„Manna z nieba” i tamaryszek

Teraz przerywnik w opowieści o Kutnie, bo właśnie pięknie kwitnie mój ogródkowy tamaryszek. Wróciłam więc do wpisu z maja 2014 roku…..

„Manna z nieba” i tamaryszek

Plaża na Sardynii. Drzewa tamaryszkowe zadziwiły nas , bo rosły na nadmorskim piasku  i były wielkie w porównaniu z krzewami, które widywaliśmy w Polsce. ….

Jak podaje Biblia , ludzie widząc pożywienie leżące na ziemi w obfitości  pytali w języku hebrajskim „ co to jest?” czyli man hu. Czyli manna….

A „ było to coś drobnego, ziarnistego, niby szron na ziemi” ,  „ …miało smak placka z miodem”.

Jedynym warunkiem, który postawił Bóg swojemu ludowi , było zebranie manny do ostatniego ziarna. Tak też zrobili, a w nagrodę 6 dnia zebrali podwójną porcję która się nie psuła do 7 dnia , tj. dnia szabatu. W ten sposób Bóg żywił wędrowców – uciekinierów przez kolejnych 40 lat , aż do czasu dojścia Izraelitów do Kanaan.

Przez lata badacze zastanawiali się skąd owa manna pochodziła. Wg Wernera Kellera, autora książki „ Śladami Biblii” była to wydzielina krzewów tamaryszkowych powstająca w wyniku symbiozy tego krzewu i jednego z gatunków czerwców, czyli pluskwiaków. Wydzielina ta posiada konsystencję żywicy i formuje się w białe grudki….

Arabowie zaś uważają, że jest to czysta  żywica tamaryszka, która się wydobywa z pędów pod wpływem ukłuć owadów… Ponoć do tej pory jest zbierana i spożywana z ochotą przez wielu jej miłośników….

Nie zapomnę czasu, gdy  zobaczyłam go po raz pierwszy. Było to krótko po zainstalowaniu się  w stolicy.

Nieopodal naszej dawnej ul. Stołecznej a obecnie Popiełuszki był ( i na szczęście jest nadal)  park przy teatrze Komedia. Lubiliśmy ten uroczy zielony zakątek i wędrując nad Wisłę lub Cytadelę przez  Plac Wilsona ( za tamtych czasów zwanym Placem Komuny Paryskiej) zawsze przemierzaliśmy alejki tego parku. Był też na drodze do maleńkich cichych  zatopionych w zadumie nad czasami, które minęły, żoliborskich uliczek z uroczymi domkami…

Jeszcze czuję zapach tamtej Warszawy, gdzie wszystko było dla mnie nowe, właściwie pierwsze i zachwycające….

Ale miało być o tamaryszkach , a ja jak zwykle rozwijam tematy poboczne….

Tak więc był rok 1968, gdy  po raz pierwszy zobaczyłam duży  krzew o zjawiskowej urodzie. Przypominał wielki wrzos pokrojem i barwą drobnych kwiatków które chmurką otaczały  wiotkie  igrające z wiatrem gałązki. Stałam przed nim w zachwycie. Zawsze tak było. W moim Gorzowie ani potem w Poznaniu nie zauważyłam podobnych krzewów. Może tam też rosły , ale widać wtedy wzrok zajęty był czym innym . Pewnie uwagę odwracały  zajęcia sportowe, randkowe, edukacyjne albo  wielgaśne tomy anatomii Bochenka ….

teraz otrzymałam okazję na to spotkanie. Pierwsze spotkanie z tamaryszkiem nazwanym oficjalnie Tamarix gallica

W necie  piszą o nim , że jest kurierem  pustyń i stepów. Przybył z  południowej Europy, północnej Afryki, Azji Mniejszej środkowej Azji. Wytrzymuje suszę, zasolenie gleby, zanieczyszczenie powietrza. Uwielbia słońce i lekkie piaszczyste ziemie. W stanie wolnym rośnie często w wyschniętych korytach rzek gdzie sól w glebie….

Gdy zakładaliśmy pierwszy ogródek, oczywiście pierwszym krzewem o którym pomyślałam, był tamaryszek. Ale nad Bugiem nie czuł się dobrze, marniał, pewnie tęsknił za solą ziemi i ostatecznie umarł. Było nam przykro.

