą, gdzie płaskie kamienie zawsze zbieram i uważam , że to trójkątne zaczarowane sery.

Teraz o tych zabawach zapominam. Już czuję zapach dymów, potem widzę jak nocą zakwitła wielka  łąka. Ukrywam się za krzakami na przeciwległym do płaskiego zakola brzegu. Podpatruję. Kolorowe wozy , dużo wozów  z wielkimi oknami. Firanki jakby tiulowe, też barwne. Wielkie pierzyny i poduchy wylegują się w oknach. Dzieciaki biegają. Bardzo chcę tam być…chcę  być Cyganką….

 Wolną jak Cyganie  i    z wiatrem w szerokiej wielobarwnej spódnicy  wędrować gdzie  tylko nogi  poniosą. Żałuję , że się  urodziłam  w mieście i stale mieszkam w jednym domu, przy tej samej ulicy.

Widzę śniadych smukłych  nieznajomych  chłopców , którzy sprzedają piękne  złocistoczerwone patelnie. ..

I wszędzie słychać muzykę. Jak  bardzo dużo muzyki jest teraz w moich górach .

   Któregoś dnia przybiegam nad rzekę i jest pusto. Moi Cyganie nagle odjechali  , niepostrzeżenie i tajemniczo . Myślę więc o nich.  Widzę te niepowtarzalne cygańskie kolory z muzyką , tańcem i dymami ognisk. Wyobrażam sobie gdzie są , jaką ziemię i chmury teraz oglądają.

A wokół mnie  tylko cisza  , smutny spokój i góry nieruchome ….

 

I nagle ci tajemniczy Ludzie zamieszkali w Gorzowie. Nie mogłam zrozumieć dlaczego ktoś im zabronił  wędrowania. Dlaczego ktoś zmusił do porzucenia taborów  . I wolność w niewolę miasta zamienił. Zamieszkali obok nas , przy  ul Nowotki, obecnej Orląt Lwowskich , w pierwszej kamienicy od strony Askany i w pobliskim domu wzdłuż ul. Boh Warszawy.

Obok , za naszym podwórkowym murem wiecznie płakała rzeźnia.

Ten przenikliwy  płacz rzeźni stał się dla mnie  i pozostał  trwałym symbolem  zniewolenia .

   Obserwowałam tych nowych nieznanych mieszkańców. Nie budzili mojego lęku ani niepokoju. Przesiadywali milcząco i nieruchomo na podwórkowej ławeczce  domu na Boh. Warszawy. Wychodzili gdzieś i wracali. Barwy spódnic spłowiały .Tylko czasem słońce grało w  granatowych włosach. Tylko czasem jakieś oczy migdałowe popatrzyły spod  chusty.

Byli jak kwiaty ścięte i ustawione w niewłaściwym miejscu i niewłaściwym wazonie. Do tej pory takie tzw”cięte „ kwiaty” wywołują ten obraz . Nie chcę kwiatów w wazonie.

 

Już nie chciałam być Cyganką. Bo moi gorzowscy Cyganie byli smutni i zniewoleni. Jak kwiaty zerwane i ustawione w niewłaściwym wazonie. A obok nas niezmiennie płakała rzeźnia.

     Pewnego dnia Matka pokazała mi kilku młodych cygańskich chłopców z sąsiedztwa. Zauważyła, że są bardzo urodziwi. I że uczą się w szkole muzycznej.

Od tej pory najbardziej wypatrywałam  jednego. Był  wysoki i szczupły  i miał delikatnie wyrzeźbioną głowę . Zapamiętałam jego długie lekkie bardzo miękkie i bezszelestne  kroki. Wyobrażałam sobie , że jest  jak   czujny  i nieujarzmiony przybysz z dalekiej nieznanej krainy.

Ten chłopak zwykle niedbale trzymał pod pachą futerał ze skrzypcami . Podobno był to Dębicki.

Czasami  szumiąc spódnicami przebiegała , nieomal nie dotykając ziemi młoda i bardzo piękna motylopodobna dziewczyna. Podobno to była Randia

Dopiero potem  dowiedziałam się , że wtedy właśnie w Gorzowie rodziło się Terno. Pierwszy zespół jeszcze  prawdziwych  Cyganów…

 A niedługo potem  przyszła do mnie poezja Papuszy. Jej gorzowskie  bolesne tęsknoty za wolnością . Jej opowieści o dziewczynach „o oczach jak czarne jagody”

 

Żyłam w pięknych niezapomnianych czasach . Czasach  o których teraz już  tylko opowiadać można…

Jestem szczęśliwa , że kiedyś dostałam od losu  i zachowałam to wspomnienie. Rytm i koloryt cygańskiego życia.

 

Teraz moja roczna Majka ,wnuczka, gdy porywającą muzykę usłyszy  , zaczyna  tańczyć . To jest dziwny i bardzo znajomy taniec . Najpierw  rytmicznie naprzemiennie tańczą jej barki, potem  ramiona i dłonie. Nigdy nie widziała Cyganów , nikt jej tego nie uczył i nie pokazywał.

Rodzina się śmieje, że to babcia cygański zachwyt w genach przekazała….

 taniec bdb.JPG

 

te dłonie zostały we flamenco.JPG

Wszystkie zdjęcia własne, wykonane za ustną zgodą organizatorów na festiwalu muzyki cygańskiej Romane Dyvesa w 2009 roku w Gorzowie Wlkp.

