Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

Łyżwiarze i wspomnienia minionych zim.

środa, 04 stycznia 2012 7:55

 

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Podziel się

środa, 04 stycznia 2012 7:55

Ze starego rodzinnego albumu – 1955 rok

Umówiłam się z kimś przy Torwarze. Mam jeszcze czas. Wchodzę do środka. Tam muzyka. Właśnie walce wiedeńskie. Wielka, lśniąca i idealnie gładka lodowa płyta. Roztańczone dzieciaki. Kolorowe, pięknie ubrane, białe buty wysoko i równo sznurowane. Spódniczki rozwiewane w tańcu.

Przefruwają przed oczami jak lekkie różnobarwne ptaki. Potem już widzę tylko ich cienie. Obraz za mgłą, bo właśnie wraca moje gorzowskie dzieciństwo….
Widzę Ojca, który starannie przykleja zdjęcie do zbrązowiałej szorstkiej karty starego albumu.
Oglądam to zdjęcie.
To było pół wieku temu.
Było.

Zima. Wytęskniona nagła biel za oknem, wielkie puchate śniegi, sanki, narty i łyżwy. Warta zniewalana nocnym mrozem. A potem już uległa, otwierająca zawarciański dziecięcy raj.

Wtedy zakładam stare, obwisłe i przetarte na kolanach dresy. Szczęśliwa i całkiem nieświadoma swojego dziwacznego wyglądu, zbiegam w dół swojej ulicy, obecnej ul.Orląt Lwowskich. Nadal mam w uszach ohydny, metaliczny rytm wybijany przez moje buty podkute metalowymi blaszkami, które ochraniają podeszwy przed zniszczeniem. Na ramieniu dumnie się kołyszą łyżwy, zawieszone na postrzępionych rzemiennych paskach. Są stare, poniemieckie, z zębatymi łapkami. Wprawdzie srebrzyste ale z siecią bruzd, z rysunkiem który czas wyrzeźbił.

Nie myślę o tym, że należały do jakiegoś niemieckiego dziecka, które może teraz za nimi tęskni. Teraz to moje łyżwy i moja radość.

Nieruchomieję, bo zawsze muszę obejrzeć to, co pod nogami. Tam jest niezwykły, bajkowy, lodowy świat mojej łąkowej Warty. Tam wielka przezroczystość i zatopione w niej sterczące pionowo trawy. Jeszcze zielone. Jakby nagle zaczarowane przez tajemną królową Zimę. To wszystko zadziwia, zachwyca i onieśmiela. Przecież jest takie delikatne. Boję się, że zniszczę ten zielony kryształ podlodowej łąki.

Po chwili jednak zapominam o tych zachwytach i niepokojach. Wyruszam przed siebie. Jestem wolna jak ptak i szczęśliwa, gdy gnam z wiatrem w zawody .

A obok cicho czuwa moje zziębnięte zimowe Miasto…

Teraz wracam do rzeczywistości. Walce wiedeńskie dookoła… i myślę, że te kolorowe dzieci zamknięte w puszce Torwaru, wirujące w tańcu na gładkiej lodowej tafli, nie wiedzą, że można inaczej. Tak jak na rozlanej gorzowskiej Warcie. Gdzie przestrzeń i prawdziwa wolność…

Tekst własny zamieszczony w MM- Gorzów pod nickiem Łuka 8.01.2011

Na medycznej ścieżce. Koleżanki z czasów poznańskich.

Przez wiele lat nie wracałam myślami do czasów poznańskich. Przeszłość stała się  zamkniętą kartą a moja  księga życia stale była otwierana  na kolejnych , niezapisanych jeszcze stronach .

Teraz, gdy mam 65 lat, jestem na emeryturze i tylko trochę pracuję,  nadszedł czas powrotów.

I oto jestem tam, w Poznaniu. Młoda, z zapałem w sercu, radosna i przejęta studiami. Siedzimy wokół stołu sekcyjnego , zamknięci w Sali w Collegium Anatomicum,  drżąc ze strachu i dzielnie stawiając czoła emocjom, tak trudnym do udźwignięcia w naszym młodym wieku. Zakuwanie, odpytywanie, system ocen, zajęcia sekcyjne to była nasza codzienność w niezapomnianym 1965/1966 roku.

Widzę nas wszystkich, dokładnie pamiętam miejsca, które każdy zajmował   przy wspólnym stole służącym do rozkładania książek tj podręczników anatomii pod red Bochenka, popularnie zwanych bochenkami, bardzo przydatnymi skrótami anatomii pod red Krechowieckiego i ogromnymi atlasami anatomicznymi. Na szczęście były wówczas ładne, dobrze opracowane i co najważniejsze, niedrogie atlasy rosyjskie pod red Sinielnikowa.