Ale nie straciliśmy nadziei. Po latach kupiliśmy maleńką krzewinkę i nie wierząc , że tym razem nas polubi, posadziliśmy ją nieopodal daglezji i michałowickiej siatki ogrodzeniowej. Ale tym razem nagrodził nasze oczy pięknym kwieciem i luźnym pokrojem długich jak rozwichrzone włosy gałązek. W rezultacie wokół niego zrobiło się ciasno. Ale nic to, cieszymy się, że jest z nami…

I tak dobrnęłam do końca opowiadania o tamaryszku, ale to nie oznacza, że temat jest zamknięty. Może zajmę się poszukiwaniem biblijnej manny na ziemi u jego stóp

a może tylko będę stała i patrzyła jak wiatr  bawi się  jego włosami  a słońce igra z kolorytem kwiecia nadając barwy ciemnego wrzosu albo nagle je rozświetlając …

i wtedy wrócę do mojej dawnej Warszawy , młodości i pierwszych zachwytów  tamaryszkiem i pieszczotliwie będę go nazywała, mój ty Tamarix gallica co dałeś innym ” mannę z nieba” a nam swoją urodę….

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

.

Zakochałam się….

Kochani moi! Będzie długo, uprzedzam z góry, długo ale i ciekawie. Bo romantycznie zakochani tak czasami  mają 🙂

SAM_6717.JPG

 

SAM_6718.JPG

 

SAM_6719.JPG

Zdjęcie ze zdjęcia kalendarzowego Wajraka. Mój Ukochany….

 

 

Zakochałam się…

Pewnie ktoś zapyta-  jak to możliwe, zakochanie w takim podwójnie balzakowskim wieku ?

A jeśli dodam, że nie tylko w moim wieku można, ale w dodatku mój obiekt zakochania ( tu pewnie się zadziwicie i pokręcicie  niemo głowami z politowaniem), mój obiekt zakochania i westchnień  to ….jeleń. Już słyszę Wasze szepty na boku- odbiło jej na starość, ani chybi….

A więc tak mili moi, trafiło mnie gdy przewróciłam stronę kalendarzowego Wajraka na luty tegoż roku. Wisi sobie toto spokojnie w maleńkiej łazieneczce, gdzie  kieruję swoje pierwsze kroki przed świtem. Nic w tym dziwnego,  że tam pierwsze kroki, ale ja tam zmierzam nie tylko w jednym prozaicznym celu ,  lecz także w innym o wiele  ciekawszym. Biegnę tam, by się wpatrywać  jak przysłowiowa sroka w gnat w fotografię pstrykniętą przez pana Wajraka  ( w czołówce tego wpisu zamieściłam zdjęcie z tego zdjęcia)  .

Jak widzicie, jest na nim jeleń. Po pierwsze- jego  oczy. Codziennie patrzą na mnie tak samo, nie uciekają wzrokiem, nie rozglądają się za innymi kobietkami, nie strzelają na boki spojrzeniem. Są mi wierne,  wielkie, delikatne, smętne, tęskne i w dodatku okolone cudnymi rzęsami i ta mordeczka, morduchna, przesłodka szczupła mordka pokryta delikatnym włoskiem. Nieco rozdęte chrapki na końcu , tak ten nosek, mówię Wam, jest doprawdy bajkowy.   A nad tym uszeńka duże, pięknie rozstawione i postawione na baczność , nieomal czuję jak miękkie i ciepłe, a powyżej rogi. Rogi to cudo, istne dzieło sztuki rozłożyste rozkrzewione jak moje krzaczory na działce i bardzo symetryczne. Jak może dźwigać takie coś ta niewielka główka i szczupła szyja. Aż dziw mnie bierze co rano. Nie odrywając wzroku od mojego jelenia, mimochodem  robię co trzeba i opuszczam świątynię dumania unosząc ze sobą ten obraz . I tak zaczyna się mój dzień, zawsze dobry, bo z jeleniem.

Przy okazji sobie rozmyślam o moim Wybranku  i poczytuję o nim porannie i całodobowo w necie.

