Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel…( 12 )

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel

zdj wcale nie pasuje do opisu jesieni w tekściku poniżej- ale ogródek Pana Profesora nad Bugiem i cienie ….te cienie mnie uwiodły….symbolicznie jakby….

Poświątecznie wracam do podjętego już tematu. Napisałam, że o Profciu będzie- ale wdarł się inny wątek….

Siedzimy sobie w ciepełku kominkowym domku Pana Profesora , za oknem przelatują wichry i deszcz zagląda do okien , powoli staje się wczesna jesienna ciemność. Pan Profesor opowiada o swojej pasji filmowej. Lubimy te wspominki, dość często powtarzane, ale to nie przeszkadza. Moja Mama miała taki zwyczaj, który przejęłam chyba od Niej- opowiadania po kilka razy tego samego. Dzięki temu tak dużo zapamiętałam z Jej opowieści, bo byłam niedojrzała, niedorosła, więc słuchałam jednym uchem, choć zawsze z zainteresowaniem. Bo wszystkie opowieści od razu malowały mi głowie film, który tam zapisany i utrwalony wywołuje się w moich oczach gdy tylko usłyszę bądź pomyślę o czymkolwiek.  Wówczas, myk i wszystko widzę , jakby wydobyte z archiwum. Albo są to tylko obrazy albo całe filmy . Ale dość już na swój i Mojej Mamy temat. Nie, nie dość. Jeszcze jedno związane z filmami. Gdy moja Mama , która już od kilku lata leżała, straciła wzrok i prawie słuch, opowiadała, że widzi filmy wyświetlane na ścianie. Kolorowe, ciekawe i przyjemne. Jakieś zabawy wiejskie, przemarsze korowodów… jak dobrze, że nie wyświetlał Jej się film z własnego życia- bo było trudne i tragiczne . Słuchałam jak Mama opowiada o tych swoich doznaniach obrazowo- filmowych i teraz rozumiem. Pewnie miała to, co ja u siebie odkrywam. Mam nadzieję, że gdyby stało się tak, że znajdę się w Jej ostatniej sytuacji , Mama z zaświatów podeśle mi jakiś film , który sobie obejrzę na białej ścianie….Oj, lepiej żeby tak nie było, ale tak sobie piszę ….

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel ( 11 )

Mili moi! Tym razem tekst sam się napisał i niezależnie od mojej woli ( no niezupełnie) pojawiło się bardzo dużo dygresji- wybaczcie- ale grzecznie wróciłam do tematu- zapraszam więc….

Pan Profesor w swojej ukochanej piwnicznej kuchni……

Radość z opisanej wodno- pompowej instalacji nie trwała przesadnie długo, bowiem po ściśle zaplanowanym przez Profa czasie, który wiedział, bo sprawdził,  kiedy roślinki są już nasycone ożywczą zieloną bużańską wodą i napojone do cna, podlewanie zgodnie z planem zakończono.  

Ale  gdy następnego dnia przyszliśmy jak zwykle do Profa na kawę w Altance zwanej Azylem , Gospodarz wkrótce nadszedł  z wielce zafrasowaną i smutną miną, człapał wolnym jak zwykle krokiem – jak bocian , nasunęło się skojarzenie z Jego opowieścią- że w młodości nazywano Go bocianem- teraz, po tylu latach od tamtego czasu człapał powoli, ale nie unosił już tak wysoko kolan, choć wyraźnie przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą – tak sobie kroczył – ale  od razu pomyślałam- ot wygląda jak skrzyżowanie dawnego bociana z bardzo leciwym starszym, nobliwym Panem noszącym w sobie brzemię ciężkiego życia spędzanego przy operacyjnym stole i licznych pracach. Choć potrafił gwałtownie przyspieszać- jak wtedy gdy sąsiad spadł z drabiny i należało gnać z pomocą. Na hasło, że stała się jakaś tragedia ja pędziłam  ze swojej działki a z drugiej strony gnał w wielkim pędzie Profesor, bo nasz poszkodowany Marek zamieszkiwał i nadal zamieszkuje pośrodku nas . I nigdy nie zapomnę chwili, jakże odległej , ale stale wracającej do mnie bo miała wielki, przeogromny ładunek emocji- gdy Mama , do której przybyłam raniutko, po operacji wszczepiania endoprotezy stawu biodrowego którą odbyła się poprzedniego dnia, zastałam Ją w bardzo marnym stanie, była przytomna, ale jakby zwinięta w sobie i szara. Powiedziała, że wymiotowała przez całą noc. Dlaczegoż wtedy z Nią nie zostałam ? ale uspokajano mnie, że jest pod dobrą opieką a w domu czekały małe dzieci. Gdy stałam bezradnie nad Mamą, nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, aż powiało w pokoju wzbudzonym nagle sztucznym wiatrem, i wpadł Profesor. Od razu przypadł do Mamy- uniósł kołdrę, wziął w palce( piękne śniade –  tak teraz stale myślę o Jego dłoniach- wtedy nie zdążyłam pomyśleć  ) fałd skóry na brzuchu Mamy i wypadł z pokoju równie gwałtownie jak wpadł. Nie minęła dłuższa chwilka, gdy wparowała siostra z zestawem kroplówkowym i zabrała się za „podkłuwanie” żyły- bo tak lapidarnie nazywały wkłucie do żyły na mojej ukochanej  Siennej  tamtejsze pielęgniarki…no dość dygresji- o Mamie i Profesorze będzie potem….pora wracać do naszej, a właściwie Profa pompy…Tak więc Profesor niespodziewanie jak na swoje duże ciało, niespodziewanie zwinnie wcisnął się pomiędzy brzeg ławy a stolika – bo w Altance wszystko było mikro i przysiadł ciężko w altance na swoim tradycyjnym miejscu w głębi, w narożniku po lewej stronie od wejścia by mieć wgląd na swój ogród gości i w ogóle cały ten piękny dookolny świat. Pompa nie działa-  Oznajmił. Już dawno, bo zaraz po wejściu do altanki, jak zwykle włączyłam gotowanie kawy podziwiając instalację elektryczną niedawno zmontowaną- bo przedtem kawę zaparzało się w domku i przynosiło na tacy . Zwykle ja to robiłam, choć nie pomnę- chyba i Prof. też….wnosząc dystyngowanie, tak ostrożnie, precyzyjnie, że żadna kropla kawy nie opuściła filiżanki…