Na ostatnim ułożenie dłonie jak we flamenco…och, te klimaty

Gorzowskie czasy. Historia z kotkiem.

P1202184.JPG

Eksponat gorzowskiego mninimuzeum w Michałowicach. Granitowa kostka z mojej ulicy Orląt Lwowskich.

 

 

dom na nowotki.JPG

Światełko nad wejściem do dawnego Oddziału Drogowego PKP przy ul. Orląt Lwowskich, gdzie w kotłowni spędzałam czas z kotami….

 

 

Niedawno pisałam o moim gorzowskim minimuzeum w Michałowicach.

Utworzone zostało z eksponatów zebranych z miejsc mi bliskich , taszczonych w plecaku a potem przywiezionych z mojego miasta przez gonię,  przyjaciółkę poznaną dzięki nieistniejącemu już w dawnym kształcie portalowi MM Gorzów. Wysyłałyśmy tam wszystkie tekściki, które przyszły nam do głowy, a te  po akceptacji redakcji ukazywały się w necie. Powodowało to intensywne dyskusje, wielokrotnie merytorycznie twórcze.

Fajnie, że to było, bo pozostały sympatie i wspólne wspomnienia. Jednocześnie żal tamtego , bo nowa formuła jest ogólnokrajową” urawniłowką”, papką raczej tylko.

Po tym przydługim wstępie, ale raczej koniecznym gdy ktoś zajrzy tu po raz pierwszy, albo zapomni, co czytał przedtem chcę przystąpić do kolejnej opowieści.

I tak codziennie oglądam gorzowskie pamiątki starannie opisane ręką Ofiarodawczyni.

      Naczelne miejsce zajmują granitowe kamienie z mojej dawnej ulicy Nowotki (obecnie Orląt Lwowskich) w Gorzowie Wielkopolskim.

Gdy miałam może 10 lat, opuściliśmy przepastne, dość mroczne mieszkanie przy ul Kos. Gdyńskich z dwoma parkami w sąsiedztwie, ze starym poniemieckim cmentarzem w jednym z nich, który był nam terenem zabaw i z błotnistym podwórkiem z cherlawym bzem nad wiecznie przepełnionym śmietnikiem , gdzie spędzałyśmy z Bajką urocze chwile…

    I nastał czas nowego mieszkania w oddziale drogowym PKP, gdzie Tato wspinając się na drabinę zawodową ostatecznie przysiadł na jej Gorzowskiem wierchuszce, na stanowisku Naczelnika.

Wtedy dostał mieszkanie służbowe, które mieściło się w owym Oddziale Drogowym PKP.

Duże było i jasne, z dwoma balkonami, wychodzącymi na pobliską rzeźnię, gdzie wiecznie płakały zwierzęta.

Dlatego unikałam tych miejsc, wolałam przesiadywanie w kotłowni, z panem palaczem i stadem kotów. Od tej pory moje życie towarzyskie opierało się na takich kontaktach a także bliskiej znajomości z portierami zza okienka na pierwszym piętrze. Był to pan Hołub, stareńki wtedy się wydawał, wąsaty , kościsty ale ciepły , który zawsze czytał książki oraz pani Hela Krzyżanowska, duża miła kobieta, z miękką wschodnią mową. Ubolewała, że jej brat zesłany na Syberię zakochał się w miejscowej kobiecie i tam został.

Też tak jak ja kochała koty.

    Kochałam te kociska mieszkające w naszej kotłowni. Któregoś dnia ubłagałam Mamę, by się zgodziła na obecność jednego z nich w naszym mieszkaniu. Był milusi, siedział przed kanapą, na której Mama często się kładła z książką. Patrzył na nią i pomiaukiwał. Pierwszego dnia tak właśnie było. Nawet rozbroił surową i raczej smutną na co dzień Mamę, która  opowiadała mi o jego zachowaniu z uśmiechem. Jednak następnego dnia, po powrocie ze szkoły Mama mnie zaprosiła do małego pokoiku  gdzie stało moje łóżeczko starannie nakrywane kapą i ozdobną wyszywaną nakładką na poduszkę. Od razu uderzył mnie  jakiś nieład. Nakrycie łóżka było jakoś dziwnie skotłowane. Gdy usiłowałam je rozprostować, znalazłam w środku wielką kupę. Kto to zrobił? myśli przegalopowały w mojej głowie i zafiksowały się na jedynym winnym, słodkim kociaczku. Zdruzgotana, zbrzydzona i wzburzona pobiegłam do kuchni, gdzie właśnie urzędowała Mama. Ze spokojem oznajmiła, że to przecież mój kotek był sprawcą tego nieszczęścia więc teraz powinnam sama to wyczyścić i  wyprać . Ryknęłam wielkim głosem, lejąc łzy jak  grochy. Mama  w końcu się złamała, uległa i sama posprzątała po naszym kocie.

Wtedy zdecydowałam bez wahania, że kotek wróci razem ze mną do podziemi.  I tak się stało.   Od tej pory tak jak przedtem mruczeliśmy sobie przy ciepłym piecu w ciemnościach piwnicznej kotłowni. Było miło, przemiło….