Ludziska powiadają o swoich pobratymcach-  znaleźć jelenia, być jeleniem. Nie wiem skąd się wzięło takie określenie.  Może od jeleniej łagodności, braku agresji ?   Po prostu nie wiem i wujek gogle chyba też nie wie. Jedynie niektórzy specjaliści od duszy ludzkiej  piszą, że jeleń to dziecięca naiwność i łagodna słodycz.

A może jego zwyczaje spowodowały, że tak się mówi .  Bo piszą, że z natury lubi urzędowanie w dzień, ale gdy przeszkadzają mu ludzie lub drapieżniki, ustępuje pola hałaśnikom. Wówczas dni spędza ukryty w gęstych lasach i wychodzi dopiero wtedy, gdy jest spokojniej , czyli nocą. Wtedy przynajmniej ludzie raczej śpią . Jednym słowem jak może unika hałasu, zgiełku i zagrożenia.  Unika , bo jest prawdziwym jeleniem.

Czytam dalej, że śpi króciutko, bo  jedynie 60-100 minut na dobę. Mój Boże, jak to możliwe, że tyle wystarczy. Oj przydałoby się tak nam, ludziom , np. studentom  w czasie sesji, gdy na chybcika zakuwają – dobrze pamiętam ten czas, chociaż odległy o mile świetlne.  Albo dyżurantom medycznym, kiedy to wystarczyłaby nieomal chwila snu na odpoczynek a nie ta bezsennościowa pobudzeniowa bomba adrenalinowa, uruchamiana z tej okazji, która w człowieku  jeszcze buzuje przez następny dzień , nie pozwala spać by nagle wygasnąć drugiego dnia przynosząc ogólne sflaczenie. Ale wówczas przychodzi następny dyżur. I koło się kręci. Syn mówi, że też tak ma, więc pewnie wszyscy, którzy pracują nocami tak mają. Tak więc przydałoby się być jeleniem i mieć jego króciutki  wzmacniający sen…

Kolejny jeleni plusik to absolutny wegetarianizm.   Być jeleniem, to nie polować, jeno łagodnie wyszukiwać pędów, liści, pogryzać korę , chociaż z bólem serca, bo drzewka żal,  wynajdywać owoce, trawkę skubać , czasem podkraść zboże , wykopać ziemniaczka czy buraka i schrupać na surowo. Zimą natomiast gdy tamtego wszystkiego mało, mchem się posilić, pomiętolić z lubością w pysku to włochate gąbczaste. Pychota. Wymarzone byłoby takie życie. I spacery wzmacniające kondycję byłyby  konieczne a nie tylko wyprawy po gazetę i jedzenie sklepowe ( brr) a potem, to już zamiast  deseru  byłyby  zachwyty nad wagą łazienkową i nad kreacjami z młodości pasującymi jak ulał i w dodatku  przemiana materii owocowałaby  ładną poranną kupką ( chociaż jak na razie z tym nie mam problemów, ale gdyby były, to właśnie roślinna recepta jelenia jak znalazł) .

Czytam dalej, że jeleń nie jest samotnikiem. Po prawdzie, nie bardzo pasowałoby mi życie w grupie, kiedyś lubiłam, ale przeszło gdy PESEL spoważniał. Tak więc taka nazywana przez myśliwych ( brr- z trudem napisałam to odrażające słowo ) ale to oni  nazywają taką grupę jeleni chmarą. Jedyne co by mi odpowiadało, i pewnie Wam, kochani, że temu stadu przewodzi kobieta. Nazywana jest łanią licówką która jak widomo nam też, zawsze ma przy sobie młodziutkie cielę. Mój Boże, jak ja uwielbiałam mieć małe dzieci, gdyby nie mój zawód i pewne dolegliwości zdrowotne, miałabym ich całe dziesiątki J. Małe tak, bo ze starszymi więcej kłopotu. Jelenie wyrostki, jak mają w zwyczaju,  poszłyby  wcześnie na swoje. I byłoby ok. Z małym mogłabym przewodzić stadu.  J

 I nie przeszkadzałoby mi, że nasza ukochana ostatnia  „dobra zmiana” nazywałaby mnie feministką, wegetarianką lub tajemnie obco ale też fascynująco brzmiącym określeniem gender  ( na szczęście ostatnio zapomniano jakoś  o tym , chwała bogu, ciekawe kiedy to słowo ożyje, bo mnie np. jakoś podnieca ). Na szczęście nie nazwą mnie cyklistą, bo  uwielbiam  per pedes- chociaż to ostatnie też jakoś dziwnie się kojarzy. Zresztą wszystko może się kojarzyć ….

Jednak jest coś w jelenim życiu , co by mi nie odpowiadało. To rykowisko. W drugiej połowie września mojego łagodnego jelenia dosiadałby demon chuci.  Na szczęście musiałabym przetrwać tylko  3- 5 tygodni opętania mojego ukochanego. Wolałabym tego nie oglądać  . Widok to iście żałosny, takie opętanie. Bidulek wtedy  nic nie je, jedynie żłopie wodę , tapla się w błocie a potem bezwstydnie  ociera o drzewa ( jak się dowiedziałam, pasożytów ze skóry się pozbawia- to rozumiem) . Ale dlaczego wtedy  ryczy jak szalony , ryczy tak, że cała okolica drży w posadach. W dodatku w  tym stanie pobudzenia walczy z innymi panami. A potem gdy ten stan amoku mija ( nie wiem czy po spełnieniu z jakąś jelenią kobietą, czy tylko  wymęczony przez demona), wychudzony o 10 a nawet 20% , ucieka  w gęstwiny, gdzie ma swoje ostoje, i liże rany.

Nie chciałabym być u boku mojego Ukochanego gdy zakochany przeżywa istne męki Tantala.  To spektakl dla mnie właściwie odrażający .  Nie rozumiem z jakiego powodu, jak pisze w necie Jan Adamski z powodu niejasnego ( zgadzam się w pełni) , ludziska z małych miasteczek i wsi,  w latach 60 czy 70 ubiegłego wieku,  zdobili swoje domostwa obrazami z widoczkiem jelenia na rykowisku, stojącego na tle  gór, jezior czy rzek. Były  to dzieła domorosłych malarzy a całości kiczu dopełniały zwykle bardzo zdobne, złotem powlekane , bywało że kosztowne ramy. Jeleń na rykowisku stał się symbolem kiczu i złego smaku, Chociaż teraz jak widzę w necie są pasjonaci, zbieracze tamtych obrazów. I fajnie, tylko na boga, gdzie oni to wieszają, lub wolę makatki kuchenne z pięknie wyszywanymi „złotymi „ zdaniami. Ale koniec tej przydługiej  kiczowatej dyskusji ogłaszam, bo pora kroczyć dalej w moją opowieść.

 

Biednego mojego rozszalałego nagle jelenia opuszczam więc , ale nadal rozmyślam szykując się do wspomnianej ucieczki- wycieczki.  Już chyba lepiej mają ludzie, bo swoje podboje miłosne raczej czynią  w ukryciu, tajemnicy i gdy wszystko idzie dobrze, wracają do domu skruszeni. Chyba , że nie wracają, albo przypadkowo zostają namierzeni. Może jednak lepsze już życie z jeleniem. Wszystko jasne , otwartym tekstem pisane . Jest czas rykowiska i już. Koniec kropka. Jak uważacie?

