Na medycznej ścieżce. Historia pewnej pani.

Kiedyś przybyła do gabinetu  przemiła starsza elegancka i śliczna pani .

Była niewysokiej postury, miała piękne srebrne włosy, twarz bez śladów wyrytych latami, nieomal młodzieńczą, różową i oczęta jak węgielki.

Bywała u mnie przedtem , nie miała jakiś poważnych  przewlekłych chorób, zresztą dokładnie nie pomnę.

Lubiłyśmy się, była kulturalna, i delikatna i nigdy nie zajmowała mi dużo czasu.

Ale któregoś dnia wpadła  z pobladłą twarzą.

I musiała wyrzucić z siebie swoją historię.

Otóż od dawna była wdową i na cmentarzu spotykała pana, który odwiedzał grób żony. Zaprzyjaźnili się bardzo , a potem ten pan jej się oświadczył.

Gdy wyraziła zgodę, bo miała nadzieję na wspólne wspieranie się w starości, z tajemniczą miną obwieścił jej, że szykuje dla niej wielką niespodziankę.

 Nawet się ucieszyła, myśląc zapewne o miły podarku.

Po ślubie okazało się , że tą niespodzianką jest pełna sprawność seksualna tegoż leciwego pana.

I proszę sobie wyobrazić, opowiadała z obrzydzeniem i przerażeniem, on chciał być ze mną w łóżku….

Byłam zupełnie nieprzygotowana na takiego typu rozmowy. Tego nie uczyli na studiach, ani potem. Jedyne co mogło wtedy przychodzić do głowy, to jakieś strzępy myśli , które powstawały w mojej głowie, głowie dziewczyny liczącej niewiele ponad 20 lat.

Więc cóż ja biedna miałam powiedzieć, wysłuchałam i tyle, pocieszałam, że powinni o tym rozmawiać, może ona się jakoś przełamie, przyzwyczai, zresztą już nie wiem nawet, co mówiłam.

Właściwie ona nie oczekiwała ode mnie żadnej porady. I tak sama musiała rozwiązać swój problem.

Nie wiem jak skończyło się to małżeństwo, ale potem już tej pani nie widziałam, może wyjechała do swoich dzieci…

może wstydziła się tej chwili szczerości….

Na medycznej ścieżce. Pierwsze recepty.

O godzinie 12 leciałam do swojej przychodni. Mieściła się ona wówczas przy ul. Wrzeciono , w maleńkim niskim okrąglaku, czyli budowli umieszczonej wewnątrz osiedla pod Hutą Warszawa, gdzie było także Dzielnicowe Pogotowie Ratunkowe  i Apteka.

Bliskość tej apteki była bardzo ważna, bo tam najczęściej zaopatrywali się moi pacjenci w leki. I w przypadku źle wypisanej recepty, co niestety się zdarzało , można było nanosić poprawki. Dzięki temu poznałam farmaceutkę, która tam pracowała- Marysię Zieniewicz. Była to duża i sympatycznie pulchna dziewczyna, która w tajemnicy przed swoją surową kierowniczką, wpadała do gabinetu, gdzie urzędowałam  i przynosiła nieudolnie wypisaną receptą , instruowała jak należy ją prawidłowo wypełniać i po naniesieniu poprawki wracała do pacjenta, którego uprzednio grzecznie posadziła przy aptecznym stoliku.

Bo tak naprawdę miałam niewielkie pojęcie o wszystkich zasadach  wypisywania recept,np. dozwolonej dawce leku na jednej rp, itd. Dzięki Marysi  szybko się tego nauczyłam, i uniknęłam konfliktów z pacjentami i swoją szefową.

Marysia Zieniewicz była niezwykłą osobą. Wspominam ją zawsze bardzo serdecznie, nie tylko dlatego, że chroniła moje przysłowiowe cztery litery w tamtych czasach, ale też dlatego, że swoją pogodą ducha , dobrocią i miękkim dużym ciepłem ogrzewała nie tylko mnie, ale wszystkich ludzi, z którymi się kontaktowała. 

Potem przyjaźniłyśmy się dość długo, odwiedzałyśmy się w domach, nasze dzieci bawiły się razem. Po latach straciłam z nią kontakt, bo i praca była już w innym miejscu i mieszkała dość daleko ode mnie.