Na medycznej ścieżce. Nieskuteczna reanimacja.

Gdy pracowałam już w nowej eleganckiej przychodni, którą  wybudowano na Wrzecionie zdarzył się jeszcze jeden tragiczny przypadek.

 Byłam w trakcie przyjmowania pacjentów, gdy wpadł do gabinetu bardzo zdenerwowany człowiek krzycząc, bym biegła na ratunek.

Oczywiście takie hasło zawsze mnie mobilizowało , więc przepraszając pacjentkę, którą właśnie badałam, złapałam ap do pomiaru ciśnienia oraz fonendoskop i pognałam za tym człowiekiem.

Po drodze powiedział, że w pobliskim sklepie zasłabł jakiś mężczyzna.

Proszono o pomoc inną lekarkę z tej przychodni, ale ta powiedziała, że nie opuści swojego gabinetu.

Spytałam jeszcze, czy wezwano Pogotowie Ratunkowe- potwierdził mówić równocześnie, że aktualnie wszystkie zespoły są zajęte gdzie indziej.

Pod sklepem zobaczyłam gęstniejący tłum.

Z trudem przebiliśmy się do miejsca gdzie leżał pacjent. Upadł przy kasach i był nieruchomy. Szczupły, ciemny mężczyzna nie dawał znaku życia. Nie było tętna na tętnicach szyjnych, nie słychać było akcji serca, nie oddychał.

Szybko powiedziałam mężczyźnie, który mnie wezwał, by biegiem wrócił  do przychodni po zestaw reanimacyjny.

 Nie namyślając się rzuciłam się na podłogę i rozpoczęłam beznadziejną walkę.

Sztuczne oddychanie usta usta i masaż serca.

Nie miałam żadnej maseczki, ani nawet chustki, więc czułam usta pacjenta i okresowo wydawało mi się, że jakiś jego oddech.

Ale to było tylko powietrze, które wydostało się z jego płuc albo żołądka w czasie tej akcji. Wionęło czosnkiem , mimo tego nie ustawałam w akcji.

Działała adrenalina i uczucie, że ludzie mnie zlinczują, gdy zaprzestanę tej akcji.

Słyszałam ich pomruki coraz bardziej gniewne i pomstowania na służbę zdrowia, pogotowie etc.

Wpadła inna koleżanka , próbowała się wkłuć do zapadniętej żyły, by podać jakieś leki.

Potem zmieniła mnie przy oddychaniu usta usta.

Otarłam  swoje, zakrwawione, gdyż pacjent miał  chyba tylko jeden górny ząb, który mnie zranił.

Mimo zupełnej  beznadziei działałyśmy licząc na cud.

Ale cud nie nastąpił .

Przyjechała ekipa Pogotowia ratunkowego i oficjalnie stwierdzono zgon.

Wróciłyśmy do pracy, ledwie powłócząc nogami.

Na korytarzu czekał na nas kierownik poradni, dr Wojdan. Zaprosił do swojego gabinetu , wyjął z biurka butelkę i kieliszki, które napełnił alkoholem. Nie chciałyśmy pić, tłumacząc, że wracamy do pracy.

Powiedział kategorycznie, że po takiej akcji reanimacyjnej  usta- usta bez żadnego zabezpieczenia jesteśmy zagrożone jakimiś chorobami i jedynie alkoholowa dezynfekcja  może w jakiś sposób pomóc. Argument był przekonywujący i wypiłyśmy , tak jak kazał.

Wówczas, w tych latach 70 ubiegłego wieku, jeszcze nikt nie mówił o AIDS czy innych wirusach niosących straszliwe choroby.

Może i na szczęście, bo żyłyśmy w przeświadczeniu, że nasz kierownik uratował nas przed skutkami naszej akcji.

Oceniając z dalekiej perspektywy nasz czyn można mieć wątpliwości.

Jednak opis ten oddaje nasze niezwykłe  przejęcie zawodem , chęć i imperatyw niesienia pomocy ludziom …..i wielki młodzieńczy zapał

 

Na medycznej ścieżce. ” Interesy” z pacjentami.

Kiedyś pewna stała moja pacjentka przyniosła wełnianą zieloną czapkę. Powiedziała, że dzierga takie czapki i tę może mi sprzedać po bardzo okazjonalnej cenie.

Czapunia nawet mi się podobała, była ciemnozielona, ciepła, mięsista i miękka.

Ku uciesze tej pani dokonałam zakupu .

Gdy po jakimś czasie przechodziłam ulicą Marymoncką, kątem oka zerknęłam na wystawę jakiegoś sklepiku.

Mój wzrok się sam zawiesił na czapce, takiej jak moja.

Odruchowo weszłam do sklepu i poprosiłam o możliwość obejrzenia tej czapki dokładnie. Była identyczna jak moja, tak samo mięsista i miękka, ale jej cena była o co najmniej połowę niższa.

Dziwnie się poczułam, właściwie oszukana, ale cóż życie ma swoje prawa, pomyślałam.

To była dla mnie nauczka.

Zawsze potem jak ognia unikałam propozycji jakichkolwiek „ interesów” z pacjentami .

Na szczęście rzadko się zdarzały…