By przetrwać te parę tygodni amorów Ukochanego Jelenia, wybrałam ustronne miejsce dla siebie. Z pewnością tam nie spotkam kolejnego pobudzonego faceta jeleniowego, chociaż muszę to jeszcze sprawdzić…Otóż w połowie września, uprzedzając jeleniego czy jeleniowego demona seksu,  poleciałabym nad Morze Śródziemne. Dobra to pora, już nie za gorąco a woda jeszcze ciepła. Nie wybrałam Malty choćby z powodu, że tam ichnia „ dobra zmiana „ już wycięła prawie wszystkie drzewa a mieszkańcy skądinąd gorliwie religijni ( na niewielkiej swojej wyspie mają tyle kościołów ile dni w roku i wystrojeni bywają tam często) równocześnie polują na ptaki ( widziałam miejsca na gołych skałach, z zaroślami gdzieniegdzie, z tabliczkami obrazującymi myśliwego ze strzelbą i z psem , usiane łuskami- okropność mówię Wam). A teraz Malta to nazwa powtarzana w publikatorach, gdzie różne szyszki będą radzić i wybierać. Tak więc, nie polecę na Maltę ale np. na ukochaną kiedyś Sardynię. Ta włoska wyspa, o której kiedyś tu pisałam, zachwyca uratowaną zielenią, jest usiana zachowanymi nuragami z zamierzchłych czasów ( jest ich kilka tys.)  czyli wieżami gdzie lokowano zwłoki, by wyschły na wietrze a także wdrapywali się tam żywi by bronić krainę przed złymi obcymi. Na Sardynii też strzelali do odpoczywających w przelotach ptaków, ale przynajmniej je zjadali, bo byli głodni- to jeszcze jakoś, chociaż z trudem mogę zrozumieć, a nie jak Maltańczycy , którzy robili to dla zabawy.  Tak, będę się wylegiwała na złotym piasku , wystawiała ciało na łagodne wtedy już słońce i poddawała pieszczocie bardzo słonej wody. A potem połażę po okolicy wśród niesamowitych tworów skalnych, wyrzeźbionych przez wiatr i wodę. Posiedzę pod wielkim skalnym żółwiem, lub innym takim….potem będzie najprawdziwsza włoska kawka, sjesta poobiednia pod wielkimi tamaryszkami rosnącymi sobie zadziwiająco bujnie na słonym piasku plaży….

Opalona, wygładzona, odmłodzona wrócę gdy przestanie szaleć mój jeleń.

A zapytacie skąd wówczas wezmę dziecko, gdy ominie mnie okres godowy.

Będę nowoczesną jelenią panią. Po prostu zafunduję sobie  in vitro…

Koniec tej gadaniny, biegnę do lustra, może mój nosek się wydłużył i rozdęły chrapki i właśnie się pojawiają pierwsze gładziutkie na nim włoski….

SAM_6719.JPG

 

 

Jeszcze kilka informacji nt jeleni, które nie zmieściły się w konwencji mojej poprzedniej opowieści, bo nie fruwają frywolnie. Te informacje są stabilne i poważne, co musicie mi , Kochani wybaczyć. Czasami trzeba mieć poważną minę a nie wypisywać głupotki  jedynie czasem przeplatane faktami.

Otóż :

1. Jelenie żyją 12-15 lat, ale zdarzają się 20 letni starcy.

Dziewczyny jelenie dojrzewają wcześnie, bo już w 2 roku życia, ale chłopaki później , bo w 5- 7 swojej wiośnie. Nie komentuję tego, bo chciałoby się napisać, że u ludzi jest z reguły podobnie, chociaż lata się liczą inaczej.

Po 234 dniach od owego sławetnego rykowiska , powiązanego z wiadomą konsumpcją , któraś ze szczęśliwych nałożnic rodzi ślicznego dzidziusia. Może być jedynakiem albo bliźniakiem. Dzieciątka mają piękne żółtobiałe plamki na bokach, które zanikają jesienią , a po kilku dniach od momentu przyjścia na świat są już na tyle silne, że  wędrują za swoją mamą i towarzyszą jej aż do okresu przedszkolnego, tj do 3 roku życia. Mamuńka karmi je swoim smakowitym ? mleczkiem przez 8-10 miesięcy

2. Poroże jeleni to nie tylko ich uroda. Im który ma większe i im bardziej rozkrzewione, tym bardziej szaleją za nim ich kobiety. To widoma oznaka wysokiego poziomu testosteronu a także najlepszego zestawu genów. Więc panie jeleniowe nie muszą wybierać, zastanawiać się wielce, czy takie ryczadło się nada na tatusia jej dziecka, tylko patrzy na rogi. Nie to co u nas. Żona mówi do męża- musimy się rozstać, dlaczego pyta mąż- nie mogę już dalej żyć z rogaczem, odpowiada ona. Krzywię się czytając taki dowcip. Zupełnie nie koresponduje z moim jeleniem z kalendarza, który jest łagodny i wierny. Nie rozumiem, dalej nie rozumiem, dlaczego my, ludzie źli z gruntu rogaczem nazywamy tego , którego żona „idzie w długą”. Że naiwny może? Nie wiem? Doprawdy nie wiem….

