Mili moi! Tym razem tekst sam się napisał i niezależnie od mojej woli ( no niezupełnie) pojawiło się bardzo dużo dygresji- wybaczcie- ale grzecznie wróciłam do tematu- zapraszam więc….

Pan Profesor w swojej ukochanej piwnicznej kuchni……
Radość z opisanej wodno- pompowej instalacji nie trwała przesadnie długo, bowiem po ściśle zaplanowanym przez Profa czasie, który wiedział, bo sprawdził, kiedy roślinki są już nasycone ożywczą zieloną bużańską wodą i napojone do cna, podlewanie zgodnie z planem zakończono.
Ale gdy następnego dnia przyszliśmy jak zwykle do Profa na kawę w Altance zwanej Azylem , Gospodarz wkrótce nadszedł z wielce zafrasowaną i smutną miną, człapał wolnym jak zwykle krokiem – jak bocian , nasunęło się skojarzenie z Jego opowieścią- że w młodości nazywano Go bocianem- teraz, po tylu latach od tamtego czasu człapał powoli, ale nie unosił już tak wysoko kolan, choć wyraźnie przenosił ciężar ciała z jednej nogi na drugą – tak sobie kroczył – ale od razu pomyślałam- ot wygląda jak skrzyżowanie dawnego bociana z bardzo leciwym starszym, nobliwym Panem noszącym w sobie brzemię ciężkiego życia spędzanego przy operacyjnym stole i licznych pracach. Choć potrafił gwałtownie przyspieszać- jak wtedy gdy sąsiad spadł z drabiny i należało gnać z pomocą. Na hasło, że stała się jakaś tragedia ja pędziłam ze swojej działki a z drugiej strony gnał w wielkim pędzie Profesor, bo nasz poszkodowany Marek zamieszkiwał i nadal zamieszkuje pośrodku nas . I nigdy nie zapomnę chwili, jakże odległej , ale stale wracającej do mnie bo miała wielki, przeogromny ładunek emocji- gdy Mama , do której przybyłam raniutko, po operacji wszczepiania endoprotezy stawu biodrowego którą odbyła się poprzedniego dnia, zastałam Ją w bardzo marnym stanie, była przytomna, ale jakby zwinięta w sobie i szara. Powiedziała, że wymiotowała przez całą noc. Dlaczegoż wtedy z Nią nie zostałam ? ale uspokajano mnie, że jest pod dobrą opieką a w domu czekały małe dzieci. Gdy stałam bezradnie nad Mamą, nagle drzwi otworzyły się gwałtownie, aż powiało w pokoju wzbudzonym nagle sztucznym wiatrem, i wpadł Profesor. Od razu przypadł do Mamy- uniósł kołdrę, wziął w palce( piękne śniade – tak teraz stale myślę o Jego dłoniach- wtedy nie zdążyłam pomyśleć ) fałd skóry na brzuchu Mamy i wypadł z pokoju równie gwałtownie jak wpadł. Nie minęła dłuższa chwilka, gdy wparowała siostra z zestawem kroplówkowym i zabrała się za „podkłuwanie” żyły- bo tak lapidarnie nazywały wkłucie do żyły na mojej ukochanej Siennej tamtejsze pielęgniarki…no dość dygresji- o Mamie i Profesorze będzie potem….pora wracać do naszej, a właściwie Profa pompy…Tak więc Profesor niespodziewanie jak na swoje duże ciało, niespodziewanie zwinnie wcisnął się pomiędzy brzeg ławy a stolika – bo w Altance wszystko było mikro i przysiadł ciężko w altance na swoim tradycyjnym miejscu w głębi, w narożniku po lewej stronie od wejścia by mieć wgląd na swój ogród gości i w ogóle cały ten piękny dookolny świat. Pompa nie działa- Oznajmił. Już dawno, bo zaraz po wejściu do altanki, jak zwykle włączyłam gotowanie kawy podziwiając instalację elektryczną niedawno zmontowaną- bo przedtem kawę zaparzało się w domku i przynosiło na tacy . Zwykle ja to robiłam, choć nie pomnę- chyba i Prof. też….wnosząc dystyngowanie, tak ostrożnie, precyzyjnie, że żadna kropla kawy nie opuściła filiżanki…
Potem pojawił się w Azylu prąd, gdyż Prof. przekopał ogródek wąskim głębokim rowem umieszczając w nim przewód elektryczny rozpoczynający się od też specjalnie zamontowanego gniazdka pod płytą tarasową, do którego włączało się wtyczkę. Należało wykonać nieomal scyzorykowy wygibasowy skłon i wsuwać się pod taras tak, by sięgając kontaktu nie uszkodzić sobie głowy. Prof. początkowo sam włączał i wyłączał tam prąd, potem ja już się tym zajmowałam, uważając że jestem młodsza, więc bardziej zręczna, co było wysoce mylące, gdyż pomimo upływających lat zachowywał elastyczność i sprawność młodziaka.