Potem pojawił się w Azylu prąd, gdyż Prof. przekopał ogródek wąskim głębokim rowem umieszczając w nim przewód elektryczny rozpoczynający się od też specjalnie zamontowanego gniazdka pod płytą tarasową, do którego włączało się wtyczkę. Należało wykonać nieomal scyzorykowy wygibasowy skłon i  wsuwać się pod taras tak, by sięgając kontaktu nie uszkodzić sobie głowy. Prof. początkowo sam włączał i wyłączał tam prąd, potem ja już się tym zajmowałam, uważając że jestem młodsza, więc bardziej zręczna, co było wysoce mylące, gdyż pomimo upływających lat zachowywał elastyczność i sprawność  młodziaka.

No cóż, tym razem, bo zwykle marudził, że po kawie od razu wracamy do siebie, tym razem  pozwolił nam wypić tę kawę duszkiem  – bo opisany już wcześniej ekspres- zdobyty na śmietniku, któremu Profcio dał duszę- tj. coś w nim pogrzebał i ekspres ożył- ekspres wydał swą kawę, więc jak już wspomniałam, pospiesznie ją  wypiliśmy w minorowych zrezygnowanych nastrojach. Świat stał się ponury, bo ta wielka praca instalacji pompy  spełzła na niczym a emocje wczorajsze wyparowały. Jednak Profcio, jak to On, stale aktywny, optymistyczny i napalony na temat, więc konsekwentny zerwał się znad stolika, jednym haustem łyknął resztkę kawy, której zresztą tak wiele nie było, bo lubił mocną i w małej filiżaneczce. Jak mawiał- Jego przyjaciel Węgier, artysta malarz ożeniony z Polką , mówiący co nieco w naszym języku, zamieszkały na Starym Mieście w Warszawie – Czorban się zwał- zapraszając licznych gości, w tym Profcia, częstował szatańską parzoną na sposób węgierski kawą – mawiał- coby „ przemyć oczki”. Fajne powiedzenie, które Profcio powtarzał,  utrwaliło się w naszym towarzystwie.

Tak więc „ przemywszy oczki” tym razem nie czekaliśmy na dykteryjki Profa, tylko patrzyliśmy czujnie na Jego napiętą twarz z burzą myśli i pomysłów. Ale nie spodziewaliśmy się ciągu dalszego, choć wyczuwało się atmosferę , swoistą aurę wokół Profesora, świadczącą o determinacji i woli działania. Tak więc, gdy dopiwszy swoją kawę, nie bacząc, czy nasza też już zniknęła w czeluściach naszych wnętrz, rzucił:  hasło- do dzieła ! – bo trzeba sprawdzić pompę- orzekł.  Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, i właściwie niechętnie- bo już mieliśmy dość tematu, ale cóż było robić. Na takie wezwanie nie można było nie zareagować. Zebraliśmy się więc w sobie i podreptaliśmy za Profciem nad Bug , który pędził wielkimi susami wyciągając swoje długie nogi coraz dalej przed nami i po chwili ponownie, jak wczoraj zniknął w plątaninie wielkich gałęzi wierzbowych gubiąc kalosze. Zatrzymaliśmy się na skraju nadbużańskiej łąki i  – czekaliśmy w napięciu- ale bez większej nadziei i emocji.