Poroże jelenia , jego duma, rośnie wraz z narastającym poziomem testosteronu, o czym już pisałam, ale gdy w marcu, czy kwietniu jego poziom naturalnie spada, poroże stopniowo wygładzone przez czas i ocieranie o gałązki, odpada. Mówi się wtedy, że jeleń je zrzuca. Porzuca tym samym swoją dumę, z którą obnosi się w sierpniu i w czasie rykowiska. Dorosłe osobniki potrafią zrzucać swoje” korony” już w lutym, a młodziutkie w maju lub czerwcu, lub rok po urodzeniu. Ponoć ludziska w marcu tłumnie  penetrują  gęstwiny leśne, by znaleźć te trofea, choć czasem znajdują je na zwykłej leśnej drodze.

. 3. Ludzie nie byliby ludźmi, gdyby nie podpatrzyli i nie wykorzystali obserwacji corocznie odradzającego się poroża jeleni .

Ponad 2000 lat temu Chińczycy podawali mężczyznom sproszkowane poroże jako medykament na jego płciowe ułomności. Leczyło ono nie tylko niemoc seksualną, ale też likwidowało  bóle kręgosłupa . Jak mniemam , pewnie były to bóle związane z osteoporozą o czym jeszcze wtedy ludziska nie wiedzieli. I zalecając spożywanie sproszkowanego poroża nieświadomie dostarczali nie tylko  testosteron , przydatny płci męskiej cierpiącej z powodu andropauzy, leczący też ich osłabłe wtedy kości ale wielkie ilości wapnia i innych minerałów zgromadzone w dojrzałym zwieńczeniu jeleniej głowy też były superlekiem.

Zajęli się  tym problemem także polscy badacze. Pani Jolanta Podsiadła przeprowadziła z nimi wywiad i oto co napisała potem. ( podaję w skrócie).

Ponieważ poroże należy do najszybciej regenerujących się organów u ssaków, potrafi rosnąć nawet 2 cm na dobę, rozpoczęli badania nad komórkami macierzystymi tam znalezionymi. Było to 12 lat temu. Poroże otrzymywali z ogrodu zoologicznego we Wrocławiu i badali w laboratorium AM w tymże mieście. Po 2 tygodniach wyprowadzili „pierwszą w świecie stabilną linię komórek macierzystych „ i nazwali je MIC-1 ( nazwa pochodzi od imion naukowców) jednocześnie opatentowali je. W ten sposób powstał bank  tych komórek co umożliwiało dalsze badania. Ze zdziwieniem zauważyli szybkie tempo ich namnażania, zdolność do całkowitej regeneracji oraz całkowitą obojętność immunologiczną co powoduje, że po podaniu nie odrzuca ich żaden organizm . Ich szczególna właściwość to pobudzanie innych komórek do wzrostu a także „ samoleczenia”.

Wobec tego naukowcy uznali, że te komórki macierzyste mogą mieć zastosowanie nie tylko w kosmetologii, ale i w ortopedii , neurologii czy w okulistyce ( regeneracja rogówki)

4. I nadeszła pora na legendy

Jeszcze w czasach przedchrześcijańskich, wśród ludów zamieszkujących basen Morza Śródziemnego urodziła się legenda o Jeleniu z krzyżem. Podchwycił ją i rozpropagował zakon benedyktynów a następnie inni. W ten sposób powstawały opowieści o patronach myśliwych jak św. Hubert czy św. Eustachy a  także następująca historia. Myśliwy ściga  jelenia, a ten nagle się odwraca i wszyscy widzą krzyż pomiędzy jego rogami. A jeleń mówi ludzkim głosem. Tu należy postawić kościół. I ludzie posłuszni rozkazowi, kościół stawiali. I tak powstały kościoły na św. Katarzynie w Górach Świętokrzyskich ( znany nam, dobrze znany i lubiany), kościoły na Mazowszu, w Jeleniej Górze, gdzie wg legendy z jeleniem się spotkał Bolesław Krzywousty. …

 

I pora zakończyć  moją  i internetową opowieść. Bo właśnie poczułam przymus odwiedzenia  łazieneczki . Właściwie nie mam typowego powodu. Po prostu muszę z wiadomej  już Wam przyczyny kolejny raz zerknąć na kalendarz i popatrzeć w oczy Ukochanego 🙂 Jest, kochani moi, jest i czeka. Jeleń ze zdjęcia, moja ostatnia miłość…dobry dzień się rozpoczyna, dzień z jeleniem …

 

CętkiMłodegoJeleniaZanikok6mies.jpg

Zdjęcie z netu. Dzieciątko….

K.J. Christian1910z Agra-Art.jpg

Zdj z netu. Kicz z lat 70 XX wieku…

 

nuragi z zew.jpg

Sardynia, opisana w tekście nuraga. Zdj. własne

grĂłb gibantĂłw- wymiary-kudzie obok.jpg

Sardynia. grób gigantów. Zdj. własne

skała1.JPG

Sardynia. Niezwykłe twory skalne. Zdj. własne

T,7.jpg

Sardynia. Tamaryszki na plaży Zdj własne

 

 

 

Jeśli chcesz zobaczyć piękną i jeszcze nie zadeptaną wyspę , wybierz się ze mną na Sardynię.

 

 

 

 

Jeśli  zechcesz, wybierzemy się razem na Sardynię . Jeśli nie , możemy tylko wspólnie obejrzeć zdjęcia . I pomarzyć . Warto mieć marzenia i snuć plany nawet nierealne . Zapraszam ….

To moja wymarzona wycieczka . A właściwie ucieczka od problemów codzienności do innego pięknego i niezwykłego świata . Jeśli się zdecydujesz , daj znać . Będę czekała w swoim domu na kołach , starym kamperze .

Potem pojedziemy do Genui . Z Polski to tylko 1245 km w linii prostej . W porcie załadujemy się na prom . Po 7 godzinach morskiego kołysania postawimy stopę na brzegu Sardynii . Jeśli wolisz , to zmienimy trasę i dobijemy na Korsykę , która jest bliżej Genui . Zwiedzimy tę niewielką francuską wyspę , zaglądając do miejscowości Ajaccio , w której urodził się Napoleon . Z Korsyki czeka nas tylko 30 minutowa podróż kolejnym promem do wybrzeży Sardynii .

Z pokładu promu obejrzymy zachwycający śnieżnobiały klif sąsiadujących wybrzeży obu wysp . Pewnie też pomyślisz , że oba brzegi wyglądają jak przecięty tort bezowy. Nie będziemy mieli wątpliwości , że to ślad po rozdzieleniu wysp . Kiedyś stanowiły one jeden ląd łącząc się z kontynentem na wysokości Toskanii .

To wtedy , ok. 1800 roku p.n.e. przywędrował tutaj tajemniczy lud , który przyniósł mało poznaną do tej pory kulturę , zwaną cywilizacją Nuraghe . Powędrujemy śladami tych niezwykłych ludzi .

Będziemy zwiedzali miejsca , gdzie pozostały ich obronno-mieszkalne twierdze , zwane nuragami . Tworzyły one doskonale zaplanowaną sieć . Były sytuowane na terenach wyższych, tak, by z jednej nuragi można było zobaczyć sąsiednie twierdze.

Pojedyncze nuragi znaleziono także na Sycylii i Korsyce . Ale na Sardynii jest ich aż 7000. Wiele tych budowli zachowało się do naszych czasów .

Wszystkie nuragi są do siebie podobne i mają charakterystyczny kształt , podobny do zwężającej się ku górze szerokiej tuby . Ich wysokość sięga 27 m. We wnętrzu możemy podziwiać ściany , przypominające sfałdowaną spódnicę .

Nuragi są zbudowane z ociosanych bloków skalnych , montowane bez użycia zaprawy. Do końca nie wiadomo, czy wszystkie nuragi spełniały rolę twierdz obronnych.

Czasami nazywano je ” wieżami ciszy”. Bo ponoć w nich rozwieszano ciała zmarłych, by zgniły. Gdy  pozostał tylko szkielet , chowano go w wielkich grobach tzw .grobach gigantów, zlokalizowanych zwykle niedaleko twierdzy. Zachowało się wiele tych grobów . Główna skała , w której było wejście zasłaniane kamieniem , miała kształt medalionu , a wokół niej ustawiano w kształcie łuku mniejsze skały , co miało nadawać temu miejscu klimat żałoby.