 

kot db awatar.jpg

 

Nad Bugiem.  Kotek przed altanką zaprzyjaźnionego z nami Profesora. Taki słodki jak mój, ten gorzowski…..

 

Nasza Kostusia….

piękno.JPG

Amfiteatr gorzowski, festiwal cygański Romane Dyvesa. 2009. My na widowni….

 

ładna zapatrzone i zasłuchane.JPG

na widowni, obok , zasłuchana Kostusia….

 

 

Dzisiaj z telefonem Bożeny przyszedł  dzień inny, refleksyjny smutkiem. Jedyny taki. Wczoraj  nasza, zda się niezniszczalna koleżanka Teresa Łakoma- Koryluk, zwana Kostusią wybrała Wolność Wieczną Młodość i Radość w innym, nieznanym nam jeszcze, ponoć Lepszym Świecie.

I cóż nam robić. Łzy są zbyt banalne chociaż chciałoby się płakać, po prostu zwyczajnie po ludzku płakać. Opłakiwać. Ale nie jest to łatwe, na razie serce ściśnięte i słów brak.

I dlatego otwieram księgę  życia, księgę naszej młodości.

     I wracam do Gorzowa, gdzie młodość uwieczniona, utrwalona w myślach oczach i sercu.

I radość młodzieńcza. I uśmiech. I jakieś zdjęcia, stale żywe.

     Jesteśmy w LO na Zawarciu . To nic , że pół wieku temu. Wielka sala gimnastyczna i dyr. Herma krzyczy- Kostusia Kostusia, szybciej ,  tam podawaj tę piłkę. Był naszym wiernym kibicem, gdy grałyśmy w koszykówkę. W drużynie kapitanem jest Kostusia. Dominuje wzrostem, zwinnością zręcznością i celnością udanych wrzutów do kosza.  Wysoka delikatne jak trzcina, jasnowłosa, wiecznie roześmiana to dziewczyna. Bardzo przez wszystkich lubiana, ba kochana. Bo jak nie kochać takiego roześmianego Promyka.To były nasze najwspanialsze chwile, ze sportem, radością potem na czole i pod owłosionymi pachami, bo wtedy nikt ich nie golił.

To było dopiero potem. Gdy spotkanie po 40 latach w Gorzowie koleżeńskie, takie jak kiedyś. Wiecznie młodzieńcze i radosne. Uciecha, bo właśnie Romane Dyvesa. Festiwal cygański. Siedziałyśmy obok,i  czułam Jej ciepło pulsujące obok. Patrzyłam jak ogląda i słucha. Złapałam w oko obiektywu Jej twarz i mam Ją na zawsze. Zachwycałyśmy się wtedy spódnicami wirującymi i kolorytem cygańskim i muzyką. Tak , teraz też słyszę jak grają Cyganie i widzę jak tańczą na estradzie gorzowskiego amfiteatru pod ciemniejącym już niebem i światłem gwiazd. Grają dla Ciebie Kostusiu swoje cygańskie pieśni.

Następnego dnia ostatnie moje przedwyjazdowe spotkanie z koleżankami. Szybko minęły te trzy pobytu w mieście, gdzie się urodziłam. Za szybko. Na zdjęciu został balkon u Bajki z widokiem na Park Wiosny Ludów, ukwiecony, wonny ziołami posianymi w skrzynkach i my, trzy gidie wiecznie młode. I nasze pożegnanie już właściwie nocne na dworcu.

A potem jeszcze ostatnie spotkanie w Warszawie, zawsze  wesołe, rozchichotane Teresą. Dla nas Kostusią. Zawsze Kostusią.

I jeszcze były  rozmowy telefoniczne, głos pogodny,  niefrasobliwy i uczucie, że to nigdy się nie zmieni. Lubiłam te rozmowy o wszystkim i o niczym właściwie. Tego będzie brakowało. Ale to nic. Zapraszam Ciebie Kostusiu na kawkę, pogadamy, powspominamy. Będzie jak kiedyś. Może wpadniesz, będę czekała….

….tylko dlaczego wiatr nagle odwrócił tę stronę naszej księgi z młodości . I zamknął tamtą, z pięknymi wspomnieniami….

Teraz pożegnania nadszedł czas. Nie na zawsze, tylko na chwilę, na małą chwilę. Będziesz czekała na nas ze swoim uśmiechem i organizowała jakieś piwo.  Przybędziemy…..

 

balkon Basi (2).JPG

 

balkon Basi.JPG

 

balkon Basi (2).JPG

 

 

O minimuzeum gorzowskim w Michałowicach

Przedtem było o znaczku pocztowym z moim Gorzowem który stał się Kluczem do Krainy Dzieciństwa ….

SAM_1919.JPG

Zdjęcie wykonane przez Wiktora( lat 7). Jego mama i zbiory gorzowskie….

 

 

      Tak więc Gorzów do mnie wrócił, przyleciał z pocztą i zamieszkał w moim domu obok granitowych kostek  z rozbieranych ulic Gorzowa, fragmentów starych murów, kamieni z tej ziemi  starannie zbieranych przez gorzowską przyjaciółkę gonię.

Poznałyśmy się dzięki portalowi MM ( Moje Miasto) Gorzów , który  niestety w swojej uroczej  dyskusyjnej swobodnej formie umarł śmiercią  naturalną . A może nie naturalną, tylko brutalnie przerwano jego uroczy klimat zmieniając na siłę formułę na wszechogarniającą jednakową w całym kraju redakcyjną nudę. Szkoda, ale takie jest życie. Zabiera to co dobre i nie ma już powrotu….

A portal ten był dla nas okazją do pogadania, pisania na dowolne tematy  i przyniósł trwałe przyjaźnie, niemożliwe chociażby z powodu różnic wieku w realu. I to jest niezaprzeczalna wartość, którą cenię najwyżej jak tylko można…..Musiałam o tym pogadać, bo żal gdzieś muszę wylewać i tęsknoty za byłym czasem też. I tę czułość, gdy słyszę przez telefon głos ludzi których polubiłam. I zawsze wtedy widzę ich zaangażowanie rozdyskutowanie i otwieranie mi nowych horyzontów w dawnej MM –ce kontynuowane w innych miejscach netu.

Wracam więc od goni i mojego minimuzeum gorzowskiego. A było tak.

Pamiątki w nim zgromadzone  zabierała z miejsc  szczególnie mi bliskich . Wyobrażam sobie z jakim trudem  taszczyła je  w plecaku ta delikatna, miniaturowa dziewczyna . I ostatecznie z równym poświęceniem dostarczyła do  Michałowic, pokonując dzielące nas ponad 500 km. Bywała tu kilkakrotnie, a to z drzewkami wyhodowanymi z nasionka- najpierw  kasztankiem i lipką a potem klonikiem, które teraz cieszą oko w naszym ogródku i wszyscy liczni domownicy wiedzą, że w Gorzowie się urodziły, tak jak ich babcia. I literaturę przywoziła, programy z gorzowskich wystaw , foldery, wycinki prasowe czy wreszcie wydawnictwa związane z historią miasta, wydarzeniami kulturalnymi czy pięknymi zdjęciami.

W ten sposób  powstało gorzowskie minimuzeum , taka mazowiecka michałowicka filia. Tworzą je drzewka w przydomowym ogródku, wydawnictwa na półkach i kamienne zbiory które przycupnęły na podściennym skraju krętych na schodów wiodących na poddasze naszego domku , a także na podłodze tegoż poddasza. Kiedy kiedyś się nimi nadmiernie zainteresował mały wtedy najmłodszy wnuczek, Patek, jego starszy o 4 lata brat- Witon poważnie go wyhamował, mówiąc, że nie wolno dotykać, bo to gorzowskie muzeum babci….

      I codziennie oglądam to wszystko , drzewka zajęte jesiennym zrzucaniem liści i szykowaniem do zimowego snu na razie milczą. Wiem, że przemówią z wybuchem wiosny. Wydawnictwa grzecznie czekają na ogląd, nie narzucają się, ale są pewne, że niebawem sięgnę po nie i poszybuję razem z nimi.

A kamienie zaglądają mi w oczy i pytają, czy pamiętasz?….

 

SAM_1928.JPG

 

SAM_1930.JPG

 

SAM_1934.JPG

 

SAM_1936.JPG

 

P1202192.JPG

 Wszystkie zdjęcia wykonał Wiktor( lat 7). gonia opisała kamienie. Te z  K- z rozbieranej nawierzchni ul. Kosynierów Gdyńskich, sprzed mojego pierwszego gorzowskiego domu….

 

Zwykły znaczek pocztowy.

SAM_1882.JPG

 

 

Przed laty  dostałam  list z  Gorzowa.

Gdy wzięłam do ręki  kopertę odruchowo spojrzałam na znaczek. I zaskoczenie radosne, niedowierzające i oglądanie przez lupę . I przyszła radość, jak ze spotkania ze starym bardzo lubianym znajomym, ba, nawet większa. Jak ze spotkania ukochanej Bardzo ważnej osoby, bo na znaczku ulokowało się mikrozdjęcie mojej gorzowskiej Katedry.

I gdy tak stałam rozmarzona,  znaczek przemówił.   Poczułam bijące od niego ciepło, wędrujące do dłoni, potem do serca i ostatecznie logujące się w głowie. Tak, ciepło bijące od znaczka zalogowało się w mojej głowie i wylogować nie chciało. Zresztą  nie chciałam by tak się stało. Tak było mi dobrze. I jest dobrze.

I patrzyłam na list ze znaczkiem który mi opowiadał o Gorzowie. Gdy się zmęczył, odkleiłam go starannie , nad parą, jak uczył Tato.

Od tej chwili znaczek zamieszkał w moim portfelu. I jest tam stale. Widzę go od razu  gdy szukam pieniędzy, biletów WKD czy innych dokumentów i wzrok zawieszam.

     Bo ten znaczek stał się i nadal jest  kluczem do Zielonej Krainy mojego Dzieciństwa .

Kluczem do Powrotu . Tam gdzie były wszystkie  Pierwsze Zachwyty …

Bo tam, w  Gorzowie wszystko było dla mnie pierwsze i zostało najpiękniejsze.

 

Miasto zatopione we wzgórzach .

Pachnące kolorowe ogrody.

Szeroka rzeka o imieniu Warta.  

Most, betonowe balustrady z falbankami.

Każda falbanka to balkonik.

