Jak już pisałam wcześniej, po trzecim roku medycyny wyszłam za mąż.
Wiązało się to z koniecznością przeniesienia się do Warszawy.
Opuściłam Poznań bez żalu.
Miałam naturę człowieka, który nie ogląda się wstecz, nie wyobraża sobie co może go spotkać w przyszłości , tylko intensywnie żyje dniem codziennym .
Dopiero z upływem bardzo wielu lat , przyszedł okres w naszym życiu, że z dużym wyprzedzeniem planowaliśmy wspólne wyjazdy.
Nasze dzieci były już dorosłe, a Mirek, mój mąż miał za sobą liczne przygody zdrowotne . Moi Rodzice , którzy wtedy jeszcze żyli, mieszkali w sąsiednim mieszkaniu wspólnego bloku w Warszawie przy ul. Broniewskiego 22 , jeszcze funkcjonowali wspierając się nawzajem.
Łapaliśmy więc oddech , ciesząc się wolnością i wówczas miłe było rozmyślanie o podróżach.
Lubiłam przeglądać katalogi różnych biur podróży, wybierać ciekawe miejsca, oceniać oferty i wcześnie rezerwować interesujące wyjazdy zagraniczne.
To było jakby zaklinanie rzeczywistości, że nic się nie wydarzy w czasie oczekiwania . Ale oczywiście zawsze brałam pod uwagę możliwość konieczności rezygnacji.
Jeśli z jakiś powodów wyjazdy nie dochodziły do skutku, po wędrówce” katalogowej” i długim planowaniu czułam się tak, jakbym tam już była.
Tak więc w tym okresie praca i te podróże , czasem tylko wirtualne, pochłaniały mój czas. Istniała tylko teraźniejszość i przyszłość.
Przejście na emeryturę, a co za tym idzie, poszerzenie mojej „wolnej strefy czasowej” i co tu mówić, pewnie naturalna kolej rzeczy- starzenie się, spowodowało, że przyszły myśli o tym co było.
Dla swojego usprawiedliwienia, by nie szukać przyczyny w starzeniu się , znalazłam powód bezpośredni.
Otóż niewątpliwie moje pisanie w tym miejscu porusza pokłady wspomnień, do tej pory starannie przykryte grubą warstwą codzienności.
