Na medycznej ścieżce. Dobra rodzina mimo wszystko…

W swoim rejonie miałam też bardzo sympatyczną i niezwykłą rodzinę .

Zwracała powszechną uwagę  wyraźna ułomność pani domu skontrastowana z anielską  urodą jej twarzy .

Czasami spotykałam bardzo przystojnego  ojciec  tej rodziny, gdy zdążał z siatą pełną zakupów do niewielkiego bloczku, gdzie mieszkali.

Pani G. jak napisałam,  miała twarz anioła i pomimo znacznej wrodzonej wady kręgosłupa, urodziła 4  dorodnych dzieci.

Tworzyli piękne duchowo stadło. Opiekowali się sobą nawzajem, byli pogodni i uczynni w stosunku do innych.

Ich dzieci były fajne, ładne , uczyły się dobrze i niektórych spotykałam po latach, gdy już założyli swoje rodziny.

Od nich się dowiedziałam, że pani G. już dawno nie żyje, namęczyła się biedaczka, bo miała zniekształconą klatkę piersiową i związaną z tym mniejszą objętość płuc ze skutkami w postaci zaburzeń budowy i pracy serca. Już w czasie naszej znajomości , gdy miała około 40 lat , uskarżała się na  uporczywy kaszel, nawracające infekcje oskrzelowo- płucne, męczyła się łatwo. Mimo tego była uśmiechnięta i aktywna zawodowo….

Byli to może zwykli a może niezwykli, dobrzy i mili ludzie, którzy pozostali w mojej pamięci . Nie  muszę  zamykać oczu, by ich dokładnie widzieć….

Na medycznej ścieżce. Dyżury w operze.

 

Do innych ciekawych znajomych z okresu mojej pracy w rejonie należał  pan Pączkowski.

Wtedy był w średnim wieku, wysoki, szczupły. Gdy wchodził do gabinetu zachowywał się jak lord.

Miał jakieś problemy z oskrzelami, więc wpadał na rutynowe badanie a raczej po recepty na  stale używane leki.

Po kilku wizytach wyznał, że pracuje w Pagarcie. Chyba nie piastował tam jakiegoś znacznego stanowiska, ale zaproponował protekcję. Gdy się dowiedziałam na czym ma ona polegać, ucieszyłam się i poczułam się nieomal wyróżniona.

Otóż ten pan załatwił nam, lekarzom z tej poradni tzw. dyżury lekarskie na spektaklach w Teatrze Wielkim. W zamian za czuwanie nad zdrowiem artystów i ludzi na widowni, otrzymywaliśmy dwa darmowe bilety na określony spektakl. Gdyby się coś działo, należało podążać do akcji i dlatego nasze miejsca  na widowni były korzystnie położone. Blisko sceny, bo  z brzegu 10 rzędu amfiteatru.

A czasie moich dyżurów na szczęście nie działo się nic złego, widać czuwał nade mną mój Anioł Stróż.

Jakieś skręcenie nogi baletnicy, chrypka śpiewaczki, czy skok ciśnienia tętniczego dyrygenta.

Lubiłam te dyżury….

Na medycznej ścieżce. Przesiedleńcy.

W tym jednym z największych bloków, który należał do mojego rejonu  dokonałam też ciekawego odkrycia, oczywiście na swój użytek jeno.

Otóż było tam mnóstwo maleńkich kawalerek, usytuowanych w kilku pionach domu.

W nich to widywałam stare kobiety.

Były zwykle przeraźliwie samotne, jednak często w czasie mojej wizyty pojawiła się któraś litościwa sąsiadka. Albo była pomocna tej samotnej, albo tylko chciała się przede mną popisać litościwym opiekuńczym sercem. Myślę jednak, że to była prawdziwa,  szczera i dobra sąsiedzka pomoc.

Wielokrotnie  w takim mieszkaniu gdzie znajdował się tylko jeden pokój w jego miejscu centralnym  znajdowało się jedno wielkie, czasami przepiękne łoże, zajmujące nieomal całą powierzchnię pomieszczenia. Na ścianach czasami wisiały rzędy obrazów, niektórych ciekawych. Tak wyglądało np. mieszkanie jednej z trzech sióstr Halamek, słynnych przedwojennych tancerek. I ona w nim, jakby zagubiona w aktualnym życiu, miniaturowa wytworna i zniszczona jak ja teraz.

    Tak to te stare kobiety, stare meble, ślady dawnego, czasami świetnego życia wyrównał czas.

Dowiedziałam się, że większość z nich to ludzie przeniesieni z domków jednorodzinnych zlokalizowanych na obrzeżach Warszawy. Zniknęły z mapy Warszawy  maleńkie domki zlokalizowane na uroczych ogródkowych Młocin , które wyburzono w ramach budowy Huty Warszawa albo chatynki Annopola , cieszącej się złą sławą dzielnicy poza Wisłą gdyż tam  budowano  nowe kamienne osiedla.

