Gdy rozpoczęłam studia w Poznaniu, często wpadałam do domu Lisiaków. Pragnęłam rodzinnego ciepła, rodzice byli w Gorzowie, a wszystkie Lisiaki były serdeczne i bardzo bardzo ich lubiłam. Wprawdzie widziałam zafrasowaną choć radosną minę Jadzi, gdy stawałam w drzwiach ich mieszkania. Następnie biegła do kuchni i tam kończyła przygotowywanie obiadu, uwzględniając moją obecność. W efekcie po pewnym czasie wszyscy zasiadaliśmy wokół stołu kuchennego, Jadzia nie jadła zupy- pewnie mnie oddawała swoją porcję, dziobała coś na talerzu- udając , że konsumuje drugie danie. Jednym słowem- dopiero po latach oceniałam tę sytuację prawidłowo. Jadzia przy mnie nie dojadała. A cóż dopiero, gdy zjawialiśmy się w porze obiadowej w jej domu razem z jej bratem Czesiem, który studiował na wydziale melioracji .
