Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 10)

Gdy dotarliśmy do rodzinnego domu Jakubców w Godziszce ujrzałem duże zabudowania gospodarcze i rozłożystą ciemną chałupę posadowioną przy drodze. Wybiegło sporo dzieciaków, potem pojawili się rodzice Stefy. Patrzyli na mnie spod marsowych brwi, nieprzyjaźnie i badawczo.

Wyskoczyłem z bryczki, podałem rękę Stefie.

Wysiadła , czułem jak drży jej  dłoń . Pewnie i jej serce biło jak szalone z wielkiego lęku .

Podeszliśmy do jej rodziców, przedstawiłem się.

W końcu miałem jakąś kindersztubę i naturę łagodną przyjazną.

    Po pewnym czasie poczułem, że pękają pierwsze lody, bo ujrzałem na twarzach rodziców  mojej dziewczyny coś co mogło wyglądać jak uśmiech.

Jakże byłem naiwny, tak oceniając  to powitanie.

    Odetchnąłem z ulgą. Stefa też się rozluźniła.

Gdy weszliśmy do mrocznej izby, pochylały się nad nami obrazy rozwieszone skosem pod samym sufitem. Takie rzędy świętych obrazów widziałem po raz pierwszy.

W mojej stronie nie było takiego zwyczaju ozdabiania mieszkania.

Usiedliśmy przy stole. Najstarsza siostra Stefy podała jakąś strawę.  Już nawet  nie wiem, co jadłem, cały czas myślałem nad tym, co będzie dalej.

Miałem przygotowany scenariusz.

     I teraz nadeszła właściwa pora.

Po skończonym posiłku, wstałem i oficjalnie podziękowałem .

Potem podszedłem do rodziców Stefy i przyklękając na jedno kolano poprosiłem ich o rękę córki z trudem hamując wielką tremę.

    Przecież wszystko było logicznie uzasadnione. Dziewczyna miała już 25 lat, była wykształcona i samodzielna. Ja też już miałem zawód i dobrą pracę. Moja rodzina była przyzwoita, akceptowała wybrankę , ba, nawet bardzo ją lubiła.

     Więc  o naiwny, uważałem, że rodzice Stefy powinni się zgodzić na nasze małżeństwo.

 

 

Stefa, moja narzeczona,  rok 1932

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *