Pożegnalny obiad.

Pożegnalny obiad.

Ale w końcu odrywam się od wrzucania tych różnych faktów historycznych związanych z Uniejowem ,  uniejowskim zamkiem i moich wędrówek w przeszłość.

Już czas na przyziemne, prozaiczne czynności. Burczy w żołądku z głodu a i usta spragnione, bo słońce praży.

Siadam więc na zamkowym restauracyjnym tarasie, w słońcu, ale pod wielkim parasolem przeciwsłonecznym i powoli staje się rozkosznie.

Zamawiam wodę mineralna z obowiązkową cytryną i leniwie studiuję kartę dań. Wynajduję to, co będzie mi odpowiadało. Jest to półmisek z grillowanymi rybami. Dobry to był wybór, gdyż wkrótce wjeżdża to danie, smakowicie wyglądające , z obłokiem delikatnego zapachu rybki i morskiej bryzy zmieszanej z zapachem zielonej Warty.

Na wielkim półmisku rozłożono kilkanaście porcyjek różnych ryb i to danie obiadowe jest zbyt obfite jak dla jednej osoby, więc zapraszam kogoś  bliskiego i pałaszujemy, aż nam się uszy trzęsą.

Po chwili odrywamy głowy znad talerzy bo tak cudnie śpiewają ptaki, w dali pokrzykują pawie, szumią korony wielkich wiekowych drzew.

Po prostu żyć, nie umierać się chce, w takich ulotnych, złapanych na chwilkę tylko momentach….

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 20 )

Potem wyszliśmy przed domek, gdzie mieszkała moja Stefa.

Ująłem Ją pod rękę i podążyliśmy  do moich rodziców.

Nasz dom tonął w kolorach ogródka i zapachach kwitnącego sadu.

Wiosenne drzewa wyglądały jak panny młode.

Zatrzymaliśmy się na progu domu , wdychając oszałamiający zapach kwitnących śliw.

Ale już ktoś nas zobaczył i po chwili wołano do nas , że obiad na stole.

Tam już  wszyscy  czekali . Rodzinka była liczna i kołem zasiadała wokół ogromnego stołu.

Weszliśmy w te gościnne progi.

Smakowite zapachy obiadowe aż kręciły w nosach.

Powitano nas serdecznie.

Mama przytuliła Stefę ciepło, a Ojciec objął ją szerokim ramieniem i widziałem że ma łzy w oczach.

Widać było, że bardzo lubi tę zagubioną w dalekim świecie dziewczynę, chce ją chronić i pokazać, że już należy do jego rodziny.

W czasie obiadu atmosfera była miła, rozmowy o wszystkim i o niczym.

Wieczorem poszliśmy do kościoła a potem na długi spacer brzegiem lasu sąsiadującego z granicą.

Losy moich Rodziców. Opowieść Taty ( 10)

Gdy dotarliśmy do rodzinnego domu Jakubców w Godziszce ujrzałem duże zabudowania gospodarcze i rozłożystą ciemną chałupę posadowioną przy drodze. Wybiegło sporo dzieciaków, potem pojawili się rodzice Stefy. Patrzyli na mnie spod marsowych brwi, nieprzyjaźnie i badawczo.

Wyskoczyłem z bryczki, podałem rękę Stefie.

Wysiadła , czułem jak drży jej  dłoń . Pewnie i jej serce biło jak szalone z wielkiego lęku .

Podeszliśmy do jej rodziców, przedstawiłem się.

W końcu miałem jakąś kindersztubę i naturę łagodną przyjazną.

    Po pewnym czasie poczułem, że pękają pierwsze lody, bo ujrzałem na twarzach rodziców  mojej dziewczyny coś co mogło wyglądać jak uśmiech.

Jakże byłem naiwny, tak oceniając  to powitanie.

    Odetchnąłem z ulgą. Stefa też się rozluźniła.

Gdy weszliśmy do mrocznej izby, pochylały się nad nami obrazy rozwieszone skosem pod samym sufitem. Takie rzędy świętych obrazów widziałem po raz pierwszy.

W mojej stronie nie było takiego zwyczaju ozdabiania mieszkania.

Usiedliśmy przy stole. Najstarsza siostra Stefy podała jakąś strawę.  Już nawet  nie wiem, co jadłem, cały czas myślałem nad tym, co będzie dalej.

Miałem przygotowany scenariusz.

     I teraz nadeszła właściwa pora.

Po skończonym posiłku, wstałem i oficjalnie podziękowałem .

Potem podszedłem do rodziców Stefy i przyklękając na jedno kolano poprosiłem ich o rękę córki z trudem hamując wielką tremę.