Gdy na wyspę dotarli Grecy i zobaczyli nuragi , uznali , że zaprojektował je grecki architekt , Dedal , który po wybudowaniu labiryntu Minosa na Krecie , obawiał się zamachu na swoje życie. By uniknąć śmierci skonstruował sobie i synowi Ikarowi skrzydła, przy pomocy których przedostali się na Sycylię a następnie na Sardynię.

Uważa się , że kształt nuragi powielono przy projektowaniu wczesnych kościołów katolickich .

Około 1000 roku p.n.e przypłynęli na Sardynię Feniccy żeglarze i założyli kilka osad i portów. Tubylcza ludność podjęła z nimi walkę , wzywając na pomoc Kartaginę . W ten sposób Kartagina przejęła władzę nad wyspą . W 238 roku p.n.e. Kartaginę pokonali Rzymianie i wyspa została włączona do Republiki Rzymskiej . W 465 roku nowej ery pojawili się Wandalowie , potem Genueńczycy i władcy Pizy. Papież oddał Sardynię władcom Aragonii . Po kilku stuleciach wyspa przeszła w ręce Austriaków a od 1720 roku należy do Włoch.

Mimo , że należy do Włoch jest zupełnie niepodobna do innych miejsc tego kraju . Jej mieszkańcy od wieków pilnują swojej odrębności kulturowej i nieustannie podkreślają swoją niezależność.

Sardynia została odkryta przez turystów późno i nadal jest rzadko odwiedzana. Dzięki temu zachowała pierwotny urok własnego rytmu życia . Na pewno będziemy się tam dobrze czuli , bo mieszkańcy akceptują i tolerują turystów , ale nie są ciekawscy i zachowują wygodny dla nas dystans.

Zamieszkamy na tej wyspie . Znajdziemy miejsce dla naszego domu na kołach.

Jeśli jesteś wrażliwy na zapachy , na pewno poczujesz się szczęśliwy . Bo zatoniemy w istnej orgii woni charakterystycznej dla krain leżących nad Morzem Śródziemnym . To wspaniała kompozycja  zapachów lawendy, rozmarynu , macierzanki , mirtu , anyżku , cyprysów i eukaliptusów.

Wrzesień specjalnie dla nas ubierze tę wyspę w złoto . Przebiorą się też najzwyklejsze osty , zmieniając srebrne polskie szaty na sardyńskie złoto .

Zaproszę Ciebie na długie spacery , najpiękniejsze wtedy , gdy słońce powoli wybiera się do snu . Zanurzymy się w świecie wiecznie zielonych krzewów ( makii ) , odkryjemy urocze ścieżki wijące się pomiędzy skałami . Zadziwimy się rzeźbiarskim mistrzostwem natury . Sardyńskie skały można oglądać godzinami, bo każdego dnia i o każdej porze wyglądają inaczej . Najczęściej przypominają ogromne rośliny lub nieruchome zwierzęta , z którymi igra światło .

Czasami ścieżka otworzy nam widok zniewalający  urodą . Albo doprowadzi tam , gdzie morska fala nagle obliże nam stopy .

A gdy przyjdzie zmęczenie , przypomnimy sobie o plaży . Ona cierpliwie czeka , odświętnie przystrojona w złoto i rozpalona słońcem . Poszukamy zatoczki , gdzie znajdziemy cień wielkich tamaryszków , które zupełnie irracjonalnie wyrastają na słonym piasku .

Będziemy się wylegiwać mając przed sobą bezmiar morskiego turkusu . Aż zatęsknimy za zanurzeniem w wodzie . Wówczas powoli , oswajając rozgrzane ciało z chłodnym dotykiem fali , ulegniemy jej zniewalającym , delikatnym , czułym i słonym pieszczotom . A potem będzie już tylko senne i rytmiczne kołysanie ….

 

Nuraga

 

Grób gigantów

 

 

Tamaryszki na plaży

 

 

 


 

Tekst własny zamieszczony w portalu MM-Gorzów pod nickiem Klarka ( Łuka) 4.07.2011