Jakże się zawiedliśmy na swoich przeczuciach- Profciowi trzeba było wierzyć- bezkrytycznie- ostatecznie- bez dyskusji, wątpliwości- Profciowi trzeba było wierzyć w każdej sytuacji- nie tylko medycznej- bo po chwili coś błysnęło nad krzakami i świetlistym srebrnym łukiem wywijając ogonem wyfrunęło w powietrze lądując z pluskiem w nurtach rzeki. I wkrótce nasz Profesor  wyłonił się z krzaków z bardzo radosną trumfem płonącą miną ! Mam. Znalazłem przyczynę . To była ryba ! Patrzyliśmy zadziwieni- czyżby Profcio zamiast sprawdzać pompę zajął się łowieniem ryb? Po chwili się wszystko wyjaśniło- otóż sprawdzając pompę, znalazł w jej drucianej jakby klatkowej obudowie tęże rybę !!! Biedna pompa nie dała rady przepompować ryby w żadną stronę- ani na ogródek ani z powrotem do Bugu i po prostu odmówiła pracy. Stąd jej milczenie – po wyjęciu ryby – ruszyła z wielkim zapałem….ryba wielkim srebrzystym łukiem pofrunęła z powrotem do Bugu…radosna…uwolniona….Też się cieszyliśmy, bo nie lubimy zabijania zwierzątek- nawet niemej ryby 🙂  cdn.

 

Pan Profesor Witold Ramotowski- nasz Przyjaciel. ( 6 )

Pan Profesor Witold Ramotowski w swoim ogrodzie nad Bugiem- jak już pisałam kiedyś- na pewno rozmyśla o nowym wynalazku ortopedycznym…zdj. własne Z.K.

Wiosna w ogródku Pana Profesora…szkoda, że nie sfotografowałam romantycznej ławeczki oczywiście własnej konstrukcji ( jest ukryta w krzewach w pr. górnym rogu zdj). Pod  migdałowcem , centralnie ministrzelnica- z tarasu domku Pan Profesor Ramotowski celował do tarczy z jakiegoś sprzętu strzelającego ( wiatrowki ?) -takie chłopięce zabawy w czasie gdy samotnie spedzał czas nad Bugiem….

Pan Profesor Witold Ramotowski od lat szczenięcych, jak opowiadał, miał pasje konstruowania. Jego dziadek toczył pięknie z drewna, sam rzeźbił ule, a mały Wituś mu towarzyszył. Potem , gdy już nauczył się czytać, czytywał stareńkiemu Sienkiewicza i inne klasyczne powieści polskie, bo dziadek był ciekaw świata, a wzrok mu już zamierał. Nastolatkiem będąc, gdy Witold mężniał, bo wyrósł z niego kawał chłopa, wynosił starowinkę na rękach z domu i sadowił w jego ulubionym miejscu nieopodal domu.  Tak, ważne są nie tylko genetyczne zdolności, ale też ktoś kto poprowadzi za rękę. Chłopię o którym piszę,  wychowywane na rodzinnym folwarku , w rodzinie pana dziedzica nie mogło się bawić z dziećmi ludzi z czworaków. Jakże z tego powodu cierpiał, wspominał często. Wobec tego, dopóki się nie urodził Jego młodszy o 4 lata brat,  był skazany na własne pomysły. Gotowych zabawek raczej nie było, więc je sam konstruował. Ciekawy był mini młyn wodny generujący prawdziwy prąd na zasadzie dynamo. Wynalazek ten budził zaciekawienie cioć i wujków. Nieco lepszym pomysłem było przywiązanie do ogona kota własnoręcznie wyrzeżbionego samochodziku w celu sprawdzenia jak takie toto czyli kotosamochód będzie się poruszał. Oczywiście jak należało się spodziewać, kot wpadł w przerażenie i szał wybiegając z domu przez zamknięte okna, wybijając trójwarstwowe szyby. Na szczęście kot i wynalazca jakoś przeżyli 🙂

Pan Profesor Witold Ramotowski przed własnej konstrukcji sławetną altanką , którą nazwał Azylem. Wszystko tam było- sam doprowadził prąd, przekopując się przez duży kawał działki- więc i lampeczki działały i opisany ekspres do kawy, który w sezonie tu wędrował…zdj. własne Z.K.

Po lewej fragment „miniakweduktu ” własnego oczywiście pomysłu i wykonania po górskiej i greckiej wycieczkowej naszej wspólnej inspiracji 🙂 

A na tym zdj.  za akweduktem lśniąca wstęga Bugu…

O słodkie niezapomniane ale” bywsze” czasy…

dobrze chociaż, że je złapałam w obiektyw….