Balkonik z nisko posadowioną we wnętrzu nieco wklęsłą  ławką.

I zimno betonu pod pupą.  

Rozproszone mgliste światło fantazyjnej lampy

Romantyczność

A rzeka daleko w dole

Obojętna

zajęta swoim połyskiem, pluskiem i dźwiganiem fal w siną dal….   

      

     Piękne kamienice, przepastne bramy i niezwykłe do nich wjazdy, chodniki z wielkich gładkich płyt granitowych.

     Podwórkowe przesiadywanie z Bajką na jedynym bzie nad wielkim śmietnikiem  przy ul. Kos. Gdyńskich i obserwowanie szczura.

     Wyprawy do pobliskiego parczku, przy ul .Estowskiego, gdzie krzaki wabiły a nich ukryte  zwalone chropawe płyty nagrobne z literami w rowkowatych zawijasach zapraszały  do  zabawy w dom. Radosne spokojne zabawy w dom , bez wyobraźni, że to świat umarłych .

    Dworzec i szyny  kolejowe prowadzące do  wielkiego nieznanego świata….

    Codzienne, samotne, bardzo mroczne dreptania o świcie, gdy przychodziła pora na roraty. Ciemne ruiny spalonych już po wojnie domów wzdłuż ul. Wasilewskiej, obecnie zwanej Sikorskiego. Zawsze tam były. Od naszego urodzenia. Taki normalny nasz, powojenny pejzaż.

Jednak na końcu ulga , że już Katedra . Na pozór wyniosła , mało przyjazna , z wieżą niby wielki stary jednooki groźny woj, ale wiadomo, że w niej ciepło świec, zapach kadzideł i mruczenie wiernych ….

    I  sąsiadujący z kamienicą przy ul. Kosynierów Gdyńskich, park Wiosny Ludów  z wierzbopłaczącą wyspą na stawie . I  platany  w nim w tańcu zastygłe i czerwono kwitnące kasztanowce …

    I jeszcze gorzowskie pierwsze moje kwiaty. Magnolie niby wielkie białe zda się papierowe ptaki nagle siadające na nagich zimowych jeszcze gałęziach dużych drzewokrzewów.

I wyprawy z Panią Zielińską na wzgórzowy rozległy stary cmentarz Ewangelicki na forsycje. Najpiękniejsze , gdy w lutym zebrane jako nagie patyczki, potem jeszcze długo śpiące  w wazonie i nagle rozkwitające wesołą radosną żółcią oświetlającą ponure mieszkanie.

     I patrzę na ten gorzowski znaczek pocztowy zamknięty w portfelu. Niby zwykły. I nie wierzę, że tyle w nim się mieści wspomnień, obrazów, zapachów i tyle czułości.

Tyle kadrów jak ze starej celuloidowej taśmy wolno przesuwanej z szumem projektora ukrytego za okienkiem, kadrów wydobywanych ze smugi światła z wirującymi w nim drobinami kurzu w skrzypieniu foteli ulubionych gorzowskich kin – Słońcu czy Kolejarzu….

Obrazy mojego dzieciństwa i Gorzowa są na tym filmie, kadry wychodzące z mgły i przechodzące w dal …..i nic to, że takiego mostu już nie ma, kina odeszły w niepamięć mieszkańców, płyty nagrobne zabrano i ulice nie takie , ale jeszcze żyje pamięć …dopóki żyję i mam klucz do tej Krainy Dzieciństwa. Klucz- zwykły znaczek pocztowy w portfelu…..

 

List do Nieznajomej

WzgĂłrzaZoknaWieĹźy.jpgWidok z okna Hotelu Mieszko, gdzie się zatrzymałam odwiedzając Gorzów po 40 latach…było to 7 lat temu…teraz mam zdjęcia i podróże wirtualne tylko…

 

 

Grzebiąc w komentarzach blogowych, które trzeba wyłuskać bo się same nie pokazuję, nagle stanęłam przed wielką niespodzianką. Otóż wśród takich raczej związanych z reklamowaniem się ich autora miałam w dłoni prawdziwą perełkę. Może to fajnie, że w ogóle komentarzy u mnie niedostatek, bo mogę się delektować takimi, które są niezwykłe. Z powodu treści, ale też z powodu, że ktoś nieznany mi, przeczytał i znalazł tam „kawałek „siebie. To wielka przyjemność mieć gdzieś bratnią duszę.

Tym razem pod moim wpisem „ Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie” napisała do mnie tajemnicza Elżbieta. Odpisałam, podałam adres mailowy. Na razie czekam. Natomiast nie mogę się oprzeć wewnętrznemu imperatywowi by komentarz ten zamieścić w całości. Oto on, soczysty obrazowy i zadziwiające, że w tak niewielu słowach zawiera tyle emocji, też mi bliskich….

„.Gorzów. Trzyletni, niechciany epizod, który stał się przygodą życia, do którego z nostalgią od lat powracam .

Wczesne lata 50-te,Ojciec i nakaz pracy. Miałam niepełna 13 lat. Szkoła przy Estkowskiego, liceum na Zawarciu. Ukochane „górki” na które biegaliśmy, wprost z mieszkania na 3 piętrze (przy Drzymały), długim pomostem. Piękna, kameralna pływalnia i miasto dziwne, bo bez pamięci i ludzie odcięci od korzeni. Taki to był czas..

