Teksty brata- Zenona Łukaszewicza. Powrót ojca z obozu koncentracyjnego.

Lot nad własnym ziemskim losem ( 11 )

Powrót ojca.

 

Wreszcie zjawił się ojciec.

Po dość długim oczekiwaniu.

Nasze spotkanie było dość chłodne, jak dwóch obcych ludzi.

Ojciec, licząc iż pójdę w jego ślady zawodowe, przywiózł jakąś aparaturę techniczną, trochę papierosów na sprzedaż i grubą czekoladę. Tymczasem okazało się, że moje zainteresowania są humanistyczne i literackie.

     Odwiedzaliśmy naszych krewnych, po kolei składając wizyty spokrewnionym rodzinom, będąc przyjmowani bardzo gościnnie i serdecznie. Matkę witano ze szczególnym respektem, bowiem to przecież ona, jako jedyna z tej licznej i ubogiej rodziny ukończyła studia nauczycielskie, często o głodzie i szykanach ze strony prowadzących internat zakonnic. Wujek Szczepan wybudował nowy dom, inni urządzili się też porządnie, wykazując pracowitość i staranność dla stworzenia warunków życia znośnych i wygodnych. Tak było w Godziszce, tak było w Kalnej. No i w samych Łodygowicach.

    

Na medycznej ścieżce. Wielbiciel.

Przez krótki czas miałam  stałego wielbiciela, uroczego starszego pana.

Gdy wchodziłam do przychodni, mogłam być właściwie pewna, że go zobaczę.

Nieomal  codziennie przesiadywał pod moim gabinetem .

Zawsze znajdował jakiś niepokojący objaw w swoim stanie zdrowia wymagający mojej konsultacji.

 Ale gdy wchodził do gabinetu, był radosny, żywiołowy .

Z uśmiechem takim, jakby mnie witał po długim okresie niewidzenia się, wpadał i natychmiast wyciągał rękę do przywitania z szarmanckim ukłonem. Nie mając wyboru, wyciągałam ponad biurkiem swoją. W tamtych czasach nie było zwyczajem podawanie sobie rąk . Być może wynikało to z zasad higieny, albo tylko z pośpiechu, a może z wpojonej zasady trzymania odpowiedniego dystansu pomiędzy lekarzem a pacjentem. Nie wiem. Teraz to się zmieniło i nawet w kościele , w którejś  części mszy, ludzie sobie podają dłonie, co budzi moje chyba zrozumiałe uczucie niechęci.

Gdy więc podawałam temu panu swoją dłoń, ten  łapczywie ją ujmował, ściskał i pokrywał pocałunkami, obśliniając przy tym obficie.

Byłam bezradna, nie wiedziałam jak reagować, nie chciałam go urazić, więc ten proceder trwał.

Uratował mnie jego syn, który w końcu zabrał go do siebie.

Pewnie ten starszy pan uskarżał się na tyle chorób, że biedny skołowany potomek postanowił przejąć opiekę nad ojcem.

A tak naprawdę był on w znakomitej formie i właściwie nie udało mi się znaleźć u niego  jakiejś „porządnej „ poważnej choroby. I na szczęście zresztą.

Gdy przestał przychodzić, muszę się przyznać, że nawet mi go brakowało. Jego entuzjazmu i zaraźliwej młodzieńczej radości.

 

Jednak od tej pory mam awersję do starszych panów, którzy adorują młodziutkie kobiety. Moich znajomych płci męskiej, którzy osiągają wiek prawdziwie męski (*-*) nieustannie przestrzegam przed takimi wyrazami szacunku. Zapamiętałam swoje tamtejsze uczucie z mojej młodości.

W tamtych czasach, gdy byłam śliczna i młoda,  ten starszy pan wydawał mi się po prostu żałośnie śmieszny i właściwie budził niechęć i litość …

 

 

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 20 )

Potem wyszliśmy przed domek, gdzie mieszkała moja Stefa.

Ująłem Ją pod rękę i podążyliśmy  do moich rodziców.

Nasz dom tonął w kolorach ogródka i zapachach kwitnącego sadu.

Wiosenne drzewa wyglądały jak panny młode.

Zatrzymaliśmy się na progu domu , wdychając oszałamiający zapach kwitnących śliw.

Ale już ktoś nas zobaczył i po chwili wołano do nas , że obiad na stole.

Tam już  wszyscy  czekali . Rodzinka była liczna i kołem zasiadała wokół ogromnego stołu.

Weszliśmy w te gościnne progi.

Smakowite zapachy obiadowe aż kręciły w nosach.

Powitano nas serdecznie.

Mama przytuliła Stefę ciepło, a Ojciec objął ją szerokim ramieniem i widziałem że ma łzy w oczach.

Widać było, że bardzo lubi tę zagubioną w dalekim świecie dziewczynę, chce ją chronić i pokazać, że już należy do jego rodziny.

W czasie obiadu atmosfera była miła, rozmowy o wszystkim i o niczym.

Wieczorem poszliśmy do kościoła a potem na długi spacer brzegiem lasu sąsiadującego z granicą.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 10)

Gdy dotarliśmy do rodzinnego domu Jakubców w Godziszce ujrzałem duże zabudowania gospodarcze i rozłożystą ciemną chałupę posadowioną przy drodze. Wybiegło sporo dzieciaków, potem pojawili się rodzice Stefy. Patrzyli na mnie spod marsowych brwi, nieprzyjaźnie i badawczo.

Wyskoczyłem z bryczki, podałem rękę Stefie.

Wysiadła , czułem jak drży jej  dłoń . Pewnie i jej serce biło jak szalone z wielkiego lęku .

Podeszliśmy do jej rodziców, przedstawiłem się.

W końcu miałem jakąś kindersztubę i naturę łagodną przyjazną.

    Po pewnym czasie poczułem, że pękają pierwsze lody, bo ujrzałem na twarzach rodziców  mojej dziewczyny coś co mogło wyglądać jak uśmiech.

Jakże byłem naiwny, tak oceniając  to powitanie.

    Odetchnąłem z ulgą. Stefa też się rozluźniła.

Gdy weszliśmy do mrocznej izby, pochylały się nad nami obrazy rozwieszone skosem pod samym sufitem. Takie rzędy świętych obrazów widziałem po raz pierwszy.

W mojej stronie nie było takiego zwyczaju ozdabiania mieszkania.

Usiedliśmy przy stole. Najstarsza siostra Stefy podała jakąś strawę.  Już nawet  nie wiem, co jadłem, cały czas myślałem nad tym, co będzie dalej.

Miałem przygotowany scenariusz.

     I teraz nadeszła właściwa pora.

Po skończonym posiłku, wstałem i oficjalnie podziękowałem .

Potem podszedłem do rodziców Stefy i przyklękając na jedno kolano poprosiłem ich o rękę córki z trudem hamując wielką tremę.

    Przecież wszystko było logicznie uzasadnione. Dziewczyna miała już 25 lat, była wykształcona i samodzielna. Ja też już miałem zawód i dobrą pracę. Moja rodzina była przyzwoita, akceptowała wybrankę , ba, nawet bardzo ją lubiła.

     Więc  o naiwny, uważałem, że rodzice Stefy powinni się zgodzić na nasze małżeństwo.

 

 

Stefa, moja narzeczona,  rok 1932