Najmłodszy wnuczek.

Najmłodszy wnuczek

 

Spośród 8 naszych wnucząt, najmłodszy jest Patryk.

Właśnie ukończył 15 miesięcy.

To tak niewiele zwłaszcza w porównaniu z naszymi dziesiątkami.

Ale przebywając z nim, po raz kolejny się zdumiewam się nad dynamiką wzrostu małego dziecka. W tym pierwszym roku życia dziecko dosłownie się zmienia w oczach.

 Od maleńkiego  nibyślimaczka do całkiem rosłego młodziana sprawnie wdrapującego się krzesło i stół oraz sprzęt w ogródku kiedyś zwanym jordanowskim ( teraz nie wiem jak się nazywa taki placyk z instalacjami dla dzieci).

I ciałko już coraz większe i rozumek prawie jak dorosłego. No, jeszcze mowa się czai gdzieś w tej małej główce, ale potrafi gestami, minami wyrażać swoje pragnienia, oczekiwania.

Gdy opuszczałam mieszkanie córki, Patryk nie chciał się pożegnać, siedział z ponurą miną. A jego mama powiedziała, że on zaraz się rozpłacze, bo nie lubi gdy ktoś wychodzi z domu….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na medycznej ścieżce. Eryk…

To był drugi przypadek, gdy byłam lekarzem bezpośrednio opiekującym się chorym a on umarł..

Nie zapomnę pierwszego razu.

Otóż w oddziale neuroinfekcji przebywało dziecko Eryk Ł.( celowo nie podaję nazwiska, pomimo, że pamiętam ). Chłopiec miał ponad rok, ale był znacznie opóźniony w rozwoju psychoruchowym- nawet nie siadał i właściwie nie było z nim żadnego kontaktu. Miał nieustannie napady drgawkowe, które jakoś dawało się opanowywać. Szczegółowa diagnostyka nie przyniosła rezultatów, nie rozpoznano choroby metabolicznej ani genetycznej. Zresztą w tamtych czasach zakres wykonywanych badań był niewielki, dopiero później rozwinęła się bardziej szczegółowa diagnostyka .

Na moim drugim dyżurze, po pamiętnym pierwszym, izbowym, gdzie nic się nie działo, tym razem miałam co robić. Dlatego czas mijał szybko, adrenalina znajdowała ujście w akcji i zbliżał się poranek. Gdy weszłam do sali gdzie leżał Eryk (dokładnie pamiętam gdzie znajdowało się jego łóżeczko,  jak był w nim ułożony, jak wyglądał ) , zauważyłam, że wpadł on w stan drgawkowy. Rzuciłam się do działania. Jednak pomimo szybkiej reakcji, po chwilach spokoju, drgawki się powtarzały. Nagle przestał oddychać, i pomimo natychmiastowej reanimacji dziecko zmarło. Trzymałam to maleńkie ciałko w ramionach i już nic nie mogłam zrobić.

Na porannym raporcie zaczęłam czytanie sporządzonego opisu tego wydarzenia, ale łzy zalewały mi oczy. Jakoś doczytałam do końca, po czym zerwałam się z krzesła i ze szlochem wybiegłam z gabinetu dyrektora .

Gdy wróciłam do oddziału, była tam już ordynator dr Monika Czachorowska. Zabrała mnie na korytarz i długo uspokajała. Wówczas zapamiętałam jej słowa- pani Zosiu, gdzieś tam, daleko siedzą Parki i przędą nić żywota. Gdy uznają za stosowane, biorą do ręki nożyczki i przecinają…nic więcej nie mogła pani zrobić, by uratować to dziecko.

Następnego dnia dotarłam do mojego szpitala. Po przebraniu się powędrowałam do oddziału. Pod drzwiami  siedzieli młodzi ludzie z pękiem różnokolorowych goździków. Nie znałam ich, ale podeszli do mnie i złożyli podziękowanie za to, co robiłam dla ich syna. Byli to rodzice zmarłego Eryka….

 

Na medycznej ścieżce. Przerażenie….

Po kilku latach, gdy pracowałam już w szpitalu zakaźnym przy ul. Siennej, usłyszałam na raporcie porannym, że właśnie do oddziału biegunkowego przyjęto Grzesia M. Nazwisko miał na tyle nietypowe, że pomyślałam jedynie o moim maleńkim pacjencie z Bielańskiego Szpitala.

Zajrzałam do dyżurki lekarskiej, wszystko w dokumentach się zgadzało, i dom dziecka i tamten pobyt na Bielanach…

Pognałam więc na 2 piętro , wpadłam do sali, gdzie leżał ten chłopiec.

I cóż ujrzałam….to, co ujrzałam było przerażające.

Na  środku sali stało spore łóżeczko  a właściwie klatka. A w niej miotał się zupełnie nieświadomy miejsca i czasu człowiek.

A właściwie niby człowiek.

Raczej dzikie stworzonko.

Wydawał dziwne odgłosy, nie patrzył w oczy, może cierpiał, ale ocena jego stanu była niemożliwa.

Nie mogłam się poruszyć, stałam jakbym wrosła w podłogę, jak słup soli.  

Wpatrywałam się w tę twarz, która nosiła ślady dawnej urody i piękne rzęsy były jak kiedyś i wykrój oczu…ale głowa niewiele urosła przez te lata.

To klasyczny przykład małogłowia, powiedziała lekarka z oddziału, która dłuższy już czas stała obok mnie, czego nie zauważyłam.

Tak, powiedziałam, i sobie poszłam unosząc tamte myśli i marzenia by mój syn był taki piękny.

Nikomu o tym jeszcze nie opowiadałam, bo było zbyt przerażające.

Po latach ktoś ze starych pediatrów powiedział, że niemowlęta o takich pięknych rzęsach zawsze budzą jego niepokój….