Wróciłam po latach. Pamiętałam miasto okaleczone przez wojnę , ale ze śladami dawnej zamożności i” urody”. Zobaczyłam chaotyczne „blokowisko” w centrum , coraz bardziej niszczejące secesyjne kamienice, zerwany pomost i zdewastowane „górki”. Patrzyłam na to ze ściśniętym sercem…

…i mimo wszystko wciąż tam powracam. Kilkakrotnie. Wirtualnie niemal codziennie. Ostatnio „spotkałam” Panią. Koleżankę ze szkół i ze studiów. Serdecznie Panią pozdrawiam z Poznania. Życzę wiele radości. Dużych i drobnych. Takich zwykłych, codziennych.

Elżbieta

Ps. Pogodę sprawdzam …w Gorzowie. Pada deszcz ? Za godzinę, dwie będzie padać w Poznaniu! „

      Pięknie to ujęłaś  Elżbieto, ja też często wracam do Gorzowa, oczywiście wirtualnie . Staram się widzieć tam tylko to co piękne. Inaczej się nie da. Postrzegam Gorzów przez swoiste różowe okulary zamazujące to, co nieurodziwe, zaniedbane. I widzę mój Gorzów i moją szaroburą tam młodość, ale pełną uroku i niewinności….

Nieznajoma Elu pozdrawiaj swój Poznań, gdzie moje trzy lata urodziwe były, choć trudne, medyczne. Popatrz, nomen omen- moje poznańskie tak jak Twoje gorzowskie trzyletnie…..

Pozdrawiam Ciebie daleką i nieznaną…

 

nadchodzi noc nad G.1.jpg

I nadszedł wieczór…zdjęcie z tego samego okna…

Pierwsze spotkanie z plastikiem.

P6050065.JPG

Taka wtedy byłam, chyba pulpetowata a przedtem znany w przedszkolu niejadek…

 

 

Było to we wczesnych latach 50 ubiegłego wieku. W gorzowskiej podstawówce przy ul. Estkowskiego ( teraz mieści się tam AWF) prężnie działo harcerstwo oraz organizacja tzw. zuchów.  Oczywiście jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to tzw. czerwone harcerstwo, dopiero po latach Mama mnie uświadomiła. Wówczas to nie było ważne, nijakich haseł politycznych nie słyszałam, a chciałam tylko być w grupie, którą uwielbiałam. Tak więc w I klasie zapisałam się do zuchów. Należało skompletować odpowiedni ubiór. Więc poszłyśmy z mamą do sklepu, gdzie z wielką dumą i zachwytem mierzyłam szary zgrzebny fartuch zapinany na wiele metalowych wypukłych guzików z lilijką  oraz szeroki sztywny skórzany pas. Byłam oczarowana zapinką tego paska, gdyż cudownie wchodziły do siebie dwa krańcowe elementy, bez konieczności dziurkowanego dopasowywania. Wszystko leżało wg mnie znakomicie. Clou programu była trójkątna chusta, chyba dwukolorowa, której barwy nie pomnę i spinająca dwa końce pierścieniowata plastikowa nakładka z lilijką na froncie.     Właściwie to było najcudniejsze, ta tulejka. Miała cudny jasnozielony przezroczysty kolor. Czasami nakładałam ją na palec wyobrażając sobie, że jest najpiękniejszym bo plastikowym pierścieniem. W tamtych czasach plastik zachwycał. Do tej pory czuję na opuszkach palców ten ciepły aksamitny niezwykły wtedy dotyk. O, jak się zmieniły czasy, kiedy teraz plastik nas osacza, przygłusza i odstręcza. Nastąpił powrót do naturalnych tworzyw. I koło historii się zamyka.

Ale ja mam w sobie tamto wspomnienie. Niezatarte, stale świeże i bardzo miłe…..Czas wtedy się zatrzymał ….

Jeszcze raz o Parku Wiosny Ludów w Gorzowie.

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

Zdjęcie od goni z kasztanowcami czerwono kwitnącymi

 

parkGorzĂłwStare.jpg

 

 

ParkRóşStare.jpg

Stare gorzowskie pocztówki z portalu fotopolska.eu. W tamtych czasach Gorzów nazywał się Landsberg a.Warthe i tak nazwa tu figuruje

 

 

 

W centrum miasta  na powierzchni 4.7 ha, pomiędzy ulicami Kosynierów Gdyńskich ( gdzie był mój pierwszy dom), Sikorskiego( za moich czasów zwany ul. Wandy Wasilewskiej), Strzelecką, Wybickiego i Łokietka  w 1913 r. poprzedni mieszkańcy miasta- Niemcy założyli park. Teraz jest już nasz, pomimo tego, że pamiętamy. Ot takie koleje losu…

W uroczy sposób zagospodarowano  teren  wówczas podmokły wokół istniejącego stawu i przepływającej przez jego wody rzeczki Kłodawka. W okresie międzywojennym i krótko po wojnie mieściło się tu zoo.  Czytam w necie , że w okresie „1960-1964 park przeszedł gruntowną modernizację i renowację”. Niewiele pamiętam z tego okresu, bo już mieszkaliśmy u podnóża wzgórza, gdzie koszary usadowiono  przy ul. Nowotki ( obecnej Orląt Lwowskich) i biegałam  do zawarciańskiego LO . Do tego parku zaglądałam niezbyt często. Pomnę jedynie usypany  wtedy płaski szeroki wał na obrzeżu( przedtem chyba była tam wilgotna trawiasta nieciekawa niecka) i jakieś instalacje huśtawkowe dla dzieci. I nowe nasadzenia kasztanów . Park Róż położony obok powoli się degradował. Obserwowałam ze smutkiem jak znikały białe pergole a z nimi feerie pnących róż, fontanna wyschła i jedynie nikłe krzaczki różane oraz to co miałam zapamiętane pod powiekami przypominało dawną świetność.

   Gdy odwiedziłam moje miasto rodzinne po 40 latach nieobecności od razu pobiegłam do tego parku. I znalazłam swoje dziecięce ślady, chociaż już wierzb płaczących na wyspie nie ma. Trudno się dziwić, bo na zdjęciu które zamieściłam w poprzednim wpisie, zdjęciu z lat ubiegłego wieku widoczny tam pień wierzby jest wyraźnie spróchniały. Trochę żal, że nie posadzono nowego takiego samego drzewa, ale cóż, panta rei , rośnie inne drzewo okazałe i smukłe . Ale na otarcie moich łez  znalazłam te same, teraz już wiekowe przepiękne platany . Tak jak kiedyś zgodnie z pięknym projektem okalają położoną wzdłuż rzeczki Kłodawki aleję spacerową. Teraz we wspomnieniach wracam do tych platanów.  Nie wiem czy wtedy, jako dziecko tak je postrzegałam . Ale gdy dziś oglądam zdjęcia sprzed 6 lat, nieodmiennie przychodzi do mnie to samo skojarzenie jak wtedy gdy je zobaczyłam po latach. To wielkie  damy w srebrnych obcisłych sukniach z wąskimi rękawami, które zastygły w tajemnym tańcu czekając na muzykę. Cudne są. I trzeba stanąć i czekać. Może zatańczą. I stałam długo i czekałam…. I choćby tylko dla nich warto odwiedzić Gorzów. Dorodnie rosną też kasztanowce. Zawsze tam były. Otaczały staw.  Obsypane oryginalnym bo nie zwyczajowo białym ale różowym kwieciem widać na zdjęciu, które dostałam od goni. Te kasztany pamiętałam od zawsze. Ilekroć gdzieś byłam wiosną, rozglądałam się czy ujrzę podobne. I rzadko to się zdarzało. Gdy opuszczałam Gorzów, nasadzono nowe też tego gatunku i teraz pięknie wyrosły. Są wielkie i dojrzałe…prawie tak jak my….

      I jeszcze jeden spacer, w stronę ulicy Sikorskiego, gdzie przy wejściowej bramie niegdyś posadowiono na palach wbitych w dno Kłodawki restaurację o romantycznej nazwie Wenecja. Już kiedyś opisałam nasze pierwsze klasowe tam wyjście gdy nasza nowa wychowawczyni pani Halina Majchrzycka, kobieta wielkiej elegancji zauważyła, że jesteśmy zielone ofermy i uznała, że należy wprowadzić nas w wielki świat. Mój Boże, przecież mieliśmy już może po 15 lat bo byliśmy w Liceum. I ona zarządziła to wyjście i przybyliśmy w mundurkach i droga od drzwi restauracji do przeciwległego końca Sali wydawała się w długa jak wieczność i usiedliśmy przy stolikach i już nie wiem co, chyba herbatę piliśmy. Niezręczni, zieloni. Czy śmiać się czy płakać nad nami. Nie wiem. Patrząc na dzisiejszą młodzież. A może to właśnie było fajne, że smakowaliśmy życie powoli mając czas na rozkoszowanie się i zapamiętanie takich wydarzeń , pierwszych nowych niezwykłych.  Wenecji już dawno nie ma. Pewnie zgniły pale a odbudować nie miał kto. Ale naprzeciwko wybudowano okazałą bibliotekę o ładnej , nie zaburzającej oglądu parku bryle. A przy niej pomniczek poetki cygańskiej – Papuszy, która spędziła wiele lat w Gorzowie. To wszystko jest dla mnie nowe, ale od razu stało się  bliskie sercu.

    Pomimo tego, że Gorzów niewiele przypomina miasto z czasów mojego dzieciństwa , rozrósł się na okoliczne wzgórza, park nadal pozostaje związany ze ścisłym  centrum. Stąd niedaleko do XIV wiecznej Katedry i moich ulic magicznych kiedyś….i dlatego przedtem napisałam o smutnej michałowickiej ulicy Parkowej i o wrażeniach z gorzowskiego dzieciństwa i bajkę o wyspie na stawie. Tak sobie napisałam, właściwie dla siebie, by utrwalić to co piękne i zamknąć w słowach to co moje…

 

 

Twoja wyspa.jpg

Zdjęcie od goni. Aktualnie tak wygląda wyspa , w tle czerwono kwitną kasztanowce

 

P6160912.JPG

Gmach biblioteki( dla mnie nowy). Zdj własne z 2008 r.

 

Papusza,jeden ze zwykłych pomników (dla ludzi).jpg

Cygańska poetka Papusza przysiadła nieopodal biblioteki( zdj własne z 2008 r.)