   Naprzeciwko mnie siedziała drobniutka blondynka o różowej cerze, która ze strachu tak ładnie oblewała się krwistym rumieńcem i trzepotała rzęsami. Nazywała się wtedy Krysia Graduszewska . Spotkałam ją po wielu latach, gdy już pracowałam w CZD. Niewiele się zmieniła, mimo, że już miała duże dzieci. Była  uznanym w Bydgoszczy kardiologiem dziecięcym i w czasach, gdy ECHO serca było wykonywane przez pionierów, ona prowadziła taką pracownię. Do CZD przybyła na kurs kardiologiczny. Wyściskałyśmy się radośnie, ale potem każdy wrócił do swojego poprzedniego życia i już więcej się nie spotkałyśmy.

    Niedaleko Krysi siedziała Alicja. Wydawało się, że jest twardą, spokojną, pewną siebie dziewczyną, uczyła się pilnie. Chyba nie udało się jej zaliczyć pierwszego roku studiów, co wiązało się z koniecznością opuszczenia uczelni. Jak potoczyły się jej losy, nie wiem.  

   O Monice Brzezickiej  pisałam już wcześniej. Była ładna, przystojna , mądra i zawsze pełna pomysłów . Jej trochę udziwniona osobowość  od początku mnie fascynowała i przyciągała, do tego stopnia, że wielokrotnie starałam się ją naśladować, dodając oczywiście swoje , wcale nie małe fanaberie. Spędziłyśmy razem wiele czasu i ten czas był niezwykły.  Nasze wspólne wyprawy nad morze nadal pachną słoną  bryzą, tak jak kiedyś….Straciłyśmy kontakt i myślę z żalem , że bezpowrotnie.

Z tamtych czasów pozostała mi tylko jedna koleżanka, nadzwyczajna postać  i  stale mi bliska . Ale ta znajomość zasługuje na odrębne wspomnienie.  To Małgosia Krajewska, obecnie Walasek. Profesor genetyki w Centrum Zdrowia Dziecka.

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Opuszczam Poznań. Dygresja o moim ” czasie”

Jak już pisałam wcześniej, po trzecim roku medycyny wyszłam za mąż.

Wiązało się to z koniecznością przeniesienia się do Warszawy.

 

Opuściłam Poznań bez żalu.

Miałam naturę człowieka, który nie ogląda się wstecz, nie wyobraża sobie co może go spotkać w przyszłości , tylko intensywnie żyje dniem codziennym .

Dopiero z upływem bardzo wielu lat , przyszedł okres w naszym życiu, że z dużym wyprzedzeniem planowaliśmy wspólne wyjazdy.

Nasze dzieci były już dorosłe, a  Mirek, mój mąż miał za sobą liczne przygody zdrowotne . Moi Rodzice , którzy wtedy jeszcze żyli, mieszkali w sąsiednim mieszkaniu wspólnego bloku w Warszawie przy ul. Broniewskiego 22 , jeszcze funkcjonowali wspierając się nawzajem.

Łapaliśmy więc oddech , ciesząc się wolnością i wówczas miłe było rozmyślanie o podróżach.

Lubiłam  przeglądać katalogi różnych biur podróży,  wybierać ciekawe miejsca, oceniać oferty i wcześnie rezerwować interesujące wyjazdy zagraniczne.

To było jakby zaklinanie  rzeczywistości, że nic się nie wydarzy w czasie oczekiwania . Ale oczywiście zawsze brałam pod uwagę możliwość konieczności rezygnacji.

Jeśli z jakiś powodów wyjazdy nie dochodziły do skutku, po wędrówce” katalogowej” i długim planowaniu czułam się tak, jakbym tam już była.

Tak więc w tym okresie praca i te podróże , czasem tylko wirtualne, pochłaniały mój czas. Istniała tylko teraźniejszość i przyszłość.

Przejście na emeryturę, a co za tym idzie,  poszerzenie  mojej „wolnej strefy czasowej” i co tu mówić, pewnie naturalna kolej rzeczy- starzenie się, spowodowało, że przyszły myśli o tym co było.

Dla swojego usprawiedliwienia, by nie szukać przyczyny w starzeniu się , znalazłam powód bezpośredni.

Otóż niewątpliwie moje pisanie w tym miejscu porusza pokłady wspomnień, do tej pory starannie przykryte grubą warstwą codzienności.