Ludzie przesiedleni na Wrzeciono źle się tutaj czuli, opłakiwali swoje dawne domostwa i przenosili zwyczaje do ciupkich mieszkanek w wielkich bloczydłach.

Na medycznej ścieżce. Bimbrownia rejonowa.

W systemie pracy poradnianej, gdy już przeszłam na cały  etat, 4 pierwsze godziny były przeznaczone na pracę w gabinecie a kolejne 3 na wizyty domowe.

Miałam w swoim rejonie m.in. jeden niezapomniany blok.

Adresu nie podam, mimo, że dobrze pamiętam, bo wszak tam nadal mieszkają  ludzie , może potomkowie moich pacjentów.

Blok miał  określoną sławę w osiedlu, gdyż na parterze rezydowała słynna rodzina gospodarza domu. On był wielki i zwalisty, utykał na jedną nogę a jego żona to  kobieta o pięknym imieniu Otylia .

Byli to państwo P. ( nazwisko pamiętam doskonale).

Mieli liczną gromadę dzieci w różnym wieku.

Wydawało się, że są spokojnymi ludźmi.

Ale  któregoś dnia  pękła bomba.

Otóż panowie milicjanci zorganizowali obławę w tym bloku.

Widać już dawno zbierali informacje, albo któryś z lokatorów  systematycznie donosił  co zmusiło tych mundurowych do skutecznego działania.

Oczywiście informacje się potwierdziły i państwo P . zostali nakryci w trakcie intensywnej pracy w swojej bimbrowni.

Praktycznie dopiero potem się o tym dowiedziałam, bo w swojej młodzieńczej naiwności wierzyłam ludziom, wierzyłam, że są z natury dobrzy. I nie wyciągałam wniosków z różnych obserwacji. To dopiero przyszło później.

A przecież można było się niepokoić, albo przynajmniej zainteresować, gdy w  bramie tego bloku, zwykle spotykałam grupkę panów. Skład towarzystwa był raczej stały, ale nie bałam się ich, zwłaszcza, że  w tej przestrzeni , zwykle czarnej i nieoświetlonej kłaniali mi się szarmancko.

 W mroczne jesienne popołudnia, gdy wpadałam na klatkę schodową, ich twarze świeciły pięknym fioletowym blaskiem ale ich schrypnięte głosy wyrażały radość, że widzą swoją panią doktor. Jakoś nie odczuwałam lęku, mimo, że byłam młodziutka i całkiem bezbronna, pewnie w tamtych czasach istniała tzw godność także w tych środowiskach. Obowiązywał szacunek do swoich.

   Wracając do obławy milicyjnej, potem dowiedziałam się, że w jej wyniku państwo ci otrzymali karę więzienia. Pan ten za uprawiany pokątny proceder, a pani Otylia za pogryzienie milicjanta w czasie tej akcji.

Siedzieli w pudle na zmianę, gdyż dzieci ich wymagały opieki.

 

Tak więc w moim bloku bimbrownia przestała działać, ale pewnie przeniosła się gdzie indziej, gdyż wielu osobników w tym osiedlu już w godzinach porannych wędrowała ulicami jak to niektórzy mówią „tropiąc węża”.

Na medycznej ścieżce. Rola nieomal spowiednika i lekarza w jednym.

Wracając do opisu  pracy w rejonie nie sposób pominąć tego, co było jakby solą pracy lekarza w tym miejscu, 

Były to zwierzenia pacjentów.

Czegóż to ja się nie nasłuchałam.

O życiu tych ludzi w przeszłości, trudach teraźniejszości, problemach z dziećmi , wnukami i sąsiadami.

Musiałam ich wysłuchiwać , gdyż lekarz rejonowy był nie tylko odpowiedzialny za zdrowie swoich pacjentów, ale też musiał być nieomal spowiednikiem.

Zresztą nie sposób było oddzielić tych dwóch spraw- zdrowia fizycznego i psychicznego. Jedno z drugim ściśle się wiązało i zrozumienie problemów  życiowych moich podopiecznych  pomagało w zrozumieniu ich schorzeń.

Gdy mieli kłopoty w małżeństwie, czy z dziećmi, pojawiały się schorzenia psychosomatyczne, nasilała choroba wrzodowa żołądka i dwunastnicy, choroba wieńcowa, nadciśnieniowa a nawet zwiększała częstość napadów astmy.

Nie mówię już o całej gamie różnych objawów jak bóle głowy, bicia serca wymioty, biegunki depresje w końcu, które ustępowały, gdy sytuacja domowa się poprawiała.

 Rozróżnienie tych stanów od jakiejś faktycznej patologii było trudne.

Ale czasami widziałam, jak się rozluźniali i lepiej czuli gdy poświęciłam im trochę czasu, wysłuchałam i  właściwie nie potrzebne były porady lekarskie.

No cóż, taka to była moja rola …..