 

PlatanyG1.JPG

 

 

PlatanyG..JPG

 

 

P6160933.JPG

Platany w tańcu. Zdj własne z 2008 r.

Mój Gorzów, wierzby płaczące które nie płakały i Park Wiosny Ludów zwany teraz parkiem róż

 

Twoje czerwone kasztanowce(2).jpg

 

Wiosenne zdjęcie od goni. Park Wiosny Ludów w Gorzowie ze stawem i domem gdzie mieszka Bajka….to tam była wąska brama i metalowe schodki prowadzące nieomal do wierzb płaczących na wyspie…

 

 

Był Gorzów, lata 50 ubiegłego wieku. Były wierzby. Po raz pierwszy przez nas oglądane, zapamiętane jak pierwsze zakochanie. Nazwano je płaczącymi, nie wiem dlaczego. Bo te , które zapamiętałam rosły na wyspie w Parku Wiosny Ludów. Nigdy nie widziałyśmy ich łez. Były tak piękne, że przychodzą do mnie w snach….

     Wymykałyśmy się potajemnie, opuszczając nasze podwórko przy ul. Kos. Gdyńskich 106 zamknięte dwoma rzędami monumentalnych kamienic.

Z tego podwórka do parku Wiosny Ludów wiodła wąska mroczna brama , wydrążona w przyparkowej linii kamienic. Trochę bałyśmy się tej bramy, bo była ciemna, ale ciekawość tego, co zobaczymy w  parku była większa niż lęk.

W biegu przemierzałyśmy więc wąski kanał bramy i hamowałyśmy na szczycie pięknych metalowych schodów, by połykać widok wyspy. Była okrągła i wyglądała jak zielona bajkowa kopuła.

Na górnej platformie schodów był pierwszy postój. Stamtąd widok był najpiękniejszy .Po nasyceniu wzroku, spływałyśmy w dół , bezpośrednio nad staw.

    Ten staw i okalający go park był wielkim okiem Gorzowa.

To oko było jedyne takie na świecie, żadne miasto nie patrzyło na świat Pana Boga w taki zielonobłękitny sposób.

Wszyscy święci mieszkający w niebie , przeglądali się w tym lustrze wodnym .

    Woda była jak migotliwa, jak zmieniająca barwy tęczówka, a wyspa stanowiła źrenicę.

Wyspa , wierzbową kopułą nakryta, wczesną wiosną pokrywała się pachnącą świeżą sukienką. Pewnie ofiarowaną przez niebnych darczyńców.

Potem zieleń stopniowo dojrzewała, nabierała soczystości i zmieniała się w jednolity szumny gąszcz.

Nie zastanawiałyśmy się co ukrywa, może Bajka czasami opowiadała o Wodnych Pannach, które widywała ze swojego balkonu usytuowanego bezpośrednio nad parkiem.

Któregoś dnia ktoś postawił na brzegu wyspy niewielki drewniany domek, w którym zamieszkały łabędzie. Łabędzie widziałyśmy obie z Bajką, były rzeczywiste. Przyjaźniły się z Pannami Wodnymi , bo któż by prał śnieżno białe suknie łabędzi, jak nie te pracowite panny.

   Któregoś dnia ktoś nam powiedział, że na wyspie rosną wierzby płaczące i to właśnie ich gałęzie  tworzą  zadziwiającą nas kopułę.

Od razu się zainteresowałyśmy.

Dlaczego tak je nazwano, dlaczego  płaczące.

Przecież zawsze były radosne, witały nas szumem wiotkich bardzo długich gałązek.

Słońce często je odwiedzało, siadało okrakiem na wierzchołkach i ześlizgiwało się w dół jak po zboczu wielkiej stogi siana, z której zjeżdżałam na wsi w górach. Czasami bawiło się z gałązkami w chowanego, bo znikało i pokazywało się w innym miejscu wierzby.

Wiatr też przylatywał, zwabiony perspektywą wspólnej zabawy.

Siadałyśmy na trawiastym brzegu stawu i patrzyłyśmy jak wiatr szarpie gałązki wierzbowe, pieszczotliwie zaplata i rozplata warkocze. Jak czasami myje im włosy, pochylając konary i zanurzając włosy wierzby w tafli wodnej.

     Gdy opadały liście, czar naszej wyspy wyprowadzał się do ciepłych krain. A wtedy dla nas były  najważniejsze zabawy na lodzie i śniegu…

 

Zamurowano naszą bramę wiodącą do parkowego raju, zniknęły schodki , a tamte wierzby płaczące   przychodzą do mnie w snach.

 

 

WierzbyJa12LatMama.jpg

Zdjęcie wykonał mój Tato. Jest rok 1957. Jestem z Mamą w naszym parku…

 

 

WierzbyDorosłaJaMama.jpg

Też z Mamą, tylko 10 lat później…jeszcze żyje wierzba płacząca na wyspie…

 

 

WierzbyMarysiaJa10lat.jpg

Zabawy z nieżyjącą już Marysią Zielińską na zamarzniętym stawie, obok wyspy.

 

 

WierzbyMarysiaJaśnieżki.jpg

Na zamarzniętym stawie z Marysią, po lewej dom Bajki…

Te wszystkie stare zdjęcia wykonał mój Tato- Wacław Łukaszewicz.