    Przecież wszystko było logicznie uzasadnione. Dziewczyna miała już 25 lat, była wykształcona i samodzielna. Ja też już miałem zawód i dobrą pracę. Moja rodzina była przyzwoita, akceptowała wybrankę , ba, nawet bardzo ją lubiła.

     Więc  o naiwny, uważałem, że rodzice Stefy powinni się zgodzić na nasze małżeństwo.

 

 

Stefa, moja narzeczona,  rok 1932

 

Śladami mojego Taty . Odwiedziny u Lisiaków

Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do  domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki  były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną  minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .

Śladami mojego Taty. Obiad.

 

Michalina usłyszała głos Bolka i dopiero wtedy oderwała się od swoich tajemnych zajęć na strychu. I już po chwili przytulała się czule do swojego męża.

Przetrwała legenda rodzinna o tym, jak wspaniałym małżeństwem byli ci moi przyszli pradziadowie – Michalina i Bolek.

Ale teraz jeszcze o tym nie wiedzieli, nawet nie zastanawiali się nad przyszłością. Zachwycali się sobą i przeżywali swoją wspólną, radosną młodość.

Michalina była zadowolona, że wcześniej przygotowała obiad.

Wykonywała to sprawnie, bo w domu mama ją zaganiała do prac domowych. Nie przepadała za takimi zajęciami, ale teraz dla swojego męża stawała na głowie, by wszystko było smaczne. Uwielbiała jak ją chwalił i rozkoszował się jedzeniem.

Gdy obiad był ugotowany, kolejno zdejmowała garnki z płyty kuchennej i wstawiała je do tzw. dochówki. Był to rodzaj piekarnika umieszczonego nad kuchnią, który  nagrzewał się silnie przy okazji palenia w piecu. Dania tam przechowywane zachowywały swój oryginalny smak i były długo gorące.  

Teraz Bolek otaczał ją ramieniem, opierała głowę na jego barku, czuła jego miłe ciepło i chętnie zmieniłaby kierunek trasy. Ale zamiast do sypialni, Bolek poprowadził ją do kuchni. Po wczesnym, lekkim śniadaniu burczało mu w brzuchu i był ciekaw, jakie potrawy przygotowała jego żona.

Teraz zniknęła za kłębami pary, która się wydobywała po otwarciu drzwiczek  dochówki.   

Od razu podskoczył do niej Bolek i wyręczał w dalszych czynnościach. Garnki ustawiał ponownie na płycie kuchennej, nabierał wielką chochlą czerwony barszcz. Przełykał energicznie ślinę, bo barszcz uwielbiał, a ten, który gotowała Michalina był niepowtarzalny. Jedną z tajemnic był zakwas, który przywiozła z domu rodzinnego. Sama go przygotowała pod kierunkiem matki, używając poza surowymi burakami, razowego chleba oraz dużej ilości czosnku. Po kilku dniach, zakwas był gotowy i w przezroczystych butelkach wyglądał jak wino o niepowtarzalnym kolorycie.

Po chwili na stole kuchennym, ustawionym przy oknie, przy którym tak bardzo lubili zasiadać młodzi, w niedużej wazie parował gorący barszcz.

W misce piętrzyły się gotowane, dymiące jeszcze ziemniaki, a na półmisku mielone kotlety, które dzięki temu, że była mroźna zima, doskonale się przechowywały a były przywiezione jeszcze z domu mamy Michaliny.  

Obydwoje bardzo lubili kwaśne mleko, więc Bolek pomaszerował do spiżarni, gdzie w glinianym naczyniu, przykrytym lnianą ściereczką dojrzewało znakomite, prawdziwe wiejskie mleko. Dobrze, że pamiętał, by jeszcze przed wyjazdem na ślub, przynieść je w dzbankach od sąsiadów, którzy hodowali krowy.  Teraz ostrożnie zdjął grubą warstwę śmietany a potem warstwa po warstwie, jakby krojąc nożem, zbierał łyżką cudnie pachnące najprawdziwsze kwaśne mleko.

W tym czasie do domu młodych dotarł już ksiądz Eustachy, ciesząc się, że mieszkali blisko plebanii. Zasiedli więc za stołem i z zapałem zajadali przygotowane dania.

Ksiądz z przyjemnością oglądał młodą urodziwą panią domu i kątem oka obserwował  rozanielony wzrok Bolka, który też śledził poruszającą się z gracją żonę.

To była jedna z pięknych chwil, które spędzali razem, w harmonii, zdrowiu i przyjaźni.

Nie zdawali sobie sprawy, że ta chwila jest ulotna.

Niedługo później ksiądz zachorował i rzadko opuszczał plebanię…