No cóż, tym razem, bo zwykle marudził, że po kawie od razu wracamy do siebie, tym razem pozwolił nam wypić tę kawę duszkiem – bo opisany już wcześniej ekspres- zdobyty na śmietniku, któremu Profcio dał duszę- tj. coś w nim pogrzebał i ekspres ożył- ekspres wydał swą kawę, więc jak już wspomniałam, pospiesznie ją wypiliśmy w minorowych zrezygnowanych nastrojach. Świat stał się ponury, bo ta wielka praca instalacji pompy spełzła na niczym a emocje wczorajsze wyparowały. Jednak Profcio, jak to On, stale aktywny, optymistyczny i napalony na temat, więc konsekwentny zerwał się znad stolika, jednym haustem łyknął resztkę kawy, której zresztą tak wiele nie było, bo lubił mocną i w małej filiżaneczce. Jak mawiał- Jego przyjaciel Węgier, artysta malarz ożeniony z Polką , mówiący co nieco w naszym języku, zamieszkały na Starym Mieście w Warszawie – Czorban się zwał- zapraszając licznych gości, w tym Profcia, częstował szatańską parzoną na sposób węgierski kawą – mawiał- coby „ przemyć oczki”. Fajne powiedzenie, które Profcio powtarzał, utrwaliło się w naszym towarzystwie.
Tak więc „ przemywszy oczki” tym razem nie czekaliśmy na dykteryjki Profa, tylko patrzyliśmy czujnie na Jego napiętą twarz z burzą myśli i pomysłów. Ale nie spodziewaliśmy się ciągu dalszego, choć wyczuwało się atmosferę , swoistą aurę wokół Profesora, świadczącą o determinacji i woli działania. Tak więc, gdy dopiwszy swoją kawę, nie bacząc, czy nasza też już zniknęła w czeluściach naszych wnętrz, rzucił: hasło- do dzieła ! – bo trzeba sprawdzić pompę- orzekł. Popatrzyliśmy na siebie niepewnie, i właściwie niechętnie- bo już mieliśmy dość tematu, ale cóż było robić. Na takie wezwanie nie można było nie zareagować. Zebraliśmy się więc w sobie i podreptaliśmy za Profciem nad Bug , który pędził wielkimi susami wyciągając swoje długie nogi coraz dalej przed nami i po chwili ponownie, jak wczoraj zniknął w plątaninie wielkich gałęzi wierzbowych gubiąc kalosze. Zatrzymaliśmy się na skraju nadbużańskiej łąki i – czekaliśmy w napięciu- ale bez większej nadziei i emocji.
Jakże się zawiedliśmy na swoich przeczuciach- Profciowi trzeba było wierzyć- bezkrytycznie- ostatecznie- bez dyskusji, wątpliwości- Profciowi trzeba było wierzyć w każdej sytuacji- nie tylko medycznej- bo po chwili coś błysnęło nad krzakami i świetlistym srebrnym łukiem wywijając ogonem wyfrunęło w powietrze lądując z pluskiem w nurtach rzeki. I wkrótce nasz Profesor wyłonił się z krzaków z bardzo radosną trumfem płonącą miną ! Mam. Znalazłem przyczynę . To była ryba ! Patrzyliśmy zadziwieni- czyżby Profcio zamiast sprawdzać pompę zajął się łowieniem ryb? Po chwili się wszystko wyjaśniło- otóż sprawdzając pompę, znalazł w jej drucianej jakby klatkowej obudowie tęże rybę !!! Biedna pompa nie dała rady przepompować ryby w żadną stronę- ani na ogródek ani z powrotem do Bugu i po prostu odmówiła pracy. Stąd jej milczenie – po wyjęciu ryby – ruszyła z wielkim zapałem….ryba wielkim srebrzystym łukiem pofrunęła z powrotem do Bugu…radosna…uwolniona….Też się cieszyliśmy, bo nie lubimy zabijania zwierzątek- nawet niemej ryby 🙂 cdn.